Wyszczekani.pl
Strona GłównaCzwartek, Wrzesień 21, 2017
Nawigacja
Strona Główna
Kawiarenka literacka
Biblioteki Strażników
Kącik tłumacza
Współpraca międzynarodowa
Tu odprawiamy Rytuał Ashk-Ente, czyli kontakt
Online
Gości Online: 1
Brak Użytkowników Online

Zarejestrowanch Uzytkowników: 35
Nieaktywowany Użytkownik: 581
Najnowszy Użytkownik: MichaelGat
CZĘŚĆ I: Książka kucharska
Książka kucharska (C)
Melissa Macunado

Witamy ponownie w Karencie. Skoro czytasz niniejszy tekst, oznacza to, że najwyraźniej poznałeś historię sir Gregoriusa Duneidana i przewrotu letheritziańskiego. To doskonała wiadomość, ponieważ oznacza to, iż nie trzeba będzie zbyt wiele tłumaczyć, bowiem bez większych problemów połapiesz się w fabule. Jeśli jednak nie wiesz, o co chodzi, Ministerstwo Uwagi, Lamentu i Troski o Umysły Młodzieży (w skrócie: MULTUM) ostrzega: POD ŻADNYM POZOREM NIE CZYTAJ TEJ KSIĄŻKI!!!

Skoro jednak nadal tu jesteś, najwyraźniej jesteś osobnikiem wybitnie niepokornym, o własnym, z góry ustalonym zdaniu i osobą samostanowiącą. I to jest dobra wiadomość. Ale, ale… Karenta graniczy z innym mocarstwem, Venagetą, oraz Kantardem, państewkiem o dużych złożach srebra. Jak pewnie się domyślacie, Karenta i Venageta od dawna walczą o ten skrawek ziemi, by zyskać prawo do kopalni srebra, niezbędnego magom do rzucania zaklęć i całego tego bałaganu. Konflikt kantardzki od wielu lat funduje rodzinom przynajmniej pięć lat horroru, gdy młodzieńcy zostają pozbawieni złudzeń, odbębniając swoją piątkę w najgorszych warunkach wojennych, jakie można sobie wyobrazić. Nie dziwmy się zatem, że ci nieliczni, którzy wracają, stają się zgorzkniałymi cynikami. A to i tak najmniejszy problem. Tysiące rodzin co roku dostaje na wątpliwą pociechę medal za odwagę na polu bitwy chłopaka, który był takim dobrym synem. I to jest zła wiadomość. Jeśli chcesz jednak usłyszeć naszą historię, musimy na własne życzenie wyruszyć w podróż po tej krainie. Uważaj – jeszcze możesz się wycofać. Nie? W takim razie na dodatek jesteś osobnikiem pozbawionym instynktu samozachowawczego – jak jeden z głównych bohaterów tej powieści. Zła wiadomość? Odpowiedź leży pomiędzy tak i nie. Dość gadania, chcesz usłyszeć ciąg dalszy historii Grega i reszty. No, to lecimy.

Jesteśmy w Karencie, dokładnie – w jej stolicy, TunFaire, znanej powszechnie jako Miasto. A jeszcze dokładniej – od strony wschodniej, za jej murami obronnymi i poza fosą, nie tyle głęboką, co śmierdzącą, której podstawowymi składnikami są zgniłe rośliny, błoto i równie zgnili, co zimni topielcy. Właściwie nikt nie jest takim idiotą, by atakować Miasto. Wszyscy w promieniu setek kilometrów wiedzą, że nikt normalny nie połasiłby się na to miejsce, niemniej fosa jest. Moim zdaniem, utrzymywanie tych kilku wartowników przy bramach jest zupełnie niepotrzebną stratą funduszy – zapach robi swoje i odstrasza nieprzyjaciela. No, bądźmy szczerzy – wszystkich innych też. Jeśli jednak przetrwa się przejście po moście zwodzonym lub przepłynięcie łódką z portu na południu Miasta, robi się całkiem przyjemnie. Rozciąga się tam łączka pełna landrynkowej urody kwiatków kończąca się strumyczkiem Streamme - jednym z dopływów Fae – wypływającym z głębokiego, acz dla odmiany przyjemnie pachnącego lasu. Rozciąga się on aż do pól u bram Letheritzii. Właśnie na skraju lasu Gregorius i Melissa urządzili sobie piknik. Rok temu pokrzyżowali Chandaravie plan zawładnięcia Letheritzią i zamierzali świętować.
- Widzisz? – Melissa uśmiechnęła się triumfalnie do przyjaciela. – Nasza rocznica zniszczenia amuletu! No i odkrycie, że będziesz następcą Sadraksa.
Rycerz odwzajemnił uśmiech. Tak, tylko z prawdziwym przyjacielem można milczeć we dwoje i doskonale się rozumieć.
- Szkoda tylko, że Garrett nie przyszedł – westchnął. Przyjaciółka przewróciła oczami.
- Przecież powiedział nam, że nie przepuści okazji poczęstowania się ciasteczkami twojej babci – przypomniała. – Wiesz, ma teraz trochę roboty, ten ojciec chrzestny Stephena Russella – synka Basso i Jeniviere - spadł na niego jak grom z jasnego nieba. Nie ma pojęcia o dzieciach i musi się dokształcić w bibliotece.
- Swoją drogą, ładne wybrali imiona: Stephen Russell Boxman – skomentował rozpogodzony już rycerz. – Wiesz co, zagrajmy w szachy, zanim przyjdzie. Ułożę nam planszę.

Melissa zaczęła pakować smakołyki – po co mają przyciągać mrówki, które naszprycowane przypadkiem czarami szamanów pogańskich były wyjątkowo żarłoczne. Gdy po chwili spojrzała na rycerza, okazało się, że spał jak dziecko z nosem na planszy. Uśmiechnęła się do własnych myśli i wstała, by rozprostować nogi. Garrett ma rację – babcia Grega ma rękę do ciast. I do pokera. Taki typ damy do tańca i różańca, miła bardzo. Popatrzyła na zachód, gdzie na tle ostatnich czerwonych tonów – przebrzmiałych promieni słońca – rysowały się zabudowania TunFaire, rodzinnego Miasta. Zatopiona we własnych myślach, cicho skierowała się w stronę śpiącego…

- PRZYGOTUJ SIĘ, BESTIO, NA WYMIAR CIERPIENIA, O KTÓRYCH CI SIĘ NIE ŚNIŁO! Powróć w krainę cienia na chwałę Budowniczego!
- Hę? – Melissa zdumiona odwróciła głowę. W samą porę, ponieważ właśnie w jej stronę leciał potężny drewniany drąg wyglądający jak zaostrzony kołek z osiki monstrualnych rozmiarów. Zrobiła szybki unik, a drąg wbił się w ziemię w miejscu, gdzie przed sekundą stała. Natychmiast, niemalże w locie wydobyła go z ziemi i obróciła ostrym końcem w kierunku ciemnej ściany lasu. Z krzaków rozległa się kwiecista wiązanka. Nim zdążyła cokolwiek powiedzieć, z gąszczu wyskoczył olbrzym, sądząc po gabarytach i pokiereszowanym obliczu. Miał na sobie nabijany ćwiekami skórzany pancerz i spodnie podróżne do kompletu. Na plecach wisiała mu ogromniasta kusza, wielki miecz dwuręczny i dziwaczna, także nabijana maczuga. Oprócz tego był obwieszony najdziwniejszymi torbami, pochwami na broń białą, sakwami i nie wiadomo czym jeszcze, dość rzec, że mógłby obdarować niejedną zbrojownię. Wyglądał niczym średniowieczny Rambo, choć z drugiej strony ten ostatni nie wyglądał aż tak odpychająco. Długie, brudnopłowe włosy okalały poznaczoną wieloma bliznami, oprószoną kilkudniowym zarostem gębę. Tak, gębę, bo inaczej tego oblicza określić się po prostu nie da. Ogólnie przypominał makabryczny sen i nie możemy opisywać go dokładnie, bo opiekunowie zabroniliby wam to dziełko czytać. Obok zza krzewu jałowca wylazła, kiwając okrągłymi bokami, niewzruszona tłuściutka szkapina, tym komiczniejsza, że jej nogi były chude i pałąkowate. Wyglądali jak ilustracja Hieronima Boscha. Melissa stanęła w obronnej pozycji, a do jej uszu doleciała kolejna wiącha. Facet wyciągnął zza pazuchy butelkę zawierającą chyba wodę święconą.
- Giń, krwiopijco, siło nieczysta! Naczynie grzechu, odejdź w krainę umarłych i przestań niepokoić żywych!
- CO?! Naczynie grzechu?! – Melissa wyglądała na mocno rozeźloną. Oto była z przyjacielem na pięknym pikniku, w koszyku obok leżały najsmaczniejsze wiktuały, jakie możecie sobie wyobrazić, właśnie mieli obejrzeć gwiazdy, które powoli zaczynały się pojawiać, gdy nagle pojawił się ten oberwaniec, najwyrażniej mocno w czubie. Nowo przybyły darł się jak nabuzowany jakimś specyfikiem szemranego pochodzenia. I do tego zbudził Gregoriusa… Tego nie mogła mu darować.

Rycerz otworzył orzechowe oczka, po czym zauważywszy, że jakiś zbir przeklina w stronę przyjaciółki, dobył miecza i skoczył na równe nogi.
- Nie waż się tknąć mej pani, zboczeńcze! Wyzywam cię na pojedynek w obronie jej dobrego imienia!
- Greg, pojedynkować się można tylko z kimś posiadającym honor, inaczej – z dżentelmenem – kąśliwie zauważyła Melissa. – Dlatego tego przyjemniaczka można najwyżej sprać. Zostaw go, widzisz, że nienormalny.
- Uważaj, co gadasz, krwiopijco! – wrzeszczał facet, wyciągając w stronę dziewczyny miecz. Wywijał nim w powietrzu, ale bez wdzięku i finezji właściwiej choćby Gregoriusowi, celującemu we władaniu bronią białą, nie tylko łukiem. Melissa przewróciła oczami, po czym szybkim ruchem przeskoczyła kolesia i gdy rycerz wykonał kilka pięknych „sztychów” swoim mieczykiem, trzepnęła go mocno przez głowę drągiem. Człowiek wybełkotał kolejną kwiecistą wiązankę przekleństw, których z pewnością tu nie przytoczymy (możecie spędzić twórczo czas stania w kolejce po zakupy, wymyślając jej treść, choć tego typu spędzania wolnego czasu nie doradzamy), po czym zwalił się na ziemię. – Nie ma jak duet! – stwierdził radośnie rycerz, po czym szarmancko podał Strażniczce serwetkę. Wytarła ręce z obrzydzeniem patrząc na rozciągniętego mężczyznę.
- Tak, ale kto to u licha może być…? Wygląda na zawodowego zabijakę, ale jest zbyt dobrze uzbrojony na podrzędnego zbira – kręciła głową ze zdziwieniem.

Rycerz obszukał nieprzytomnego. Poza kilkunastoma sztukami lewych pieniędzy, kilkoma wiankami czosnku, flaszką taniego bimbru i małymi, tandetnymi amulecikami, zapewne kupionymi od przydrożnego przekupnia, znalazł tylko wypisaną koślawymi literami kartkę. Głosiła ona, że podróżny, który napadł rycerza i Strażniczkę, nazywa się Geralt i jest jakimś wiedźminem. Była to umowa z jakimiś wieśniakami z okolic Scarborough, miasteczka czy wręcz wioski za łańcuchem Carnfae na zachodzie Karenty, obok Dzikiego Pogranicza, że pozbędzie się wampirów z okolic Miasta i ogólnie z gór.
- Kto to wiedźmin? – spytał.
- To istota pomiędzy kimś a czymś – z naciskiem odpowiedziała dziewczyna. – Sam widzisz ich kulturę. Wygłupiają się z czarami i rytuałami, na przykład Próba Trawki – domyśl się, jak to wygląda – ale z faktyczną magią niewiele ma to wspólnego. Ponoć mają jakąś twierdzę o niezbyt wdzięcznej nazwie Kary Mormon. Nawet magowie z Niewidocznego Uniwersytetu są lepsi. Takie kółko wzajemnej adoracji.
Gregorius uśmiechnął się.
- Zajmują się ćpaniem różnych podejrzanych specyfików i wyżynaniem nieprzyjaznych ludziom istot za pieniądze. Paskudna robota – skrzywiła się. – Swoją drogą to dziwne, nigdy nie zapuszczali się na te tereny. Wolą przebywać w okolicach, gdzie ludność wciąż jest ciemna i wierzy, że jeśli nie pozostawi przy progu garnka z darami, przyjdzie strzyga i ich zadusi. Nigdy z własnej woli nie zadawaj się z takim. A ten tu – trąciła z wyraźnym niesmakiem rozciągniętego przyjemniaczka – jest jednym z najbardziej znanych zabójców strzyg, wampirów, wilkołaków i innych istot magicznych. Macho i męski szowinista, fuj – wzdrygnęła się.
- To co robimy?
- Hmm… Zgłaszamy napad z bronią na komisariat w Starodalach. Tam są najmniej pijani. A potem do Garretta, może on coś wymyśli.

* * *

Oskarżony zbudził się na komisariacie. Obok celi krążył porucznik, ale inny niż ten sierżant, który niesłusznie więził rycerza. Nathaniel Creep, członek Straży Miejskiej mający duże chody u dawnej porucznik Mosley (która awansowała na tymczasowego szeryfa i nie próbowała nawet zrobić czegokolwiek z „Człowiekiem-Cieniem” – po co psuć statystyki kolejną zawaloną robotą), był ewidentnym służbistą. Podchodził już pod pięćdziesiątkę, siwiejące powoli włosy szatyna były uczesane w nienaganny przedziałek. Takież wąsy, duże i sumiaste, jednak nadal wzorowo przycięte zgodnie z modą „na generała” były dokładnie podkręcone. Na piersiach munduru wisiało sporo orderów. Przemierzał korytarz równym, żołnierskim krokiem.
- Ha! – huknął. - Witamy w TunFaire. Jesteś pan oskarżony o napad z bronią w ręku na tę oto damę i jej szlachetnego towarzysza – wskazał na Melissę i Gregoriusa. „Oskarżony” wypuścił z ust kilka bardzo brzydkich słów, po czym rzucił się w stronę dziewczyny. – Krwiopijca! Odsuńcie się, panuję nad sytuacją! – wrzasnął. Został jednak szybko obezwładniony przez dwóch funkcjonariuszy.
- Obywatel nie ma prawa w sposób wysoce ordynarny obrażać damy i jej szanownego gościa! – huknął Creep. – Mam nakaz zatrzymania od samej szeryf Mosley!
- Ale to krwiopijca, psiakrew! – krzyczał Geralt. – Wampirzyca! Gregorius aż zazgrzytał zębami, Melissa otwarła szeroko błękitne oczy, a porucznik krzyknął: - Hamuj się pan! Do oskarżenia napadu dochodzi obelżywe traktowanie damy i jej towarzysza! W dodatku z tego, co mi wiadomo, próbowałeś pan zaatakować tego oto młodzieńca mieczem dwuręcznym, jak też posiadałeś pan kuszę bojową na terenie prawnie należącym do miasta stołecznego TunFaire, a to jest zabronione. Poza tym, oboje państwa na atak nie odpowiedzieli zbrojnie, choć mieliby do tego prawo, lecz próbowali dowiedzieć się, co pan od nich chcesz, a rzeczonego drąga – swoją drogą, należącego do obywatela – użyli w akcie samoobrony.
- Ale to jest wampirzyca, a ja jestem tu, tego, służbowo! – krzyknął oskarżony.
- Profesja? – sucho rzucił przesłuchujący porucznik.
- Wiedźmin.
- No, tak… Ale w Karencie wiedźmin nie figuruje na liście zawodów, można więc przyjąć, że jesteś tu pan zatrudniony nielegalnie. Ale to potem – cierpko odparł Creep. Widać było, że przesłuchanie tego akurat zatrzymanego sprawia mu tę mroczną, złośliwą satysfakcję kombatanta, któremu akurat uda się zagiąć kibola. – Zeznania i to już. Pańska wątpliwa godność? – powiedział lekko złośliwie.
Geralt rzucił brzydkim słowem. – Eee… Geralt z Rivii. Zostałem wynajęty przez mieszkańców gminy Scarborough – odrzekł, pokazując na rozpiętą na ścianie mapę. – Mam tu kontrakt – zaczął grzebać po kieszeniach, lecz przecież został przeszukany.
– Pańskie rzeczy są u mnie na biurku – oświadczył chłodno Creep.
- Tam mam kontrakt.
Creep zmrużył oczy. – Co ty nie powiesz… Pan w ogóle umiesz czytać i pisać? – dodał lekko zdziwiony. – Zresztą pal licho, byle się ciebie pozbyć. Miasto ma dość własnych szumowin, by przyjmować zamorskich. Przejrzę to. Pilnujcie go – rzucił do dwóch strażników, po czym szurnąwszy staroświecko butami i skłoniwszy się Melissie i Gregoriusowi, ruszył do biurka, wygrzebał spomiędzy gratów wiedźmina karteluszek i zaczął lustrować go wzrokiem.
- Tak, co dalej? – powiedział. Wiedźmin rozpoczął. – Tamtejsza ludność skarży się na wampiry – przyjechałem więc tu i zobaczyłem tą nieludzką istotę pochylającą się nad chłoptasiem. Pewnie uwiodła go – Melissa w tle aż chwyciła z oburzenia ustami powietrze, a rycerz ścisnął ją za rękę. Geralt mówił dalej: - Uwiodła, a teraz chciała wyssać krew. Mieli romantyczny piknik – ciasteczka, owoce, sałatkę, kurczaka… Każdy dałby się złowić. Na szczęście zamiast niewykwalifikowanego amatora byłem ta JA – stwierdził dobitnie.
- Taak, z pewnością – skomentował kwaśno Creep. – Iii…?
- Ponieważ na wampiry dobrze działa osinowy kołek, posłużyłem się takowym. Ale ta poczwara…
- Panie, opamiętaj się pan! Za takie oskarżenia można pójść siedzieć!
- …chwyciła go i obróciła w moją stronę. Dziwne tylko, że nie próbowała gryźć, tak byłoby skuteczniej, ale może jeszcze nie ma doświadczenia – wzruszył ramionami.
- Nie jestem wampirem, przyjemniaczku – warknęła Melissa, mocno obrażona.
- Wyzwę na pojedynek każdego, kto ośmieli się obrazić moją panią i przyjaciółkę! – podniesionym głosem perorował rycerz, groźnie zgrzytając zębami.
- Szlag, pomyliłem się, każdemu się zdarzy, durniu, a ona jest taka blada – westchnął mężczyzna, po czym powiedział inne, daleko gorsze brzydkie słowo. Widać inaczej nie umiał. – Anemiczka czy co?
- Człowieku, przestań! Masz pojęcie, z kim rozmawiasz?! To dziedzic JKM Sadraksa z Letheritzii!!! – Creep płonął. – Ta dyskusja nie ma sensu. Zostajesz pan, przygotuję oficjalny akt oskarżenia bez możliwości wyjścia za kaucją. Trzeba płacić za brak kultury! Kusza i reszta zostaną skonfiskowane, po wyjściu zostanie ona wystawiona na licytację, a pieniądze w razie pańskiego wzorowego – powtarzam, wzorowego zachowania w areszcie, na co niewiele wskazuje – otrzymasz pan z powrotem, by móc zapłacić karę pieniężną.
- Panie poruczniku, proszę nie być zbyt surowym… - wtrąciła się Melissa. Gregorius mierzył wiedźmina spojrzeniem, które mogłoby wypalać nawet wilgotne lasy równikowe.
- Ależ, droga pani…
- …panno…
- Droga panno Macunado, to wysoce szlachetne prosić o łaskę nad niedoszłym przeciwnikiem – zakręcił wąsy. – Poza tym, ja też muszę mieć jakąś satysfakcję z pojmania tego buca – mruknął do siebie. Gregorius i Melissa grzecznie udali, że nie słyszeli. Creep najwyraźniej to docenił. – Proszę być spokojną, szanowny pan, młodzieńcze, też. Zajmę się wszystkim.

* * *

- Wiedźmini w TunFaire?
Garrett kręcił głową ze zdziwieniem.
- Nigdy nie zapuszczali się poza pogranicze.
- Czemu? – zapytał rycerz.
- Obowiązują tu restrykcyjne prawa wobec tym podobnym – wyjaśnił Garrett.
- I to mówi człowiek, który dostał się do Muzeum Sztuki Wieldstrom, Banku Miejskiego oraz Cragscleft i wyszedł w jednym kawałku – zakpiła Melissa.
- Przestań – żachnął się. – Ale faktycznie, ostatnio widać pewne zainteresowanie sprawą tajemniczych zniknięć. Ludzie wieszają w mieszkaniach podobizny Budowniczego. Mosiężne i drewniane młotki sprzedawane przez nowicjuszy Młotodzierżców czy czosnek. Po Dokach kręcą się szemrani handlarze i zwykłe zabijaki, szukający roboty. Może coś w tym jest, że w górach organizowane są jakieś nagonki. Ciekawe, po co ten Geralt tu przyjechał? Na Paradę Równości czy jakiś szemrany koncert?
- Ale przecież nikt nie pozwoliłby mydlić mieszkańcom oczu! – powiedział Gregorius. Garrett westchnął ciężko i popatrzył mu prosto w oczy. Spojrzenie miał smutne, zmęczone.
- I tu się mylisz, Greg. I tu się mylisz…
- I co? Słuchaj, gość wziął mnie za jakąś potworę-z-jeziora! – Melissa zmarszczyła nosek. – Zostawiamy to tak? Czy ja naprawdę wyglądam jak wampirzyca? – obróciła się.
- Greg, ty jesteś z naszej trójki ekspertem od baśni. Mnie nie miał kto, a Melissa miała zbyt mało czasu na bajki na dobranoc – westchnął Garrett, omijając wzrokiem gości. - Hmm… Babcia opowiadała mi tylko parodie znanych baśni i własnego autorstwa historyjki o dzielnych pudelkach zjadających przedstawicieli rasy chihuahua. Nie cierpi ich, od kiedy jej kuzynka powiedziała jej, że Amber jest „starym pieskiem”, po kupnie karłowatego chihuahua. Poza tym, są zwyczajnie niewychowane i brzydkie! – rzekł rycerz. Garrett przewrócił oczami.
- Dobra, cudownie – burknął sarkastycznie, ściągając chłopaka na ziemię. - A bajka?
- No, jedna niania opowiadała mi wiele wiejskich bajek i legend z całego kraju. Miałem też książki. Według nich, wampir to potępiona dusza, zła za życia, często morderca lub zdrajca. By przeżyć, potrzebuje krwi, zwykle ludzkiej, jeśli był szczególnie złośliwy. Jest zawsze blady, bardzo piękny lub przystojny, ale w sposób inny niż choćby czarny elf. Można się go pozbyć między innymi osinowym kołkiem bądź inną bronią z drewna, odstrasza go woda święcona i czosnek. Źle reaguje na srebro i promienie słoneczne. Przy krwistej diecie może być nieśmiertelny, najbardziej znane to Drakula, czyli historyczny włodyka Transylwanii, Wlad Palownik, słynny z okrucieństwa i powołany do życia w książce Brama Stokera o tym samym tytule, oraz Elizabeth Bathory, krewna Stefana Batorego, pochodząca z Węgier okrutna władczyni pijąca jakoby krew swych dwórek – wyrecytował. Garrett zagwizdał przeciągle. – Fiu, fiu, niezłe wierzenia. Wiecie, trochę zaczynam się nudzić. Może poszukamy źródła tego szaleństwa? Melissa i Gregorius popatrzyli na uśmiechającego się (!) łagodnie Garretta. Spojrzeli na siebie, po czym Strażniczka stwierdziła: - Wchodzimy w to.

* * *

- Mam dwa miesiące urlopu! – Melissa machała triumfalnie ręką do Gregoriusa i Garretta. – A co z Bractwem Opiekunów? – zapytał rycerz. Garrett machnął ręką ze zniecierpliwieniem. - Poradzą sobie. Najpierw pójdziemy do Morleya – zakomenderował. – „Dom radości” to miejsce, od którego zaczniemy.
- Kto to jest? – spytał Gregorius. Melissa odpowiedziała: - Morley Dotes jest półkrwi czarnym elfem. To właściciel jarskiej restauracji, wegetarianin z powołania i profesjonalny łamacz gnatów.
- Niech nie zmyli cię nazwa, „Dom radości Morleya”. Sugeruje coś zupełnie odwrotnego, niż jest – praktycznie rzecz biorąc, to takie sobie przytulisko dla elfowatych, karłów i pośrednich. Nazwa tego przybytku to jeden z najgorszych dowcipów Dotesa – wtrącił Garrett.
- Acha. To miło – bąknął nieprzekonany rycerz.
- Leży w tak zwanej Strefie Bezpieczeństwa, czyli na zachodnich obrzeżach Miasta, gdzie można spotkać sporo ras magicznych – uzupełniła dziewczyna.
- Morley jest najlepszy we wszelkiego rodzaju rozróbach. I - jak sam twierdzi - jest także najlepszy we wszystkim innym, co robi. Są tacy, którzy chcieliby ujrzeć go i Waldo „Saucerheada” Tharpe’a na jednym ringu, ot tak, żeby zobaczyć, co z tego wyniknie. Żaden z nich jednak nie skrzywdzi nawet muchy. Dopóki mu nie zapłacą. A Saucerhead nie jest taki głupi, żeby dać się nasłać na Morleya. Ten również nie jest na tyle próżny, by zawrzeć kontrakt na głowę Saucerheada. Żadnego z nich nie obchodzi także, kto jest lepszy. Na tej podstawie można zatem sądzić to i owo na temat ich profesjonalizmu – dokończył opis Złodziej.
- Ciekawa postać – stwierdził pogodnie jak zwykle rycerz. Garrett parsknął.
- Nie spodziewaj się po tym przybytku niczego ekscytującego – zgasił go. – - Żarcie serwują wegetariańskie i bez alkoholu, program rozrywkowy mają tak monotonny i nieprzenikniony, że w zestawieniu z Morleyem życie martwego Loghyra jest wręcz podniecające. Jednakże Dotes i jemu podobni bawią się tam świetnie.
- …Tak naprawdę żaden z nich nie nazwie drugiego przy świadkach kumplem – dokończyła Melissa i puściła oko.

* * *

„Dom radości Morleya” mieścił się w piętrowym budynku o brązowych ścianach na podmurówce z czarnych kamieni. Garrett pierwszy wsunął się do wnętrza. Widok całkowicie go zaskoczył. Ściany były pomalowane na ciemnozielony kolor. Stoliki miały barwę czekoladową. Z sufitu zwisały rosochate sękate gałęzie. W rogach pomieszczenia stały donice w różnych odcieniach brązu i zieleni, w których rosły rośliny o trudnych do wymówienia nazwach. Jedynym oświetleniem były zawieszone na gałęziach u sufitu lampy w wiklinowych koszyczkach. Na ścianach narysowano coś, co miało chyba imitować bambusy i inne krzewy. Przy barze z wielkiego kamienia siedziały jakieś masywne postaci w skórzanych kamizelach i takichże spodniach, obserwując drącą się w sposób wysoce niekulturalny papugę. W knajpce siedziało kilka czarnych elfów tulących się do drinków z kapusty i mleczy.
- Witajcie w jamie szalonych jaroszy – skomentował kwaśno Garrett. – Siądźcie sobie gdzieś, pójdę odszukać Morleya.

Rycerz i Strażniczka usiedli przy stoliczku w kącie sali. Garrett przedefilował między stoliczkami, łowiąc niechętne spojrzenia klientów. Tak naprawdę klientela „Domu radości” nigdy nie jest pozytywnie nastawiona do przedstawicieli innych ras niż te, które akurat zajmują sąsiedni stolik. To tylko mała dygresja. Zignorował arsenał morderczych spojrzeń i dotarł do baru. Barman Morleya obrzucił go taksującym spojrzeniem i wyszczerzył spiczaste ząbki czarnego elfa.
- Masz chyba talent do budzenia w ludziach agresji, co, Garrett?
- Ha, ha, ha. Bardzo zabawne, Kałuża. Gdzie jest Morley?
- Na górze. Zajęty.

Za jego plecami na nowo rozbrzmiał gwar rozmów. Barman był tak przyjacielski, jak to tylko potrafią czarne elfy, co czyniło z Garretta marginalną, acz jako tako tolerowaną niższą formę życia, ot, może coś w rodzaju psa pijącego drinka w tawernie dla ludzi. Bez słowa skierował się na górę, w stronę prywatnego apartamentu gospodarza. Barman otworzył usta, żeby na niego krzyknąć, ale szybko przemyślał sprawę. To mogło wywołać zamieszki. Chwila zastanowienia wystarczyła, by dostać się na pięterko i zapukać do drzwi. Nic. Garrett powtórzył z większą siłą.
- Jestem zajęty. Nie przeszkadzać.
Garrett bezceremonialnie wyciągnął parę wytrychów i otworzył zamek. Pokój Morleya także był umeblowany w stylu „Księgi dżungli”. Gospodarz siedział z głową przy wylocie rury akustycznej, której drugi koniec znajdował się w salce na dole, przy barze. Morley był osobnikiem jak na nasze standardy niskiego wzrostu, o oliwkowej karnacji i oliwkowych, niemal czarnych oczach. Czarne, błyszczące włoski kończyły się poniżej uszu. Był ubrany w kremową koszulę, spodnie z kasztanowego płótna i połyskliwy kaftan z szarego jedwabiu z purpurowymi naszyciami. Spodnie wpuszczone były w buty z cholewkami do połowy łydki z kasztanowej skórki. Podobno szczyt mody.
- Garrett! Nie rozumiem… Co ty robisz w moim lokalu w towarzystwie tej damy przy stoliku z boku?!
- Wszyscy, którzy widzą ją po raz pierwszy, biorą ją za damę – odparował Garrett. – Co się stało na dole? Była promocja na zgniłozieloną farbę?
- Promocja… - Morley jęknął. – Dałem po dwadzieścia dwa tokeny za wiaderko!

Walutą Karenty jest karentyńska marka. Jedna marka to sto asaków, czyli drobnych miedzianych monet. Tokeny to tradycyjne pieniądze elfów, o równowartości – w zależności od aktualnej wartości poszczególnych metali szlachetnych na międzynarodowej giełdzie – pięciu marek.

- To wystrój odpowiedni dla eleganckiego lokalu – dodał elf.
- …Czyli tutaj pasuje jak pięść do nosa.
- Nie wszyscy moi klienci to pan Garrett, wiesz? – warknął elf. – To dżungla, łapiesz? Nie czujesz kojącego dotyku Matki Natury na twoich zesztywniałych od tej potwornej ludzkiej mięsnej diety plecach?
- Pomyślmy… Niespecjalnie. Poza tym, brakuje ci tu kilku istotnych elementów lasu.
- To znaczy? – spytał niechętnie.
- Robactwa. Gnijących szczątków materii organicznej. Drapieżników spożywających swe ofiary – twoi goście się nie liczą, bo karmisz ich zieleniną. W Kantardzie roiło się od insektów i Venagetich, pamiętasz? – Garrett wyszczerzył się.
Morley stał z założonymi rękami i obrażoną miną. – Jesteś zazdrosny. Sam popatrz: pragnienie śmierci, skłonności samobójcze, brak instynktu samozachowawczego… Wiesz, co jest tego przyczyną, Garrett? Dieta. Właśnie tak. Ciężka od mięsa, ludzka dieta. Potrzebujesz więcej hartu. Nie zaprawiłeś się wystarczająco, bebechy wiążą ci się na supeł. A kiedy one wiążą ci się na supeł, wpadasz w ten niebezpieczny, samoniszczący nastrój.
- Jeśli mowa o bebechach, to chyba je z kogoś wypruję, jeśli nie dasz mi dojść do słowa – warknął.
- Daj spokój – Morley zrobił błagalną minę. - Wybiegajmy to.

Garrett zamrugał, jakby się przesłyszał.
- Biegać? Dokąd? Dlaczego?!
- Wyrobić tę nerwową energię. Uwolnić się od fluidów gniewu płynących w naszych żyłach. Pięć kilometrów powinno wystarczyć – ocenił ze znawstwem Dotes.
- Powiem ci zaraz, dokąd pobiegnę, kiedy tylko załatwię z tobą pewną sprawę. Pobiegnę do mieszkania. A potem będę się ruszał tylko tyle, żeby oddychać.
- Żartujesz. W takim stanie? Jeśli nie rozciągniesz mięśni, a potem nie ochłodzisz ich dokładnie, obudzisz się tak sztywny, że nie będziesz mógł zrobić kroku!
- Wiesz co? W takim razie przeleć te pięć kilometrów za mnie.

Dotes usiadł na zielonej pluszowej sofie i założył ręce za głowę. – Czego chcesz? – burknął.
- Znasz tego gościa? – Garrett pokazał szkic wiedźmina. Morley znał. Złodziej wytłumaczył zwięźle zajście z Geraltem.
- No, no… I ta panienka…?
- Tak – Garrett oznajmił chłodno. – Nie mylisz się.
Elf wyszczerzył się, ukazując rząd ostrych ząbków i pokręcił głową. – Skąd ty wytrzasnąłeś taką dziewczynę?! Ty jesteś niereformowalny! Mieć taki uśmiech losu i nic z tym nie zrobić…
- Hamuj się. Nie oceniaj ludzi według swoich i swoich ziomków standardów – warknął Garrett. – Poznasz ją za chwilę, ale pamiętaj. Nie waż się cokolwiek!
- Ech, takie już moje szczęście – westchnął teatralnie Morley. – A czego ode mnie chcesz?
- Oferta pracy w sam raz dla ciebie.
- Mam nadzieję, że nic głupiego z Saucerheadem Tharpe'em w roli głównej.
- Nie. Jest robota, w której potrzebuję pewnego wsparcia. Melissa ma urlop i nie chce tego tak zostawić. Ja też mam dość siedzenia tutaj. Proponuję, żebyś się… - długo nie chciało mu przejść przez gardło -… przyłączył.
Morley siedział oniemiały. – C-co? Chcesz wybrać się w cztery osoby w Carnfae?
- Bingo.

* * *

Morley stoczył się do głównej salki i pożeglował za kontuar. Garrett usiadł przy rycerzu i Strażniczce. – Chyba się zgodził – mruknął.

Po chwili nad parawanem z patyków pojawiły się dwie wielkie, zgniłozielone gęby i jedna nieco mniejsza. Grolle, hybrydy trolla i giganta, rzadziej człowieka, elfa lub krasnoluda (o gustach się nie dyskutuje…). Wyszczerzyły się. Przyjaciele czym prędzej także się wyszczerzyli. Grolle mają powolny umysł i szybkie reakcje.

Wielki, ropuszy pysk otworzył się, dając ujście przerażającemu basowi, który stanowi ich namiastkę mowy. Gregorius nie pojął, o co mu chodziło. Zresztą i tak nie mówił do niego.
- Cześć, chłopcy – powiedział lekkim tonem Złodziej i pomachał ręką. – Przyjaciele Morleya zawsze są tacy… milutcy i dobrze wychowani.

To był naprawdę dobry pomysł, nim cierpliwość grolla wyczerpie się i wejdzie przez mur. Wyglądali identycznie: wielcy, szerocy i teoretycznie paskudni, choć gruchanie wydawało się rycerzowi przyjazne.
- Jest ich trzech. Milutko – mruknął do Melissy i rycerza.
Oba grolle zauważyły jego zakłopotanie i wyszczerzyły paszcze. Tak właśnie wygląda grollowe poczucie humoru.
- Zaprosiłbym was do stolika, gdybyście się zmieścili – powiedział Garrett. Dla grolli lepiej być uprzejmym, bez względu na przekonania. Oczywiście, jeśli nie chcesz przemyśleć swojego stosunku do grolli przydepnięty zielonymi, pełnymi odcisków paluchami.

Mniejszy groll wysunął się przed resztę.
- Ja się chyba zmieszczę, panie Garrett - powiedział. - I chętnie napiję się czegoś. Rycerz wyciągnął rękę, co mały groll grzecznie wykorzystał.
- Przepraszam, nie miałem wcześniej przyjemności, panowie… Kim jesteście? – spytał uprzejmie. Wielkie grolle zagruchały, a mały odpowiedział grzecznie: - Ja w rzeczywistości mam na imię Dojango, a to są moi bracia, Marsha i Doris.
- Bracia?
- W rzeczywistości jesteśmy trojaczkami. Oczywiście, z innych matek - dodał w odpowiedzi na nie wypowiedziane pytanie rycerza.

Trojaczki z trzech różnych matek. Fajnie. Nikt nie drążył tematu. Dość problemów z tym, co opowiadają ludzie. Reszta to niepotrzebne przemęczanie mózgu.

- Chłopcy, co tu robicie? – lekko spytał Garrett.
- W rzeczywistości przysyła nas kuzynek Morley Dotes.
- Po co? W rzeczywistości?
- Do pomocy w drodze przez góry i jeszcze dalej.
- Cóż, wspaniale – westchnął.

Główny sprawca, Morley Dotes, chyłkiem wśliznął się na scenę. – Witam serdecznie w „Domu radości Morleya” – zaczął, po czym skłonił się Melissie i rycerzowi. Jak widać, gdy chciał, umiał być dżentelmenem, a przynajmniej sprawiać takie wrażenie.
- A więc postanowiłeś wziąć robotę, co? – skomentował kwaśno Garrett.
- W danej chwili istnieją pewne warunki dotyczące moich kredytodawców, z powodu których lepiej, abym był zatrudniony i to jak najdalej poza miastem.
- Acha, i myślisz, że zbiorę pod parasol tak zwanych warunków wszystkich twoich kumpli. A jeśli jako pracodawca zapragnę wyznaczyć dno w rezerwie funduszy? – spytał zaczepnie.
- Wykorzystaj szare komórki, a pobłogosławisz moją dalekowzroczność – stwierdził Dotes. - Pomyśl o mułach.
- Muły? Co do cholery mają z tym wspólnego jakieś muły?
- Jedziemy w niebezpieczne tereny. Scarborough leży po sąsiedzku z Dzikim Pograniczem z Venagetą. Nikt nie zaryzykuje wynajęcia lub pożyczenia nam jucznych zwierząt. Będziemy musieli je kupić. Z drugiej strony zarobek Dorisa i Marshy wyniesie mniej więcej tyle, ile zakup stadka dobrych mułów. A one mogą nieść dwa razy tyle i dwa razy dłużej. A poza tym przydają się w walce.
- To miałoby sens, Garrett – wtrąciła Melissa. Morley rozpromienił się, lecz Garrett natychmiast go zgasił.
- A co z kolegą Dojango?
- Tak… - westchnął Morley. - Dojango Roze. Cóż, Garrett, one nie chcą się rozdzielać.

Zdaje się, że ten ostatni zawył.

- Sprzedaż wiązana?
- Dojango potrafi walczyć białą bronią, wywąchiwać wodę i znosić drewno na opał. Rozumie Dorisa i Marshę, a jeśli masz go na oku, potrafi nawet ugotować jadalny posiłek, nie zwęglając go zanadto.
- Staram się nie poślinić na samą myśl.

Gregorius obrzucił spojrzeniem trojaczki z różnych matek. Uśmiechały się przyjaźnie i po grollemu. Chyba myślały, że Morley już Garretta kupił.

- Trzymaj Dojanga z dala od soczku i wszystko będzie w porządku - dorzucił Dotes.

Wszyscy wiedzą, że mieszańce mają słabe głowy. Uśmiech-wyszczerz Dojango stał się przepraszający.

- Ile mnie ten cyrk będzie kosztował?
Morley rzucił bezczelnie taką kwotę, że towarzystwo przy stoliczku aż zamurowało. Garrett udał, że bardzo zainteresował go deseń talerza z szarlotką, dopóki nie zaczęły unosić się w powietrzu pewne apetyczne liczby całkowite. W istocie Morley był tak zgodny, że zaczął się zastanawiać, jak paskudna jest jego sytuacja finansowa.
- To twoja dieta powoduje ten kozi upór, wiesz o tym, Garrett? To okropne czerwone mięso pełne soków wzburzonych przerażeniem mordowanego zwierzęcia! A ty nigdy nie ćwiczysz, żeby je wypocić!
- Bzdury.
- Bazie, Garrett. Bielutkie serduszka tuż przy korzeniach młodej rośliny, posiekane na sałatkę – na twarzy czarnego elfa rozlał się uśmiech zachwytu. - Nie tylko smaczne, ale obdarzone niemal mistyczną zdolnością uwalniania dusz mięsożerców od poczucia winy.
- Wiesz co, Morley, pewnego razu pracowałem dla profesora z uniwersytetu. Prościej byłoby napisać własny doktorat, ale wiesz, jacy oni są. Facet bez przerwy sypał faktami, czy kto chciał słuchać, czy nie. Raz stwierdził, że istnieje dwieście czterdzieści osiem gatunków jarzyn, owoców, zieleniny i korzeni, które są jadane przez ludzi. Świnie żrą jedynie dwieście czterdzieści sześć spośród nich. Nie tkną ani zielonej papryki, ani serduszek bazi. Oznacza to, że świnie mają więcej rozsądku niż ludzie.
- Nie ma sensu cię nawracać, co? Jesteś zdecydowany, żeby popełnić samobójstwo w zwolnionym tempie. Czy zatrudnisz chłopaków?
- Już są zatrudnieni.
- Kiedy możemy wyruszyć?
- Spieszy ci się, Morley? Musisz szybko opuścić miasto? To dlatego tak chętnie jedziesz do Scarborough i jeszcze dalej?
Dotes wzruszył ramionami. Ten gest stanowił wystarczającą odpowiedź. Zważywszy talenty i sławę Morleya, musiał mu się dobrać do skóry ktoś naprawdę ważny. W mniemaniu Garretta tłum aż tak grubych ryb w tym mieście zawężał się do jednej osoby.
- Od kiedy Kolchak gra na wyścigach pająków, Morley?

Natychmiast przestał się uśmiechać.
- Jesteś o wiele za sprytny, Garrett, żeby miało ci to wyjść na zdrowie!
* * *

- CO?! Co to ma być?!
Garrett wyglądał na mocno rozeźlonego. Gregorius i grolle zostali oddelegowani przez Dotesa do zrobienia zakupów. Wypisał adresy jakichś swoich specjalnych znajomych dostawców i nie chciał słyszeć o możliwości nabycia sprawunków gdzie indziej. W efekcie rycerz i grolle zostali przeciągnięci przez całe Miasto, wizytując galerię dziwacznych, groteskowych i – trzeba to przyznać bez bicia – podejrzanie sprytnie wyglądających typków. Gregorius i trojaczki dźwigali torby z zakupami, które polecił zrobić czarny elf. Mieli niewyraźne miny.
- No, wiesz… Morley kazał kupić – powiedział powoli rycerz.
- W rzeczywistości, to tylko część – dodał Dojango, uśmiechając się przepraszająco. Marsha i Doris dysktretnie czknęły. Mieszańce naprawdę mają słabe główki, a Gregorius w świętej nieświadomości w drodze na zakupy postawił im kolejkę Bearhuggera, tradycyjnego piwa krasnoludów, piekielnie mocnego. Nawet przyzwyczajony krasnolud po kilku butelkach jest gotowy na zapasy z miśkami.
- Tak? W rzeczywistości? – Garrett parsknął. – To tanie podróbki. Daliście się nabić w butelkę lendejską. Dobrze, że nie moja kasa na to poszła. Morley jest spłukany tak, jakby właśnie zeżarł tę swoją zieloną farbę.
Zaczął grzebać w jutowych torebkach. – To – trzymał w dłoni małą buteleczkę, rzekomo wody święconej – jest zwykłą wodą z cukrem, stąd charakterystyczny zapach. Robale to roztocza rdzy, wyjątkowo nieprzyjemne stworzenia. Niszczą białe kruki.
- Białe kruki? Kruki są czarne, panie Garrett, w rzeczywistości – odparł Dojango.
- Rzadkie książki o okładkach z okuciami z metali – uciął Garrett. – Owszem, mogą wybuchać, ale trzeba je ugodzić strzałą, to bardzo nieetyczne.
- W rzeczywistości, ciekawe – szepnął niczym nie urażony mały groll.
- Strzały mają uszkodzone groty. Te gazowe powinny być wykonane z hartowanego szkła. Te tutaj nie mają odpowiedniej grubości szkła chroniącego użytkownika przed przypadkowym uszkodzeniem grotu z gazem. Tym można się samemu uśpić!
- Jednym słowem, trzeba powtórzyć zakupy? – odważnie zapytał Gregorius. Garrett posłał mu kwaśny uśmiech.
- W rzeczywistości, tak.

Usiadł przy drewnianym stoliku, po czym wydobył z szufladki spod blatu pióro. Było ultramarynowe ze złotymi zakończeniami. Piękne.
- Spiszemy listę sprawunków! – ucieszył się rycerz.
- Dokładnie. Ale tym razem sam to załatwię, bez szemranych kumpli Dotesa… Czekaj… Strzały żywiołów. Wszystkie typy. Wodne, ogniowe, gazowe i z mchem. Linowe też, trudno je teraz dostać, ale trudno… Z pewnością się przydadzą.
- …Z mchem…
- Skończyłeś? Świetnie. Teraz… granaty gazowe. Wygodne, koledzy Marsha, Doris i Dojango z pewnością je docenią.
- …Granaty…
- Mikstury lecznicze, olej…
- Chcesz robić naleśniki? – zapytał łakomym tonem Gregorius. Złodziej przewrócił oczami.
- Podpalony strzałą ogniową pięknie blokuje pochód nieumarłych, poza tym, ludzie i inne rasy antropomorficzne ślicznie uprawiają na kałużach oleju jazdę figurową. W porządku… Musimy zdobyć… wodę święconą. Zajmę się tym. Słyszałem, że w muzeum mają problemy z uciekającymi eksponatami przemyconymi z Djelibeybi – uśmiechnął się Garrett. – Pomimo dużych reform, tamtejsi ortodoksi nie zgodziliby się na wywóz mumii ich dawnych władców, szczególnie po ostatniej ich ucieczce. Wywieźli je więc nielegalnie, stąd niebezpieczeństwo umarlaków. Dlatego zamówili dużą dostawę wody. Będą musieli zrobić to… jeszcze raz. Dobra… Miny… Nie, tylko gazowe i błyskowe na większe grupy.
- A czego używa pan i pana bracia, panie Dojango? – spytał rycerz. Grolle zagruchały radośnie.
- W rzeczywistości, lubimy pałki, jednak bez problemu wyrabiamy je na poczekaniu – uprzejmie odparł Dojango. Gregorius, jako osobnik obdarzony bogatą wyobraźnią, zamrugał, lecz nie odezwał się. – Chętnie weźmiemy kusze, te miny i może… pałasze?
- Wspaniale. Dalej… Greg, dostaniesz ode mnie porządny miecz, ten, którego używałeś u lordunia, jest już tępy… Łuczek wystarczy trochę zakonserwować i jutro rano powinien być gotowy – powiedział Garrett. – Nie pochwalam wykałaczek, ale tam to niezbędne. Jedziemy w niebezpieczne rejony.
- Jejku, dziękuję, Garretcie! – rycerz był wniebowzięty.
- Trojaczki będą miały swoje pałasze… Będzie to trochę kosztować – powiedział. – Widzisz, na nieumarłych zwykła stal nie działa poprawnie… Trzeba będzie zamówić u kowala broń ze stopu platyny i srebra, polerowaną święconą wodą Młotodzierżców, jeśli się uda, o ostrzach z rogu jednorożca.
- Jednorożca?
- Tak… Nie, nie dzikiego, z lewej hodowli. Pewien kapłan Młotodzierżców ma hopla na punkcie ras magicznych.
- Ale jednorożce wyginęły w Karencie, prawda? – rycerz otworzył szeroko oczy. Garrett zachichotał.
- Znasz tę legendę? Jednorożec nie da się złapać nikomu poza dziewicą. Najwyraźniej mamy w kraju deficyt na te ostatnie…

* * *

- W porządku. Mam też coś nowego… - Garrett przytaszczył plecak z ciemnego płótna i delikatnie postawił go na podłodze przy skrzyni stojącej obok kominka. Trojaczki i rycerz grzecznie czekali na niego, wcinając jabłuszka, dar Morleya.
- Proszę bardzo, eliksir z czarnego lotosu, jedna łyżka rano i wieczorem zwiększa wytrzymałość organizmu na dwadzieścia cztery godziny. Nowość.
- Ach, Garrett… - Morley wślizgnął się do pokoju, wyskakując z ukrycia, czyli łazienki gospodarza. – Wy, ludzie, dopiero teraz dochodzicie do wiedzy, którą nasi przodkowie znali od ponad dwóch tysięcy lat!
- Tere-fere. Twoi kumple wcisnęli Gregowi fałszywki! – oburzył się adresat docinka.
- Ojejku, kolejny przykład, jak bardzo twoja dieta zmienia osobowość – skrzywił się. – Pożądasz krwi!
- A żebyś wiedział! – odparował bojowo. – Mam ochotę na tak krwisty stek, że na samą myśl zemdlejesz! Jak się tu wtarabaniłeś?
Elf prychnął. – Kolega Gregorius i moi kochani kuzynkowie – klepnął grolle po plecach – są mądrzejsi od ciebie i wiedzą, że owoce to doskonałe źródło witamin. Muszą wzmocnić się przed drogą. Wpuścili mnie – odrzekł, ignorując mordercze spojrzenie Garretta na siebie i rycerza.
- Dawaj mapę na stół, Morley.
- Za chwilę przyjdzie Melissa – stwierdził tylko uśmiechnięty rycerz. Morley rozpromienił się. – Cudownie! Zniosę nawet obecność gospodarza.

Po tych słowach rozległo się pukanie do drzwi. Morley i rycerz jednocześnie rzucili się, by otworzyć, jednak ten ostatni był o ułamek sekundy szybszy.
- Witajcie, chłopcy! - Melissa obrzuciła towarzystwo uśmiechem. Morley i Gregorius stali z rozanielonymi minami, a grolle zagruchały radośnie. Garrett odsunął jedno z krzesełek, co dziewczyna zgrabnie wykorzystała. – Macie już propozycje trasy? – spytała. Garrett bezceremonialnie wyjął Dotesowi mapę z ręki i rozwinął ją na blacie.
- My jesteśmy tu, całkiem na południowym brzegu wyspy – pokazał. Towarzystwo nachyliło się. – Na wschodnim brzegu leży Letheritzia – dodał rycerz.
- Zgadza się – przytaknął Złodziej. – Na północ od niej jest Kantard. Bardziej na północny zachód od Letheritzii mamy granicę z Venagetą. Wzdłuż granicy ciągną się twierdze obronne, dobrze strzeżone. Ważniejsze z nich to od prawej: Minas Darios, Minas Fanlorn, Minas Estel, Minas Tirith i tak dalej. Teren jest rozległym stepem. Na południe od Minas Estel mamy pasmo Carnfae, góra Potmar, gdzie ma źródła Fae. Płynie ona dalej na południe i przecina TunFaire, po drodze gdzieś w połowie są mokradła. Na wschód od Miasta mamy Wschodnią Puszczę aż do pól Letheritzii. Na zachód od Miasta jest Cragscleft…
- To znaczy? – wtrącił Gregorius.
- Największe więzienie w kraju prowadzone przez Młotodzierżców – powiedział Garrett.
- …Do którego on się włamał, oczyścił z błyskotek i uwolnił tyle osób, że do dziś się nie pozbierali – dodała słodziutkim tonem Strażniczka.
- Nieważne – uciął. – Cragscleft leży w górach, a Scarborough – w dolince w samym środku Carnfae. To jedyna droga, trzeba będzie się przemknąć.
- Damy radę – powiedział pewnym tonem Morley. – Ze mną i moimi kuzynkami…
- Fajnie, nie chwal się tak – zgasił go Złodziej. – Przez Carnfae przepływa mała górska rzeka, Setod. Na południowy zachód od Scarborough rozlewa się w jezioro o tej samej nazwie. Dookoła są góry, za nimi – Ocean. Teren skalisty, w okolicach wioski rośnie las.
- …Złożony z jodeł karentyńskich i jesionów czarnych. Rośnie tam dzika szałwia, świetna do drinków – Morley dodał od siebie trzy grosze.
- Tam jest ładnie? – spytał rycerz. Melissa kiwnęła głową. – Dzika przyroda, piękno w czystej postaci.
- Na północ są znowu Carnfae, za nimi – pas bagien i Dzikie Pogranicze, po prostu pustkowie, kilometry stepów i bandy zapuszczających się do nas Venagetich. Tam będzie najtrudniej. Znowu twierdze, najważniejsza to Minas Sengaris, bezpośrednio na zachodnim brzegu – graniczy z Oceanem i broni dostępu do wyspy od strony morskiej i największego portu Venagety, Sengaris. Oraz Minas Anewor, leżąca na południowo-zachodnim brzegu jeziora Anewor. Anewor jest największym zbiornikiem słodkiej wody Venagety. Nad nim powstała ich stolica, Spidinium.
- Venageta jest potęgą militarną – wyjaśniła Melissa. – Ich gospodarka kręci się wokół wojsk, więzień i kopalni. Spidinium jest jedynym większym miastem, gdzie mają wyższą szkołę. Nie uniwersytet, akademię, a to i tak dzięki Poenarim.
- W rzeczywistości, Poenari to stary, potężny venagecki ród – dodał Dojango.
- Historia Spidinium to hobby moich kuzynków – rzekł Dotes. – Wiedząc, jakich pamiątek szukać, można w pewnych miejscach ubić niezły interes.
- Na zachód od ich stolicy jest trochę lasów, znanych pod nazwą Potępionego Boru. To wyjątkowe, bo Venageta jest w trzech czwartych mieszanką stepów, bagien – na północy - i pustyń. Od stolicy na północ jest długi pas stepów i pustyń bez żywego ducha. Dalej są Bagna Rozpaczy. W samym ich środku leży wyspa Khatar. To w ruinach dawnej stolicy Venagety o tej samej nazwie znajdowano kości Loghyrów – dodał Garrett. – Jadąc na wschód od Khataru, jest Martwy Las i niskie pasmo górskie Dean’na, od opuszczonego miasta Dean’na Morgul, mieszkali tam głównie magowie. W końcu zrobili mocny wybuch – nazwali go bombą atomową - i wylecieli w powietrze. Wybili życie w promieniu siedemdziesięciu kilometrów. Od Dean’na Morgul na południe płynie aż do Potępionego Boru rzeczka, Dean’na. Venageti nie są zbyt kreatywni w wymyślaniu nazw geograficznych. Jej wody są bardzo trujące – wypicie z niej szklanki wody kończy się trzydniowym paraliżem kończyn, wymiotami i zawrotami głowy, by wymienić tylko kilka objawów. Jeszcze dalej w tym samym kierunku leży rzeka Gytha. Rozlewa się w bagna (ze słynnymi Moczarami Modrel na północy i północnym wschodzie)aż do północno-wschodniego brzegu, gdzie jest trochę podmokłych lasów. Tam leży republika Dogeva i miasto Starmin. Szkolą tam magów. Maleńki to kraik, dlatego nikomu – czyli Venagecie - nie chce się go zagarnąć – zachichotał.
- Wiem, że poniżej jest pustynia – rzekł rycerz.
- Właśnie. W kleszczach Gythy jest duży ośrodek militarny, Senga’Tmer. Mają tam drugie co do wielkości więzienie na wyspie, Al-Khar. Naokoło same pustynie i stepy.
- W porządku – powiedziała Melissa. – Pojedziemy tak: okrążymy Cragscleft, jadąc wzdłuż Setod, dotrzemy przez góry do Scarborough. Dalej proponowałabym, jeśli sprawa się nie wyjaśni, udać się do Spidinium.
- Czemu? – zagruchał w łamanym karentyńskim Marsha. Grolle umiały już jako tako mówić nie tylko po grollemu, co znacznie ułatwiało rozmowę.
- Bo Poenari są znani z długowieczności – wyjaśniła dziewczyna, uśmiechając się do grolli.
- A propos, są pomysły, kto jest podejrzany? – spytał rycerz.

Zaległa cisza.

- Makarewicze? – bąknął Morley. Garrett rzucił mu krytyczne spojrzenie. – No co? Sławni są, nawet, ten, jak mu tam… Machulski ruchome obrazki „Kołysankę” nakręcił… Widziałem, prosto ze Świętego Gaju! – pochwalił się. Garrett prychnął.
- Ruchome obrazki? Morley, ty naprawdę jesteś snobem – orzekł kategorycznie. – To dlatego podajesz tę sałatkę z kukurydzy?
- Pukane ziarno, mój drogi, pukane ziarno – odparł z wyższością czarny elf. – No, więc jak?
- Adres? – rzucił rycerz, by zapobiec sprzeczce.
- Jakaś wioska… Odlotowo, jakieś… Mazury?
- Za daleko – orzekła Melissa.
- Bela Lugosi? – rzucił z nadzieją.
- …Is dead – skomentował bezlitośnie Garrett.
- Drakula? Elizabeth Bathory? – desperacko zaproponował Morley. To, co się z nim działo w towarzystwie Strażniczki, przechodziło ludzkie pojęcie.
- Przeżytek – okrutnie stwierdził Garrett. Morley jęknął. – Nie wiem! Daj mi spokój.
- …Czyli trasa obrana – zakończyli równocześnie Melissa i Gregorius, a grolle zagruchały z aprobatą.

* * *

Towarzystwo po ustaleniu trasy rozeszło się do swoich zajęć. Garrett zamknął się w „pokoju ćwiczeń” z łukiem rycerza, przygotowując go tylko sobie znanymi sposobami do długiej drogi. Melissa omawiała z Gregoriusem kolejne etapy wędrówki i zaczynała pakować rzeczy zakupione przez Złodzieja w zgrabne pakunki. Ten po jakimś czasie przechylił się przez drzwi pokoju.
- I jeszcze musimy zainwestować w okrycia – oznajmił. Melissa odgarnęła włosy z czoła.
- Wszystko musi być jak najwyższej jakości – poinformowała przyjaciół. – Pokusiłabym się nawet o zakup kolczug z mithrilu.
- Mithrilu? – spytał zdziwiony rycerz.
- Najbardziej wytrzymały materiał na zbroje – wyjaśnił Złodziej.
- Wykuwane z niego przez czarne elfy zbroje są najbardziej pożądanymi produktami z tego zakresu. Nigdy nie rdzewieją. Są bardzo rzadkie – dodała Strażniczka.
- …I osiągają zawrotne ceny – dokończył ponuro Garrett. Gregorius skinął głową.
- To chyba da się załatwić. Widzicie… – zaczął, widząc pytające spojrzenia rozmówców – Mój świętej pamięci dziadunio był pasjonatem tego typu rzeczy. To właśnie on w swoim testamencie nakazał, by wysłać mnie do Akademii i szkolić w sztuce rycerskiej. Pomysł reszty edukacji zawdzięczam mojej kochanej babci – uśmiechnął się. - Gdyby nie jej upór… W Letheritzii posyłanie na wyższe uczelnie jest nieczęsto praktykowane.
- Bywa – współczująco (!) skomentował Garrett.
- Dziękuję. Dziadziuś miał wielką kolekcję zbroi, kolczug, hełmów, tarcz, broni białej i dalekosiężnej. Umiał opowiadać o każdym przedmiocie godzinami! To był jego konik. Mówił też coś o mithrilu, ale dopiero teraz skojarzyłem. Sam nigdy tego nie używał, bo w domu rządziła babcia – roześmiał się i potrząsnął pszeniczną grzywką. – Oczywiście, był wspaniałym rycerzem, ale na szczęście żył w czasie pokoju i całe to żelastwo faktycznie nigdy mu się nie przydało. Prawie cały czas wolny poświęcał wędkowaniu ze mną.
- To bardzo miłe – powiedziała Melissa.
- Babcia nie pochwalała czegoś takiego. Mówiła, że przy dziecku – czyli przy mnie – nie powinno wisieć tyle „złomu”, jak się wyrażała, bo to niekorzystnie wpływa na psychikę i wywołuje niepotrzebne lęki.
- I? – spytał Garrett.
- No i dziadunio musiał wynieść kolekcję do piwnicy. Babunia pozwoliła mu za to chodzić na ryby, co bardzo go ucieszyło. Potem przerzucił się na budowanie kolejek… - Gregorius wzruszył ramionami. – To dało się wytrzymać. Podejrzewam, że babcia nie miałaby nic przeciwko, by przesłać nam co nieco. Mogłoby ją to tylko ucieszyć, ostatnio ma manię wieszania obrazów swoich pudelków na każdej ścianie. Mówi, że powinna przekazać ich wyjątkowość potomnym.
- Greg, to świetny pomysł. Przecież mithril nie śniedzieje! – radośnie zawołała Melissa i ścisnęła rękę przyjaciela subtelnie napraszającego się pochwał jak pokojowy piesek.
- Spryciarz – skomentował Garrett i rzucił obojgu krótki uśmiech.

* * *

- Zwariowałeś – to zdanie Garrett kategorycznie wygłosił po propozycji Morleya, by jednak nabyć wierzchowce dla Melissy, rycerza, Garretta, no i oczywiście, genialnego autora pomysłu, Morleya Dotesa.
- Co znowu ci się nie podoba? – zapytał elf.
- Konie. Konie mi się nie podobają. Podświadomie mnie nie cierpią – burknął. Morley zachichotał.
- I ciebie nazywają Mistrzem Złodziei?! – wykrztusił. Garrett posłał mu mordercze spojrzenie.
- Zrozum… Melissa jest damą, musi mieć wierzchowca. Myślisz, że będzie sama lazła po kamieniach Carnfae?
- A czemu nie? Poradzi sobie.
- Na pewno sobie poradzi, to Melissa. Ale to się nie godzi z punktu widzenia obyczajów! – wytknął mu Morley. – Marsha lub Doris bez problemu i z miłą chęcią wezmą ją na barana, ale powiedz… Widziałeś kiedyś kobietę na grollu?!
- Pomyślmy… - Garrett udał zamyślenie. – Nie bardzo, ale trzeba iść z duchem czasu. Nie widzę przeciwskazań.
- Nie bądź idiotą – Morley zrobił się purpurowy. Przy jego oliwkowej cerze dało to interesujący efekt. – Z kolei Greg to swój facet, ale jest z królewskiego rodu. Tak się nie robi, tym bardziej, że jest rycerzem.
- A jak myślisz? Z lasu po porwaniu przez orki wyjechał na białym rumaku z rzędem? Z tego co wiem, niekoniecznie – odgryzł się Złodziej.
- To była zupełnie inna sytuacja – stwierdził Dotes. – Chodź ze mną chociaż zobaczyć te konie, w porządku?
- W porządku – westchnął z niechęcią Garrett.
- Super! – elf wyszczerzył się triumfalnie.

* * *

„My Little Pony. Jewbers i synowie”, stajnia, o której mówił elf, mieściła się na przedmieściach. Był to duży budynek pomalowany na rdzawy kolor, z porządnym kawałkiem wybiegu dla podopiecznych, sztuczną rzeczką i zagajnikiem ze śliw. Właściciel, Dean Jewbers, był pasjonatem: obok padoku leżała malutka oberża o nazwie bliźniaczej dla całego interesu, prowadzona przez jego żonę Hannah. Dekoracje, oczywiście, zgadzały się z zainteresowaniami rodziny. Wszystkie te rewelacje Garrett otrzymał od Morleya, chociaż nie uważał, aby były mu do czegokolwiek potrzebne.

Dotes przyprowadził go na miejsce, po czym przyprowadził gospodarza i szybko się ulotnił. Rozsiadł się na ławie przy jednym ze stolików, zamówił ogórkową i tyle go widzieli. Zachował się w sposób typowy czarnym elfom: zostawił biednego Garretta na polu chwały.

- Witam szanownego klienta! W czym mogę pomóc? – spytał gospodarz. Na szczęście albo nie rozpoznał rozmówcy, albo był takim profesjonalistą. Ewentualnie, był pod kreską i zależało mu na pieniądzach.
- Chciałbym zobaczyć pańskie konie – niepewnie odpowiedział półgłosem Garrett. – A cóżby innego w stajni? – dodał w myślach. Jewbers zatarł ręce. – Wspaniale pan trafił! Właśnie mamy wspaniałe zwierzęta. Z pewnością sprostają pańskim oczekiwaniom. Jakiego konia dokładnie pan potrzebuje? Do celów rekreacyjnych, zwierzę do powozu, reprodukcja…?
- Zdecydowanie do podróży.
- Doskonale! Zapraszam do środka!

Weszli do stajni. Panował tu raczej półmrok, pachniało sianem i końską sierścią. W długich boksach stały zwierzęta różnej wielkości i maści.
- Proszę się rozejrzeć – Jewbers z dumą spoglądał na stajnię i jej lokatorów. - Mogę pomóc w wyborze?
- Będę wdzięczny.
- To jest Pustynna Burza, wspaniałe zwierzę. Doskonale będzie nadawać się do wypraw wojennych – powiedział kupiec, podchodząc do boksu z jabłkowitym rumakiem. Koń łypnął na zakapturzoną postać przekrwionym okiem. Garrett uznał spojrzenie za żądzę mordu i delikatnie pokręcił głową. – Dziękuję, nie planuję wypraw wojennych. Jestem pacyfistą – rzekł miękko. Jewbers z zapałem pokiwał głową. – Tak, tak! Te wszystkie wojny, grabieże, okropność! Niech Budowniczy ma nas w swej opiece! Najzupełniej się zgadzam. O, proszę, to jest Ognisty Wiatr – wskazał na gniadosza gryzącego marchew. – Osiąga cwał w dwie minuty!
Garrett pokręcił głową.
- Dziękuję, ale to nie jest to, czego szukam.
- W takim razie na pewno doceni pan zwrotność Barrakudy. Jego matka trzy razy z rzędu wygrała zawody okręgu – powiedział. Złodziej zmierzył wzrokiem siwego ogiera kopiącego drzwiczki boksu. Koń wydawał się wykrzywiać szyderczo do człowieka swoimi wielkimi łopatowatymi zębami. Garrett westchnął.
- Przykro mi zajmować pański czas, ale ten się nie nadaje.
- Tornado? Przybiega na trzy gwizdy. Jest jeszcze wyrostkiem, więc sprzedam po okazyjnej cenie – pogłaskał po szyi kasztana. Koń miał swojego pana najzupełniej w nosie, w kółko kręcąc się w stronę boksu ze srokatą klaczą o długiej grzywie.
- Hmm… Nie bardzo.
- Widzę, że jest pan znawcą… Zachwyci pana Bucefał. Klepnął bułanka w miejscu, gdzie u każdego zwierzęcia plecy kończą swą zaszczytną nazwę. Bucefał zarżał z wyrzutem i machnął ogonem.
- Cóż… To, jakby to ująć, z pewnością nietuzinkowe zwierzę, ale… - klient plątał się w zeznaniach. - Raczej nie mój typ.
- Oczywiście. Pomyślmy… Już wiem! – Jewbers wyglądał, jakby go olśniło. - Proszę za mną!

Dziarskim krokiem skierował się do ostatniego boksu. Tłukł się tu ogromny, kary rumak. Ze swymi wielkimi zębiskami, przekrwionymi oczami i bardziej byczym niż końskim karkiem, nerwowo dłubiący kopytem w piasku wyglądał na naprawdę wredne bydlę. Koń podbiegł do drzwiczek, zmierzył Garretta wzrokiem i posłał mu mordercze spojrzenie. Mężczyzna odwzajemnił się tym samym.
- A oto perła mojej hodowli – Ferrari – oznajmił triumfalnie Jewbers. – To taki koń, którego pan szuka. Niezwykłe zwierzę. Nadaje się do długich, męczących podróży, szybkiego cwału i na turnieje.

Ferrari zaczął dobijać się do drzwiczek boksu jak oszalały. Po chwili udało mu się wystawić kopyto pod spodem i wyrżnąć Garretta w kostkę. Zaatakowany podskoczył i syknął.
- Z pewnością nie.
- Czarny jeździec na karym koniu… - kupiec spróbował jeszcze raz, mierząc wielce wymownym wzrokiem szczupłą sylwetkę klienta. – To bardzo przyciąga kobiety.
- Właśnie – szepnął Garrett.
Objął pomieszczenie spojrzeniem. – Nie ma pan czegoś… innego? Mniej drapieżnego ogiera? Proszę mi pokazać najmniejszą, najbardziej rozmarzoną i senną kobyłkę, jaką pan ma. Najlepiej o imieniu w stylu jakiejś Stokrotki czy coś w ten deseń.
Jewbers pokręcił w zamyśleniu głową. Na czole pojawiły się kropelki potu.
- Bardzo mi przykro, ale specjalizujemy się w koniach-olimpijczykach – wyjąkał.
- Cóż, w takim razie serdecznie przepraszam, że zająłem panu tyle czasu. Do widzenia – odrzekł z nieskrywaną już ulgą Garrett i czym prędzej wyszedł, bez słowa odrywając najwyraźniej podrywającego jakąś dziewczynę Morleya od baru, do którego ten zdążył chyba się już przesiąść i zostawiając oszołomionego handlarza samego.

DALEJ
Logowanie
Nazwa Użytkownika

Hasło



Nie jesteś jeszcze naszym Użytkownikiem?
Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.

118007 Unikalnych wizyt

PHP-Fusion v6.01.6 © 2003-2005


Załóż : Własne Darmowe Forum | Własną Stronę Internetową | Zgłoś nadużycie