Wyszczekani.pl
Strona GłównaCzwartek, Wrzesień 21, 2017
Nawigacja
Strona Główna
Kawiarenka literacka
Biblioteki Strażników
Kącik tłumacza
Współpraca międzynarodowa
Tu odprawiamy Rytuał Ashk-Ente, czyli kontakt
Online
Gości Online: 1
Brak Użytkowników Online

Zarejestrowanch Uzytkowników: 35
Nieaktywowany Użytkownik: 581
Najnowszy Użytkownik: MichaelGat
CZĘŚĆ II: Książka kucharska
Następnego ranka towarzystwo wyruszyło do mieszkania Garretta, by ostatecznie przygotować się na podróż swą obraną trasą. Morley darł się na biednego Garretta jak wściekły mulnik na uparte zwierzę, ponieważ chciał wyjechać przed świtem.
- Daj mi spokój… Masz ty w ogóle jakieś pojęcie, która godzina?!... – jęczał Garrett.
- Mam doskonałe pojęcie – stwierdził czarny elf, stercząc nad zaimprowizowanym łóżkiem gospodarza - materacem w pokoju ćwiczeń. Gregorius, ranny ptaszek, od kwadransa krzątał się po mieszkaniu, zbierając swoje rzeczy, świeżutki jak stokrotka. Czegoś takiego nie można było powiedzieć o ofierze Dotesa.
- Mam doskonałe pojęcie – powtórzył Morley. – I wiem, że jeśli nie chcemy spotkać się ze zmianą warty przy bramie, musimy wyjechać natychmiast.
- Nie kpij sobie ze mnie – wyjęczał Garrett, przewracając się na drugi bok. – Masz pojęcie, do której godziny pakowałem zabaweczki?

Zabaweczki. Pieszczotliwa nazwa sprzętu Garretta. Zabaweczki. Wszystko jasne.

- Zabaweczki? – parsknął Morley. – Człowieku, my tu stajemy na głowie, żeby bezpiecznie wyjechać z Miasta, a on zabawkami się zajmuje.

Odpowiedziała mu przelatująca poduszka w roli pocisku.

- Wiesz, co jest przyczyną twoich humorów? – podpowiedział. Garrett po omacku szukał czegoś o większych gabarytach.
- Dieta ociekająca krwią mordowanych istnień! – zdążył wrzasnąć Morley, uciekając za drzwi przed lecącym w jego kierunku potężnie wyglądającym kałamarzem.

Garrett z błogością wsłuchał się w trzaskające drzwi za Morleyem. Tak… Wreszcie spokój. Obrócił się na drugi bok i zapadł w sen…

CHLUP! Trutututu! Szuruszuruszuru. Bum. Bum! BUM!!!

- AAA!!! – zaskomlał Garrett: nieomal dostał zawału. Oto już-już miał na dobre odpłynąć w objęcia Morfeusza, gdy nagle na jego głowie wylądował metalowy czajnik, a raczej jego zimna i mokra zawartość.

Trutututu! Szuruszuruszuru. Bum. Bum! BUM!!! Tralalala! Jakiejśtam jabłuszko, moja miła i coś tam, coś tam…

- Co jest, do cholery?! – wrzasnął, próbując bezskutecznie zasłonić się przed hałasem. Jak przez mgłę wylanej na niego wody dostrzegł Dorisa i Marshę, uśmiechniętych od zielonego ucha do ucha, ochoczo uderzających w garnek i patelnię w saloniku. Drzwi, jak można się domyślić, były otwarte i to za sprawą niecnego pana Dotesa. Ten ostatni dzierżył w rękach rzeczony czajnik ociekający wodą i wyglądał na wręcz nieprzyzwoicie zadowolonego z siebie.

- Pogięło cię? Jak możesz?!...
- Mogę. To moi kuzyni, nie twoi.
- Ale moje mieszkanie i MÓJ SEN!
- Formalnie rzecz biorąc, jesteś najemcą – Dotes wykrzywił wargi w komiczny ryjek. Garrett był wyraźnie rozzłoszczony. Nic dziwnego: jego włosy były kompletnie mokre, nie wspominając już o pościeli, która dzielnie przyjęła na siebie bombardowanie.

- Kto tego pajaca wpuścił? – warknął, wchodząc do saloniku. Gregorius podskakiwał z małą blaszaną trąbką przy ustach ramię w ramię z Dojango grzechoczącym naprędce zaimprowizowaną grzechotką - kamionką pełną grochu. Gdy zobaczył Garretta, zastygł wpół piruetu, a radosny uśmiech wyglądał jak przylepiony.
- Eee… J-ja, Garretcie… - wyjąkał. – Pan Morley powiedział, że kazałeś się zbudzić wcześnie muzyką i tańcem, by miło zacząć ważny dzień.
- W istocie, tak było, w rzeczywistości – potwierdził Dojango.
- Dlatego – Gregorius ciągnął z większą pewnością siebie – z panem Dojango oraz panami Marshą i Dorisem zaczęliśmy tańczyć regionalny taniec nomadów z równiń Niziny Sto, tam, gdzie leży Sto-Helit.
- Nom – dodał Marsha.
- Sto, hop siup! – powiedział z grollowym, przepraszającym uśmiechem-bananem Doris. W tym momencie do drzwi mieszkanka ktoś załomotał. Gospodarz chwiejnym krokiem dowlókł się do drzwi i otworzył je. Na progu stał pękaty jegomość w różowym szlafroku, z imponującą szlafmycą z chwościkiem w identycznym kolorze. Na jego pucułowatym obliczu okolonym szarymi bokobrodami malowało się równocześnie rozespanie i niepokój.
- Czy pan wie, która jest godzina? – spytał poważnym głosem pasującym do kupca lub właściciela małego zakładu krawieckiego.
- Aktualnie, nie bardzo. Serdecznie przepraszam – Garrett przejechał ręką po mokrych włosach.
- Co się tu właściwie dzieje? – sąsiad szurał nerwowo stopami obutymi w rozkoszne papucie-króliczki.
- Eee… Brat. Przyrodni. Przyjechał właśnie mój przyrodni braciszek – Złodziej bohatersko opracowywał zeznania. - Niestety, z kolegami. Najmocniej przepraszam za hałas. Wie pan, jak to jest z rodziną.
- Czy pański brat jest… no… Całkowicie przy zmysłach?... Jestem lekarzem, więc… może mógłbym jakoś…
- Dziękuję. Muszę po prostu nad nim popracować. Babcia zbytnio mu popuszcza. Przepraszam za przebudzenie.
- Rozumiem. Też jestem z rodziny wielodzietnej… Dobrej nocy – zakończył doktorek. – Biedny człowiek, taki młody… braciszek z kolegami… Biedny człowiek… - mamrotał do siebie, wracając do swojego mieszkania. Garrett zamknął drzwi.

Zamilkł. Zapadła przerażająca, mordercza cisza. Nawet Doris i Marsha przestali łomotać. Grolle z chorobliwą fascynacją śledziły zachowanie gospodarza. Na bladej twarzy nie poruszał się żaden mięsień.
- Eee… Troszeczkę przesadziliśmy, tak? – nieśmiało przełamał ciszę rycerz. Garrett odparł złowieszczo spokojnym głosem: - Tak. Przesadziliście.

Obrócił się na pięcie w stronę zastygłego elfa. Nadal trzymał oburącz czajniczek, a na oliwkowej buzi malował się widoczny lęk.
- Ty wredny liliputowaty kłamczuchu! Wytłumacz się!

* * *

Towarzystwo wytoczyło się w molowych nastrojach. Było chłodno i mgliście – piękna zapowiedź dwumiesięcznej wycieczki… Miasto znajdowało się w tej bliżej nieokreślonej porze, kiedy wzorowi obywatele jeszcze, a ci mniej – już śpią. Z tego powodu marsz był szybki, choć nadłożyli spory kawałek, omijają słynne na całej wyspie więzienie Cragscleft. Po kilku godzinach udało im się dotrzeć, brnąc po kostki w błocie przez podmokły las, na polanę obrośniętą karentyńskimi jesionami i świerkami. Garrett w milczeniu wskazał ręką na stadko brunatnych stworzeń. – Musimy je ominąć – rzucił do rycerza i reszty.
- Niesamowite, dzika ostoja burricków tak blisko TunFaire - Melissa przyglądała im się wnikliwym wzrokiem badaczki. Stworzonka kręciły się wokół drzew, drapiąc korę, na której wyrastał pewien gatunek fluorescencyjnych grzybów, będących podstawą ich diety. Burricki poruszały się na potężnych tylnych łapach, a przednie kończyny, zakończone pazurkami - niewielkimi w stosunku do dolnych – od czasu do czasu czułym gestem dotykały pobratymców. Wielkie głowy nadawały im karykaturalny wygląd. Przypominały popularne w całej Karencie pluszowe maskotki.
- Nie wyglądają groźnie. Chyba są milutkie – orzekł Gregorius z zachwytem.
- Przeważnie są dosyć grzeczne, takie leśne świnki, jednak nie myśl, że myły kiedykolwiek zęby – zgasił go Garrett. – ich wyziewy są gryzące i śmierdzą gorzej od skunksa. To dla nas niezbyt dobra wiadomość. Skoro tu, w lesie, jest takie spore stado, oznacza to, że w okolicy mieszka ich duża populacja.
- Jest jeden plus – pojednawczo rzekła Melissa do przyjaciela. – One nigdy nie gonią, a atakują – to powiedziane na wyrost – tylko, gdy są zagrożone.
- No, to przelećmy obok do tej jaskini na drugim końcu łąki – Morley wzruszył ramionami. – Są jak krowy – powolne jak metabolizm Garretta po tej jego krwawej uczcie.
- Uważaj, co gadasz – odgryzł się. – Co masz do biednych zwierzaków?! Przecież to twoi bracia w wierze i gastronomii! Też żrą zielsko.

Morley zrobił się purpurowy. Przy jego oliwkowej cerze dało to ten interesujący efekt kolorystyczny, o którym była już mowa.

- Dobra. Nie kłóćcie się – rycerz łagodził spory. – Melisso, czy obejdziemy się bez mikstury szybkości? – spytał błyskotliwie. Przyjaciółka uśmiechnęła się. – Obejdziemy się. Najpierw Garrett. Potem my. Trojaczki, ruszycie za nami. Morley osłania tyły.
- Ale na wypadek zatkajcie nosy – dodał Złodziej.
- Dobrze, panie Garrett – powiedział uprzejmie Dojango Roze. Jego bracia z różnych matek zagruchali zgodnie.
- Dobra, biegniemy na trzy – oznajmił. – Raz, dwa, TRZY!

Wystrzelił do przodu jak z procy. Za nim ruszyła Strażniczka z rycerzem. Burricki szybko zorientowały się o obecności grupki. Na chwilkę je zamurowało. Tylko kilka młodych (zapewne nigdy nie widziały człowieka) klapnęło na krągłe siedzenia, podziwiając niecodzienny widok i popiskując z cicha. Widok był całkiem interesujący nawet z punktu widzenia burricka. Oto trójka zakapturzonych postaci sadzi susy przez ich łączkę, nawet nie próbując tych pysznych ziół, na które tęsknym okiem spoglądał Morley! Przewodnik stada zaryczał, jednak bez większego przekonania. Dojango, Marsha i Doris właśnie rozpędzali się. Zwierzęta zbiły się w ciasną gromadę, po czym dorosłe osobniki nadęły policzki w celu pobudzenia gruczołów produkujących duszący gaz. Towarzystwo było już tuż-tuż przeciwległej strony łąki. Niestety, Morley nie miał tyle szczęścia i trafił w sam środek żółtej chmurki. Wstrzymał oddech, przymknął oczy i zmusił się do szybszego biegu. Burrick, który wypuścił kłębuszek gazu, czknął subtelnie. Jego pobratymcowi także się odbiło. Morley sadził susy, depcząc ze zgrozą swe ulubione zielsko. Stado burricków rozpoczęło swoje charakterystyczne zajęcie: zbiorową czkawkę żółtymi chmurkami gazu.
- Gazu, Morley! – wydarł się Garrett.
- Pozzifle pheez! – warknął Morley. Dobiegł już na drugą stronę łączki. Burricki z przyjemnością oddawały się swojemu zajęciu: puszczaniu złocistych baniek. Garrett wyszczerzył się. – Uwielbiam, jak przeklinasz po elficku.

* * *

- I co teraz? – spytał rycerz.
- Pomyślmy… - Melissa przeciągnęła dłonią po krótkich włosach. – Z tego, co wiem, ta jaskinia ma dwa główne korytarze: jeden, na północny wschód, kończący się pod Cragscleft…
- Tam nie chcemy się dostać – mruknął Dotes.
- …I na zachód, wychodzi gdzieś pod jakimś lasem – dokończyła Strażniczka. – Chyba pod lasem są jakieś zabudowania.
- W rzeczywistości, jest tam stara gospoda, kiedyś tam byliśmy – wyjaśnił Dojango. Marsha dodał: - Soczek, mniam, mniam – i pogłaskał się po brzuchu.
- O, nie – Morley kategorycznie zaprzeczył. – Żadnego soczku, upijacie się po jednym kubku. Nie wypada w tak zacnym – poza panem Garrettem - towarzystwie.

Garrett udawał, że nie słyszy.

- Ooo… - westchnął Doris. Melissa klepnęła go po wielkim ramieniu. – Nie martw się, wielkoludzie – pocieszyła go. – Na pewno będzie coś dobrego dla takich koleżków jak wy.
- O, tak! – grolle energicznie kiwnęły głowami.

* * *

Gromadka przez kilkanaście godzin tłukła się po jaskini w mniej lub bardziej konkretnym kierunku. Teoretycznie, mieli wydostać się z systemu grot i korytarzy wyrytych przez burricki po około czterech godzinach, jednak przy wściekłym jak osa Morleyu (Garrett był święcie przekonany o braku odpowiedniej ilości białek i z lubością drażnił elfa, snując błogie wizje ogromnych, krwistych steków, jakie przyjdzie im zjeść w jakiejś gospodzie, doprowadzając tym samym Dotesa do szału), trojaczkach licytujących się na potrawy, jakimi uraczą się w karczmie i rycerzu zachwycającym się stalaktytami, stalagmitami i innymi formacjami skalnymi, nie było to proste. Dość rzec, że spędzili pod ziemią około pół dnia.
- Spójrzcie na te fascynujące malunki naskalne! Muszą być pamiątką po dawnych ludach, chcących przekazać swe sekrety potomnym! – po raz kolejny wykrzyknął rycerz. Garrett posłał mu znudzone spojrzenie.
- Greg, to nie malunki. I na pewno nie zostały wykonane przez Starożytnych – odrzekł.
- Nieee? – spytał widocznie zawiedziony rycerz. – W takim razie, co to jest?
- Wiesz… W tym miejscu burricki ocierają się po błotnych kąpielach – wyjaśnił szczerze. – Pomaga im to zdrapać stary naskórek, dlatego są takie błyszczące.
- Ojej… Szkoda – mruknął Gregorius. Po chwili jednak uśmiechnął się promiennie. – Ale to i tak bardzo ciekawe i pouczające.
- A ja NIE CHCĘ więcej naukowych rewelacji! – warknął Morley. – Jestem GŁODNY! – za jego plecami grolle pokiwały głowami.
- A widzisz? – triumfował Garrett. – Przed wyjazdem proponowałem jajecznicę z szynką, ale nie chciałeś. Twoja strata… Było jeść grzecznie, co dają.
- Garrett, przestań – Melissa odgarnęła włosy z czoła. – Morley, według mapy niedługo powinniśmy wyjść z tych tuneli i zaraz zobaczyć karczmę.
- Domek mniam, tuż-tuż – wyjaśnił Doris, a Marsha klepnął się usprawiedliwiająco po brzuchu. Dojango uzupełnił wypowiedź brata: - W rzeczywistości, karczma jest już niedaleko. Gdy tylko opuścimy jaskinię, będzie widoczna. To jedyny budynek w okolicy, leży pod lasem. W tym lesie, w rzeczywistości, płynie rzeka Setod, która prędzej czy później doprowadzi nas do osady.
- Wspaniale – Gregorius nie tracił rezonu. Nadal był uradowany, choć jego żołądek miał na ten temat inne poglądy.
- A ja wiem swoje. Wyjazd tutaj to było wdepnięcie w jedno wielkie kaka – burknął rozzłoszczony elf.
- Morley – skarcił go Garrett. – Profesjonalny łamacz kości nie może wyrażać się jak naburmuszony czterolatek! To nie uchodzi.
- Zaraz pokażę ci, co nie uchodzi, ty idioto! – wrzasnął Morley. Głód budził w nim mordercze odruchy. Ruszył w kierunku Garretta, który zaczął uciekać. I miał absolutną rację. Trzeba jednak przyznać, że wkurzenie Dotesa znacznie pomogło wyprawie. Wcześniej wlókł się, marudząc, na samym końcu, potwornie opóźniając marsz. Teraz biegł z lekkością wrodzoną czarnym elfom. Melissa złapała się za głowę.
- Zwariować można z wami! Greg, chodźmy, zanim zrobią sobie coś głupiego. Grolliki, za mną! Gońcie napalonego kuzynka, zanim pożre nam go żywcem.
- Już się robi! – Dojango wskazał braciom niknącego w ciemnościach kuzyna, po czym ruszył przed siebie.
- Dla foczki! – Marsha uśmiechnął się swoim grollowym wyszczerzem-bananem.
- Dla foczki! – zgodził się z braciszkiem Doris.

Trojaczki długo zastanawiały się, jakie przyjacielskie przezwisko nadać Melissie. Karentyński to język mniej lub bardziej kulturalny. Tacy choćby wiedźmini czy trolle-najemnicy mają z opanowaniem go duże kłopoty zez względu na brak odpowiedniej ilości inwektyw i przekleństw, czyli wyrazów niecenzuralnych. Ostatecznie stanęło na foczce, pieszczotliwym zdrobnieniu używanym w grollowym narzeczu do określenia przyjaciółki-pupilki. Melissa zgodziła się pokornie. Zważywszy na fakt, iż grollowy to połączenie w zależności od domieszek gatunków (troll i gigant, człowiek, elf lub krasnolud) tych języków, mogła mieć dużo mniej szczęścia. Znajome Morleya byłyby określone najwyżej chłybdą (nie podejmuję się tłumaczenia).

Towarzystwo przez jakiś kwadrans starało się nawzajem dogonić rozszerzającym się powoli korytarzem.
- Morley! OPANUJ SIĘ! – wołał Garrett. – Zrobisz sobie i nam krzywdę!
- Mam cię dość! Robię, co mi się żywnie podoba! – wrzeszczał Morley w amoku.
- Weźcie się wreszcie w garść!!! – próbowała przemówić dwóm kawalerom do rozsądku Melissa. Przedsięwzięcie z góry skazane na porażkę.
- Panie Morley! Przedyskutujmy to pokojowo, jak dżen-tel-me-ni! – krzyknął rycerz.
- A weźcie się jeden z drugim odczepcie ode mnie! – ryknął Dotes. Garrett przesadził właśnie gwałtowne obniżenie terenu. Morley nie zauważył pułapki i poślizgnął się. – ŁAAAAA!!! – wrzasnął, spadając.
- Nie! – jak jedna osoba krzyknęli Melissa i Gregorius.
- O-ooo! – skomentowały grolle.

Dotes przymknął oczy. Trzeba przyznać, że czarne elfy mają wrodzoną tendencję do próżności. On sam był tego idealnym przykładem. Myślicie, że spadając w dziurę, myślał o jakiejś niewyznanej miłości? O rodzinie pogrążonej w smutku po nim? Swoim siostrzeńcu, który będzie musiał sam opiekować się Cholernym Papagajem? Nie. Morleyowi przez myśl przemknęła tylko wizja koszuli z mithrilu zapaćkanej jego płynami ustrojowymi. Przecież właśnie za chwileczkę wyrżnie o kamień!

Ale nie wyrżnął.

W ostatniej chwili Garrett jakimś niewytłumaczalnym cudem zdążył zawrócić i chwycić go za kaptur u peleryny. Teraz męczył się z wywindowaniem czarnego elfa z powrotem do góry.
- Niech to…! Nie kręć się tak! – warknął. – Te twoje kości nieźle ważą!
- Ooo… - Morleyowi nagle – o, dziwo! – zrobiło się strasznie głupio. Popatrzył w dół. Zagłębienie może nie jest nie do przebycia, ale upadek rozpędzonej osoby w dół… Wzdrygnął się.
- Jesteś cały? – zaniepokoił się rycerz. Elf nie odpowiedział. Melissa oglądała Morleya, którego ciało nagle zmieniło się jakby w galaretę. Garrett trzymał go już nad bezpieczną częścią i próbował postawić. Z miernym skutkiem. Elf trząsł się przez chwilkę.
- Pokaż się – Strażniczka w myślach robiła szybką powtórkę z wiedzy medycznej. – Garrett, połóż go.
- Ej! – zaprotestował. Dziewczyna posłała mu ostrzegawcze spojrzenie. Już bez protestów posłusznie oparł przerażonego elfa o ścianę jaskini. Rycerz sprawnie wyciągnął z plecaka koc i podłożył ją pod głowę Dotesa. Melissa delikatnie przyłożyła rękę do szyi pacjenta, sprawdzając, czy kręgosłup nie ucierpiał. Żadnych zmian. Zmierzyła puls u ręki. Normalny, choć z pewnością najadł się strachu. Lekko ścisnęła oliwkową skórę, by przekonać się, czy reaguje.
- Auć - Morley dochodził do siebie. Gregorius spojrzał na przyjaciółkę z podziwem. Uśmiechała się, więc odetchnął z ulgą.
- No, żyje – stwierdziła. Grolle zagruchały z uznaniem.

* * *

Grupka stała za rzeczoną dziurą. Oczywiście, nie obyło się bez gratulacji dla Melissy i Gregoriusa za szybką akcję pierwszej pomocy, a dla Garretta – za refleks, bez którego Morley byłby już marmoladą na dnie zagłębienia. Dojango z czystej ciekawości wrzucił do środka kamyczek, jakich wiele zalegało na podłodze jaskini. Dźwięk był wystarczającym dowodem na twardość podłoża w rozpadlinie. Sam sprawca zamieszania, które mogło skończyć się dużo poważniej niż popsuty humor całej ekspedycji, czuł się mocno zażenowany. W końcu wydukał: - Eee, ten… Garrett… dzięki.

Nie było już powodu do zatrzymywania się. Według obliczeń Strażniczki, na zewnątrz było już raczej ciemno. Lasy Carnfae nie należą do najbezpieczniejszych miejsc, a już na pewno nie jest to lokalizacja, gdzie chciałoby się spędzić noc. I wytrzymałoby się do rana w – przynajmniej z grubsza rzecz biorąc - jednym kawałku.

Towarzystwo wydostało się z jaskini, kierując się na zachód. Najpierw szły grolle: zwalisty Doris, mocarny Marsha i nieco mniejszy od swych braci Dojango; nastepnie Gregorius i Morley, dyskutujący o burrickach. Rycerz za wszelką cenę starał się przekonać Dotesa do faktu, że te „przemiłe zwierzątka” są urocze i że z pewnością wspomni w liście do babci o pomyśle hodowli ich w Letheritzii, gdy tylko dotrą do gospody. Elf jednak próbował protestować: bełkotliwce, jak je nazywał, są niebezpieczne i że babka rycerza z pewnością nie będzie chciała takich pupilków w willi. Ostatecznie jednak rycerz, zawołany retor, wygłosił koronny argument, który był bezpośrednio powodem kapitulacji przeciwnika. Oświadczył bowiem, iż jego babcia jest wspaniałą kobietą i pozwala mu hodować własne zwierzątka, bo zależy jej na nim, dlatego tak czy siak zamierza wprowadzić w Letheritzii udomowienie burricków. Dodał jeszcze, że burrick może być najlepszym przyjacielem człowieka i że są słodkie, jak im się tak na żółciutko odbija. Dotes skwitował to wywaleniem języka i udawaniem zombie.

Podczas gdy rycerz i elf brali udział w dyspucie, a trojaczki wymyślały zamówienia, Melissa i Garrett zostali nieco z tyłu. Dziewczyna wyglądała na zaniepokojoną, twarz Złodzieja nie wyrażała żadnych emocji. Trzymał ręce w kieszeniach bluzy, a kruczoczarne włosy opadały luźno na czoło.
- Mógłbyś mi wyjaśnić, co tu się dzieje?
- A co niby? – mruknął. Złapała go za rękaw.
- Dobrze wiesz, że nie miałeś prawa zdążyć go złapać.
- Ale złapałem.
- Jakim cudem? Widziałeś go?
- Eee…
- Od tyłu?
- Jakie to ma znaczenie? – mruknął. Odrzuciła włosy do tyłu.
- …Nawet, gdybyś zdołał się obrócić, nie zdążyłbyś go chwycić!
- Ale nadal łazi po tym padole łez i marudzi o swoim zielsku.
- Wiesz, co to znaczy?
- Co? Że nie mam szczęścia za grosz? – ironicznie odparł Garrett.
- Że Magar ma rację. Dar – spojrzała na niego poważnie.
- Że co?! Niemożliwe! Nie ja! – bronił się.
- Nie uciekniesz, tyle ci powiem. To Dar, nie zakup podlegający zwrotowi – odparła, po czym szybko dołączyła do Gregoriusa. Chwyciła go za rękę, a on objął ją, uniemożliwiając tym samym oponowanie. Prawdziwi przyjaciele. A może…? Ma rację…?

* * *

Kierunek obrany przez dziewczynę okazał się poprawny: już po kilkuset metrach grota nagle kończyła się w jakichś krzakach. Gdy towarzystwo wykaraskało się z czeluści jaskini, ich oczom ukazał się oczekiwany z utęsknieniem widok: mała dolinka, zamknięta z obu stron graniami górskimi. Po lewej stronie, patrząc do wylotu jaskini, rozciągał się ciemny, gęsty las, złożony, jak ocenił rycerz, głównie z kasztanowców karentyńskich, jodeł karentyńskich i świerków srebrzystych. Kasztanowce są w Karencie bardzo popularne. Są rodzimą florą krainy. Sadzi się je także w pobliżu siedzib ludzkich, a rolnicy, szczególnie w ubogich rejonach górskich, wyrabiają z ich owoców mąkę i paszę dla zwierząt. Z lasu wypływała górska rzeka, zapewne wspomniany przez Roze’a Setod. A pod lasem… Stała upragniona karczma. Chylący się pod naporem czasu budynek z drewna, z podmurówką z kamieni polnych i krytym drewnianym gontem dachem porośniętym mchem.
- No, to jesteśmy na miejscu – skomentował wesoło Gregorius.
- Hej, ho, hej ho… - zawył Doris.
- …Do knajpy by się szło! – zawtórował mu fałszywie, acz wielce radośnie Marsha.
- W rzeczy samej, to karczma, moi drodzy, w rzeczywistości – zaraportował Dojango.
- No – zwięźle wyraził aplauz Morley.

Garrett nie odezwał się. W milczeniu wskazał na niebo. W momencie zrobiło się stalowoszare, po czym lunął obfity deszcz.
- Ruszcie się! Nie widzicie, że leje?! – wrzasnął. Grupa czym prędzej pospieszyła do gospody. Niestety, nim zdążyli otworzyć masywne, okute odrzwia, ich peleryny zdążyły namoknąć.

Grupka weszła do środka. Warto tutaj poświęcić trochę czasu na opisanie wnętrza. Ściany były wykonane z grubych jodłowych bali. Podłogę zrobiono z wielkich kamiennych płyt, raczej zwykłych polnych kamieni o płaskim kształcie. Wystrój wnętrza można określić jako bardzo tradycyjny. Lampy stanowiły zwykłe świece z żółtego wosku osadzone w imponujących rozmiarów porożu, zapewne jelenim. Białe jelenie należą do rodzimej fauny karentyńskich gór. Są obecnie całkiem liczne dzięki zastosowaniu przez Gregoriusa okresów ochronnych oraz ustanowieniu służb leśnych. Sprytne zagranie: miejscowi zyskują miejsce pracy i godziwe – w górskich realiach wręcz pokaźne – zarobki, a zwierzęta żyją spokojnie. Pomijając zresztą pokerowy trik lady Anny: mądra kobieta sprawdziła, że Niewidzialny Uniwersytet gratyfikuje tego rodzaju przedsięwzięcia, użyła swego uroku osobistego, kontaktów i pieniędzy, dość rzec, że obecnie Ankh-Morpork łoży w dużym stopniu na utrzymanie leśniczówek, a dodatkowo płaci Karencie. Dobro kraju zostaje w rodzinie…

U powały zwisały sieci, kilka wypchanych ryb (rycerz rozpoznał mameluki, rzadkie górskie ryby występujące jedynie w Setodzie i Fae na jej wysokogórskich odcinku u stóp góry Potmar) jako trofea wędkarskie. Okienka były małe, opatrzone okiennicami wyciętymi w serduszka i kolorową zasłonką. Pod ścianami ciągnęły się ławy, stało też kilka dębowych stolików. Na przeciwległej do ław ścianie pysznił się kominek, w którym dałoby się upiec dużego barana lub prosiaka w całości. Obok ciągnął się najwyraźniej niedawno ustawiony bar: wykonany w całości z wypolerowanego drewna karentyńskiej jodły. Mimo późnej pory w karczmie było gwarno. Przy stoliku obok drzwi, zapewne do kuchni czy łazienki (jednym z niedawno wprowadzonych przepisów jest posiadanie takiego przybytku w każdym lokalu gastronomicznym; pozwolę sobie wyrazić zdanie, że jest to cenna uwaga), siedział jakiś może trzydziestoletni mężczyzna o wyblakłych bladoniebieskich oczach psa rasy siberian husky. Z powodu fryzury przypominał źle ostrzyżonego pudla, blond włosy opadały mu do szyi. Ubranie było wyświechtane, kiedyś chyba jaskrawoczerwone, jednak najlepsze lata bez dwóch zdań miało dawno za sobą. Blondyn, najwyraźniej bard, brząkał na lutni jakąś regionalną piosenkę, aczkolwiek co do jej wykonania można było mieć poważne zastrzeżenia. Przed nim stał zestaw opróżnionych glinianych naczyń. Przy stoliku na środku sali siedziało kilku barczystych mężczyzn. Mogli być drwalami bądź tutejszymi myśliwymi. Śmiali się i dowcipkowali tubalnymi głosami, widać było, że to stali klienci czujący się tu jak w domu. Tulili do siebie oplatane butelki. Położony przy drzwiach do sieni stolik także był zajęty, siedziało wokół niego kilku staruszków, z apetytem zajadających szarlotkę. Po sali krzątała się kelnerka, hoża wiejska dziewoja. Postawna rumiana szatynka, włosy nosiła zebrane w gruby warkocz. Melissa z fascynacją pomyślała, że takim warkoczem można nieźle przyłożyć jakiemuś przyjemniaczkowi w ciemnej uliczce. Kelnerka miała na sobie brązową codzienną sukienkę i kremowy fartuch. Uważnymi, bladoniebieskimi oczami lustrowała otoczenie, by natychmiast wyłowić sylwetkę staruszka zamawiającego butelkę piwa. Widać było, że zna się na tym, co robi.
- Rosie, przynieś kilka szczapek! – dobiegł żeński głos z kuchni.
- A już, w chwilusi! – odkrzyknęła wesoło.

Grupka nowo przybyłych nieomal została rozdeptana. Dziewczyna skierowała się w stronę sieni, gdzie leżał stosik drewna, a wtedy natknęła się na siedem zakapturzonych postaci. Trzeba przyznać, że wejście mieli niesamowite: nagła materializacja siedmiu zakapturzonych osobników, z czego przynajmniej trzy były więcej niż rosłe, a dwie wręcz kolosalne, przed niczego niespodziewającym się człowiekiem robi wrażenie. Dziewczyna kuchenna aż podskoczyła ze zdziwienia.
- O! – ten cichy okrzyk był idealnie uformowanym kółkiem. Po chwili odzyskała profesjonalizm.
- Witejcie w „Tańczącym burricku” – powiedziała grzecznie gwarą typową dla okolic. – Proszę, wybierzta sobie stolik, zaraz podejdę i złożycie zamówienie – to mówiąc, sięgnęła po polano, jednak Morley był szybszy. Teraz błyskał ostrymi ząbkami czarnego elfa, szczerząc się do dziewczyny jak ostatni głupek. – Azaliż oczy mnie mylą? Cóż to za nadobna dziewica? – cisnął swoją pelerynę w Garretta, ewidentnie mającego przemożną chęć zapadnięcia się pod ziemię, byle tylko nie łączono jego skromnej osoby z występem Dotesa. Ten tymczasem miał Złodzieja i jego osobiste odczucia w nosie. Właśnie zginał się w ukłonie, spychając resztę ekspedycji w głąb sieni. Drzwi, obciążone plecami Dorisa, Marshy i Dojango, nie wspominając już o wgnieconych w grolle Garretcie, Gregoriusie i Melissie, jęknęły głucho.
- Gdzie można to zanieść, droga panienko? – spytał, bez pardonu kierując się w stronę kuchni.
- Oj, panie, nie trzeba, to ciężkie – słabo zaprotestowała kolejna ofiara Morleya Dotesa. Oczywiście rodzaju żeńskiego (osobnikom opornym wyjaśniam: ofiara, nie Morley). Ten już kierował się przez salę, obojętny na zdziwione spojrzenia drwali, barda i starszych panów. Niósł kłodę z miną Morleya Zdobywcy. Nie zważał już w ogóle na taki drobiazg jak migowe próby przemówienia mu do rozumu czynione przez Garretta.

- O, tak lepiej – uśmiechnął się promiennie do biednej dziewoi. Dziewoja wyglądała jak podduszona. Elfowi wcale to nie przeszkadzało. Reszta grupki szybko przesunęła się do najciemniejszego kąta salki i zajęła miejsca. Mogli tylko bezradnie patrzeć na przedstawienie serwowane im przez kolegę.
- Czy będziesz tak miła i uraczysz nas swoimi pysznościami? – Morley jechał na starym, sprawdzonym repertuarze. Kelnerka tylko kiwnęła głową i lekko zataczając się, schowała w kuchni. Morley tymczasem przedefilował przez całą salę, z zachwytem łowiąc spojrzenia oniemiałych tym pokazem chłopów. O czarnych elfach można powiedzieć wiele, ale ich naturalnym zawodem jest niereformowalny podrywacz.
- Co? – spytał lekko, chwytając pełen najwyższej dezaprobaty grymas Garretta.
- Wiesz, co – burknął. – Pozziffle pheez.
- Panie Morley… - rycerz wyglądał na nieco zażenowanego. – Czy panu ta dziewczyna się… podoba…?
- Greg, dobrze ci radzę, lepiej nie zadawaj tego pytania – mruknęła w czerń kaptura Melissa. Nie umknęło jej uwagi, że nie licząc Rosie i zapewne kucharki w kuchni, jest prawdopodobnie jedyną przedstawicielką płci pięknej w całym budynku. Wobec około tuzina wielkich facetów, nie licząc tutaj jej przyjaciół – reszty grupki.
- Jeszcze raz zrobisz z nas wszystkich głupków i pożałujesz. Jesteśmy tu incognito, a już rozpoznają nas po tym pajacu. Miałeś siedzieć w pelerynie i nie przyciągać uwagi, ale nie! Ty nie możesz. Pan Morley jest mądrzejszy – syknął Garrett.
- Jeśli nie znam się na jakimś temacie i jestem w nim kompletnym głąbem, staram się uczyć, biorąc przykład z profesjonalistów. A nawet jeśli jestem tym głąbem i boję się zrobić cokolwiek, to chociaż nie obrzydzam innym – odparł czarny elf.
- To samica, Morley. Zadajesz się z przedstawicielką obcego gatunku - Garrett zacisnął zęby. Gregorius ukradkiem rozejrzał się po sali. Drwale oniemiali, mimowolnie grzebali łyżkami w swoich miskach z bigosem, gapiąc się na rozpromienionego elfa. Staruszkowie obłapili już oplataną butelczynę, jednak bard wstał od stołu, po czym odezwał się uroczystym, piskliwym głosikiem: - Jakiż to pokaz sprawności i ogłady męskiej! Niczym w starych, dobrych czasach, moi mili. Tak, ja, Roland z Berylu, na widok tak wspaniałego dowodu, że ludzkość nadal wznosi się na wyżyny ducha, muszę zaśpiewać wam starą pieśń, by chwalić tego męża!

Chwycił za lutnię, która wydała dźwięk przywodzący na myśl wyrywanie kotu wąsów, po czym zaczął robić coś, co z braku innego określenia nazwiemy śpiewaniem.
- Tam, gdzie od Południa biją Oceanu fale,
Wschodu strzeże las nieprzebyty,
Co ongiś rósł w dolinach Rivendell.
Tam, gdzie Zachodu strzegą granie Carnfae.
Rzeka Fae toczy swe wody,
Meandruje wokół pagórka,
Gdzie wniosłe mury chronią gniazdo
Tysięcy ludu, setek rodów,
Co na tej ziemi od wiek wieków
Żyły pospołu.
Młotodzierżcy i Poganie
Dźwigają na barkach ramię w ramię
Chwałę swej macierzy, TunFaire.
Co od tysięcy lat istniała,
Co przeżyła jak żadna inna.
Ta, co Wybrańca wychowała.
Pomimo bólu, wiecznie niewinna.
Kiedy Północy bagniska smutku
Brzmią cichym zawodzeniem,
Dusza i ciało, umysł i serce
Jednym stają się Cieniem.
Wędrowcze, ty, co kroczysz ulicą
Skąd droga twa się zaczęła.
Niechaj rumieńcem zakwitnie twe lico
I dusza się w tobie zaśmieje.
Niechaj twe serce śpiewa psalm,
Bo oto wróciło do domu.
Nie skrzywdzi cię tu żadna dłoń,
W złym celu nie wskaże nikomu.
Tutaj najstarsze Bractwo rządzi
Jak opiekuńczy duch tych murów.
Nie ma tu armii, nie ma wojsk
Ani okrutnych królów.
To właśnie tu, na ziemi ojców,
Gdzie w gruzach Zaginione Miasto
Podniosło się, odżyło znów
Tysiąca pokoleń gniazdo.
Tu płynie wielka rzeka Fae
I życiem darzy wkoło.
Jej wody czyste – Nieba dar.
A w ciemną noc, gdy śpiewa Fae
I w mroku Miasto tonie,
Na twarzy swej, wędrowcze cny,
poczujesz lekki powiew.
To sokół ze złamanym skrzydłem
Nadal próbuje wzbić się do lotu…
A kiedy Eos stąpi znów
i dłonią różaną muśnie iglice,
Tysiące ludu, jak jeden mąż pojmą:
Wybraniec wrócił na stolicę.

Odpowiedziały mu oklaski staruszków i drwali. Około tuzina chłopów i kilka starszych egzemplarzy tutejszej społeczności byli zachwyceni występem barda. Garrett siedział, z tępą rozpaczą wypisaną wielkimi literami na twarzy gapiąc się okazałemu mamelukowi do żołądka. Ręce włożył do kaptura, próbując zatkać sobie uszy. Gregoriusowi i Melissie, obojgu obdarzonym dobrym, muzycznym słuchem, także sprawiało widoczne cierpienie słuchanie, jak grajek produkuje się nieudolnie. Rycerz spytał nieśmiało: - On jest z Berylu, tej wioski leżącej przy Letheritzii, a nic o nim nie słyszałem. O czym właściwie ten bard śpiewał?
- Z treści wynikałoby, że o TunFaire – mruknęła Melissa do przyjaciela. Garrett prychnął.
- Facet chyba w życiu nie był w Karencie! Ani jedna z tych bzdur nie jest prawdą. „Wiecznie niewinna”, tak? Dobre sobie. Całe Miasto przypomina… sami wiecie, kogo mam na myśli – mruknął z głębi kaptura.
- No, wiesz… - spróbowała Melissa.
- „Nie skrzywdzi cię tu żadna dłoń, w złym celu nie wskaże nikomu” – idiotyzm! Przecież Miasto ma najlepszą przestępczość zorganizowaną na całym Dysku! I najlepsze jest to, że – w przeciwieństwie do Ankh-Morpork - nikomu nie potrzeba na to papierka – roześmiał się gorzko.
- Wiesz, no, trudno się nie zgodzić, Ramirez, potem Chodo Contague, teraz Belinda… - Strażniczka nie poddawała się, ale było widać, że traci grunt pod nogami. Gregorius uśmiechnął się do niej pocieszająco.
- A pan, panie Morley? Nie weźmie pan udziału w rozmowie? – zagadnął, by odwrócić uwagę od drażliwego tematu. Morley tylko teatralnie westchnął przeciągle, patrząc wymownie w stronę drzwi kuchennych. Garrett puknął się w głowę.
- Z tym teraz nie pogadasz, Greg. Wziął i się zwiesił. Wyjdziemy stąd jutro, zobaczy byle czarownicę i będzie po problemie – ironizował. Morley chciał mu coś ciekawego odpowiedzieć, ale przeszkodził mu jeden ze staruszków, ewidentnie zagadujący barda. Gregorius nie spodziewał się, że staruszek może mieć taki głos, z pewnością dużo bardziej męski niż grajek.
- Pięknie żeście nam przyśpiewali, mistrzu, o naszej stolycy, ale teraz chcemy cosik naszego, z Carnfae. Tyle przeca mamy legend i bajań. Pewnikiem jest i w waszym fachu wiele pieśniczek o tym – powiedział. Roland skłonił się.
- Are you going to Scarborough Fair?
Parsley, sage, rosemary, and thyme.
Remember me to one who lives there,
she once was a true love of mine.

Tell her to make me a cambric shirt (On the side of a hill in the deep forest green).
Parsley, sage, rosemary, and thyme (Tracing a sparrow on snow-crested ground).
Without no seams nor needlework (Blankets and bedclothes the child of the mountain).
Then she'll be a true love of mine (Sleeps unaware of the clarion call).

Tell her to find me an acre of land (On the side of a hill, a sprinkling of leaves).
Parsley, sage, rosemary, and thyme (Washes the ground with so many tears).
Between salt water and the sea strands (A soldier cleans and polishes a gun).
Then she'll be a true love of mine.

Tell her to reap it in a sickle of leather (War bellows, blazing in scarlet battalions).
Parsley, sage, rosemary, and thyme (Generals order their soldiers to kill).
And gather it all in a bunch of heather (And to fight for a cause they've long ago forgotten).
Then she'll be a true love of mine.

Are you going to Scarborough Fair?
Parsley, sage, rosemary, and thyme.
Remember me to one who lives there,
she once was a true love of mine.

Drugi z dziadków poczekał, aż przebrzmią ostatnie nuty swoją drogą, pięknej melodii – niestety, w fałszywym wykonaniu Rolanda. – Tak, to piękna ballada, ale chcemy coś bardziej stojącego tu, na ziemi, a nie w niebiesiech.
– A co, moi mili, chcecie? Romantyczną balladę o Orsanie i Rolarze? O Krynie i Oroenie?
Jeden z drwali skrzywił się. – Przecie oni nie z naszych są stron! Zagrajcie i zaśpiewajcie o naszych sprawach!
- Ależ, ludkowie moi złoci, o czym dokładnie? Czy o mrożących krew w żyłach potworach, jakie zagnieździły się w biednym Scarborough? O… wampirach? – spróbował zaśmiać się potępieńczo, niestety, tylko się zakasłał.
- Ano – ozwały się głosy kilku drwali. – O wąpierzach – dodał jeden z brodaczy. Staruszkowie zaczęli klaskać, skandując: - Ro-land, Ro-land!
- A więc…
- Nie zaczyna się zdania od „a więc”… - burknął do siebie Garrett, wyraźnie zniesmaczony. Wybitny z pewnością talent grajka mocno grał mu na nerwach. Tak to jest, gdy dba się o obszerną wiedzę i kompleksową erudycję – zboczenie zawodowe Opiekunów. Roland na szczęście nic nie usłyszał. Chwycił swoją lutnię, po czym zaczął grać melodię, która przypominała obdzieranego ze skóry kota. Jedynie ksztat instrumentu nie pasował.
- Wampiry są to stwory krwi żądne,
Na biednych wieśniaków polują.
Żyć mogą i lat tysiące, gdyyyż
Krwią żyjących się żywią.
Och, Scarborough, biedne sioło,
Twój koniec rychły jeeeest!
Byłaś, o wiosko, miejscem szczęśliwym,
Twój lud zaradny i zdrowy.
Małe poletka jakoś cię żywiiiiiiły,
Budowniczy cię prowadził.
Aż zebrały się nad siołem czarne chmury,
Oto nadszedł dzień nieszczęścia!
Oto w jaskini na szczycie góóóóry
Uczyniły sobie wampiry gniazdo!
Och, Scarborough, zbroczyłaś się krwią
Naszych rodzin, przyjaciół i stad.
Nadeszły czarne czasy nad biedną wieeeeś.
I opustoszał kupców trakt,
Już nikt nie jedzie wzdłuż Seeeetod!
Nie pomogły błagalnicze modły,
Budowniczy odwrócił się od nas.
Nie pomaga czosnek, woda i osika,
Dzień i noc bije dzwon na trwoooogę!
Porywają nasze rodziny, nasze bydło,
Widmo głodu wisi nad nami!
O, Scarborough, biedna mieścino,
Gdzie twoje ocaleeeeenie?
Gdzie spodziewany ratunek z legendy,
Gdzie wielcy bohateeeerowie?
Znowu czasy nadeszły ponure,
Nikt nie dba o Scarborough…

- Nie cierpię karaoke… - zrzędził Garrett. – Ci dziadkowie muszą być całkiem głusi, że jeszcze go nie zakneblowali.
Z braku innego zajęcia kontemplował z rezygnacją wnętrze dyndającego z sufitu mameluka. Melissa i Gregorius pogrążyli się w półśnie, oparci obok siebie o ściany. Trojaczki trzymały się za brzuszki i marudziły. Morley siedział na stołku z miną stałego pacjenta wariatkowa, uśmiechając się w bliżej nieokreślonym kierunku kuchni. Towarzystwo było dobrze ukryte w zacienionym kącie, gdy jeden ze staruszków odezwał się: - Pięknie żeście to, mistrzu, zaśpiewali, aleć jest przeca dalsza część legendy. Bard zamrugał. – Tak? – spytał, zbity z tropu. Dziadek kiwnął głową, najwyraźniej bardzo z siebie zadowolony. – Ano, tak. Starsi powiadają, że gdy przyjdzie czas, ze wschodu nadejdzie ratunek. Siedmiu wspaniałych, którzy wybawią naszą wioskę z mocy sił ciemności. Przybędą z czeluści ziemi, pojadą wzdłuż Setod, dawno opuszczoną ścieżką, by nas ocalić, ale my, prostaczkowie pańscy, ich długi czas nie wyrozumiemy… I jeszcze jedno: wampiry, jakie nas prześladują, zrodzone są z wiecznego płomienia. Żyją w jaskini na szczycie góry na północy. Niepodobna pokonać je zwykłą bronią. Jeszcze moja prababka bajała, że takiego paskudnika można dosięgnąć tylko gwordem zrobionym z rogu jednorożca, o rękojeści ze stopu platyny i srebra, polerowanego podczas obróbki wodą święconą. Blokuje je nie sama woda święcona, ale wyhodowana na niej dzika róża (sam taką pielęgnuję, na wszelki wypadek, dlatego mogę wam przekazać to podanie). Gdyby ci wielcy bohaterowie przybyli, muszą być przygotowani na wielką walkę.

Roland nerwowo przełknął ślinkę. Jego włosy zjeżyły się już na początku poprawionej opowieści. Dziadunio był z tego zdecydowanie zadowolony.
– No, tak – wyjąkał w końcu bard. – Tako rzecze…
- Lem. Lem jestem – skromnie dopowiedział staruszek.

* * *

Podczas gdy reszta klienteli gospody rozmawiała o problemach wioski, grupka miała zupełnie inne problemy… Oto drzwi kuchni z trzaskiem otwarły się, po czym ukazała się w nich dziewczyna kuchenna. Niosła przed sobą glinianą misę z bigosem. Morley wyszczerzył się, spojrzał jej głęboko w oczy, po czym głębokim głosem – zupełnie nie swoim – wyznał, uśmiechając się promiennie: - Bywałem już na wschodzie i wiele widziałem, ale ty jesteś najpiękniejsza!
Rosie spłoniła się jak burak, wymamrotała „smacznego” i zwiała do kuchni. Melissa i Gregorius, wyrwani z drzemki smakowitym zapachem, mrugali oczami. Garrett mruknął ze złością: - Na wschodzie to on bywał, a jakże, ale kiedy zwiewał przed zbirami poprzedniego kacyka, kiedy napuścił na niego wampira na głodzie, a tym łamignatom był krewny za przegrane zawody nartników…
- Zamknij się, nie znasz się i tyle – stwierdził czarny elf, po czym powąchał dymiącą potrawę. Skrzywił się.
- Mięso zamordowanych podstępnie zwierząt. Nawet takiej kobiecie może się zdarzyć – wyjaśnił trojaczkom. Te bezzwłocznie zabrały mu talerz i zanurzyły łyżki w daniu. Nie dane im jednak było zjeść spokojnie. Oto z kuchni doleciały do uszu grupki jakieś krzyki. Trzy głosy widocznie się o coś kłóciły. Jeden, gruby i męski, drugi pewnie należący do jakiejś rosłej kobiety oraz oburzony pisk Rosie. Drzwi z impetem otwarły się, po czym na horyzoncie zmaterializował się cokolwiek dziwny orszak. Składał się on z wielkiego, brodatego mężczyzny, występującego w kraciastej koszuli i skórzanych góralskich spodenkach, trzymający w szerokich jak bochenki chleba rękach ogromne widły, jazgoczącej kobiety około pięćdziesięciu lat dzierżącej ogromny wałek do ciasta, w kwiecistej zapasce i wykrochmalonej bluzce oraz przelęknionej Rosie. Mężczyzna najpewniej był jej ojcem, kobiecina mogła być nawet matką, sądząc po zachowaniu całej trójki. Gdy zobaczył Morleya, wskazał na niego palcem do kobiety. Wydarł się na całe gardło: - A, tuś mi, bratku, huncwocie jeden! Jais, Beltais, widzicie chłopaka? Ten tu cholewki do waszej siostry smali! Bierzta go, a chyżo!!! A ty, moja pannico – tu zwrócił rozzłoszczoną twarz w stronę przerażonej dziewczyny – ty lepiej się pilnuj. Żadnych zalotników, bo popamiętasz ojca!

Nim nasi bohaterowie zdążyli zareagować na tak niecodzienną sytuację, po schodach zbiegli bracia Rosie: wielcy, pleczyści wieśniacy o niezbyt inteligentnych, pucułowatych obliczach. Po chwili zrozumieli mniej więcej, czego oczekuje od nich wściekły rodziciel, który poczerwieniał jak pomidor. Melissa poderwała się równocześnie z Gregoriusem i Garrettem. Trojaczki mrugały oburzone, a Morley był tak zdziwiony, że po prostu stał z głupią miną. Dziewczyna syknęła: - Chwyćcie się za ręce, szybko! G… - urwała, po czym rzuciła dziwne spojrzenie gdzieś pomiędzy rycerza a Złodzieja.
- Co ty chcesz… - zaczął Garrett.
- Teraz!!!
Przymknęła oczy, chwyciła silnym uściskiem ręce obu. Gregorius i Garrett mimowolnie zamknęli oczy, po czym cała knajpa zawirowała naszym bohaterom przed oczami…

- Gdzie ten huncwot jest?! – ryknął gospodarz.
- Zostawcie, ojcze, nie róbcie…! – lamentowała bez ładu i składu Rosie. Matka pogroziła tylko mężowi wałkiem, gdy ten zrobił groźną minę w stronę córy. Lem poderwał się. Jak stuprocentowy szaleniec roześmiał się triumfalnie. – Scarborough, proroctwo się spełnia! Nadchodzi twoje ocalenie!!!...

DALEJ
Logowanie
Nazwa Użytkownika

Hasło



Nie jesteś jeszcze naszym Użytkownikiem?
Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.

118006 Unikalnych wizyt

PHP-Fusion v6.01.6 © 2003-2005


Załóż : Własne Darmowe Forum | Własną Stronę Internetową | Zgłoś nadużycie