Wyszczekani.pl
Strona GłównaCzwartek, Wrzesień 21, 2017
Nawigacja
Strona Główna
Kawiarenka literacka
Biblioteki Strażników
Kącik tłumacza
Współpraca międzynarodowa
Tu odprawiamy Rytuał Ashk-Ente, czyli kontakt
Online
Gości Online: 1
Brak Użytkowników Online

Zarejestrowanch Uzytkowników: 35
Nieaktywowany Użytkownik: 581
Najnowszy Użytkownik: MichaelGat
CZĘŚĆ III: Książka kucharska
Tymczasem nasi bohaterowie znaleźli się tajemniczym zrządzeniem losu z powrotem u wylotu groty. Zastajemy ich w bynajmniej nie majestatycznej pozycji. Leżeli na podłodze, ksztusząc się pyłem z niej wzburzonym. – Cholera! Co to u licha miało być?!!! – Garrett był rozeźlony z powodu Morleya i jego wątpliwego występu, z powodu którego musieli wiać.
- Widzisz… Translokacja. Ostatnio miałam z tego zajęcia – wyjaśniła nieśmiało Melissa, odgarniając blond włosy z czoła. – I powiem coś jeszcze: Greg, czy mi się wydawało, czy ty też… to… umiesz…?
- Ja tylko cię naśladowałem – nieśmiało odparł rycerz. – Ale… czułem jakąś… moc… Przepływała przez wasze palce.
- No, fajnie… - Garrett otrzepał się z kurzu. – Następny, któremu będą ten kit o Darze, narfach i Opiekunach wciskać. Co? – spytał, złapawszy poważne spojrzenie Melissy. - Wszyscy cali?
- Nom – zgodnie odparły grolle. Morley siedział w kucki z zawstydzoną miną. Garrett odwrócił się gwałtownie w jego stronę.
– Ty! To TWOJA WINA! Przez ciebie będziemy musieli biwakować w tej grocie!
- No… Jakby to ująć… poniekąd – wyjąkał czarny elf. Odpowiedziały mu pełne wyrzutu spojrzenia reszty gromadki. – Jeść, kuzynek musi dać – uznał poważnie Doris.
- Acha – potwierdził Marsha.
- W rzeczywistości, moi bracia mają rację – przytoczył miażdżący argument Dojango.
- Chodźcie, grolliki – Melissa odpakowywała bagaże. – Morley, przygotuj posłania. Wyjęła bochenek chleba, kawałek żółtego sera, kilka jabłek i jajek oraz butelkę z zimną już herbatą, zaparzoną jeszcze w Mieście. Rycerz szybko znalazł kilka kamieni do otoczenia ogniska, a Garrett w potępiającym działania Morleya Dotesa milczeniu zakrzesał ogień (właściwie mógł rozpalić ognisko samym spojrzeniem), po czym podpalił kilka patyków znalezionych przez Dorisa w zaroślach. Od razu zajęły się ogniem, rozkosznie trzaskając. Dojango chwycił zręcznie jajka, wrzucił je do garnuszka z wodą, przyniesioną grzecznie przez Marshę. Po chwili milczenia zmieniły się w jajka na twardo. Wszyscy ze zrozumiałych przyczyn byli już niemożliwie głodni, jednak elf kręcił nosem na jajka.
- Z tego wyklułyby się maleńkie, słodkie kurczaczki! – oświadczył tonem sugerującym, że Garrett, rycerz i Melissa z grollami włącznie właśnie dokonali zbiorowej aborcji.
- Kurczaczki? – spytał Gregorius, robiąc nagle oczy pełne łez. Garrett przewrócił oczami.
- Taki jest z widocznego tu pana Dotesa miłośnik i znawca natury, a nie wie, że kura nie wystarczy – powiedział. – Zrozum, to są jajka z Miasta. Kury, które je złożyły, na oczy nie widziały nigdy koguta. To normalny proces, że dorosła samica składa jaja, z których nie wykluwają się jednak kurczęta. Morley, możesz je jeść spokojnie.
Morley zmierzył obu poważnym spojrzeniem. – Bujasz – oświadczył niepewnie po chwili ciszy.
- Myśl sobie co chcesz, ale w takim razie idziesz spać na głodniaka – skwitował Garrett, po czym zajął się swoim jajkiem. Morley podejrzliwie i jakby z ociąganiem wziął do oliwkowej dłoni jajeczko, podrapał się po brodzie, pogłówkował, po czym z miną skazańca zaczął je obierać ze skorupki. Czynił to tak, jakby miał zaraz po skończeniu tego jakże złożonego i niebezpiecznego procesu zostać w wyjątkowo złośliwy sposób stracony. W końcu nabrał na glinianą łyżeczkę odrobinę zawartości, dokładnie przeżuł – grolle obserwowały ten proces z fascynacją. Na jego elfiej buzi rozlał się wyraz bezgranicznego zachwytu. – To jest wy-jąt-ko-we! – zawołał. Melissa zmierzyła go uważnym spojrzeniem nasuwającym wątpliwości co do zdrowia umysłowego Dotesa. Garrett mruknął do Gregoriusa, podając mu kawałek chleba: - Zgłupiał po prostu. Ta dzierlatka rzuciła mu się na mózg.

* * *

- Spróbuj to zrobić jeszcze raz! – Melissa była podekscytowana. Wlekli się wzdłuż Setod, która z szerokiego strumyczka zmieniła się w typową dla pasma Carnfae wartką, górską rzekę. Garrett trzymał się z tyłu, zawzięcie trzymając nos w jakiejś niewielkiej książeczce. Szybkimi, posuwistymi ruchami pisał w niej coś cedrowym ołówkiem. Trojaczki, pchane do przodu wizją porządnego, ciepłego posiłku i łóżek z prawdziwego zdarzenia, wysunęły się na czoło grupki, rzekomo hamowane przez Morleya. Gregorius dyskutował z przyjaciółką.
- Spróbuj zrobić to jeszcze raz! Chcę coś sprawdzić – rzekła z widocznym zainteresowaniem.
- Co mam zrobić? – usłużnie spytał rycerz.
- Postaraj się odtworzyć sytuację z karczmy – powiedziała.
- No… - rycerz zaczerwienił się. – Z-zaczęło się od tego, że byliśmy głodni, a potem pan Morley… eee…
- Nie, nie chodzi mi o to – potrząsnęła głową. – Chodzi mi o to, kiedy próbowałam translokacji. Widzisz, samemu nie jest łatwo zrobić coś takiego, tylko Opiekunowie na faktycznie zaawansowanym poziomie ćwiczą to jako ciekawostkę.
- Ale ja tylko cię naśladowałem, no i poczułem falę takiej jakby energii – wyjaśnił.
- A co wtedy czułeś bądź… widziałeś? – pytała z narastającą fascynacją.
- Falę tej energii. I ciepło. I nagle błysk oślepiająco błękitnego światła, w różnych odcieniach – dodał.
- Niesamowite. Niemożliwe – mruknęła do siebie, oszołomiona.
- Czy ja coś źle…?
- Nie! ABSOLUTNIE. Chciałabym tylko, byś spróbował tego jeszcze raz.
- Ale jak?
- Wiesz, ja dopiero kilka razy… A i to tylko w Siedzibie, Magar, Mayar i MacArthur wyjaśniliby ci to o niebo lepiej, ale spróbuję. Zamknij oczy – poleciła. Gregorius posłusznie zamknął oczy. Już z zamkniętymi spytał: - Kto to jest MacArthur?
- Opiekun, należący do tak zwanej Wielkiej Trójki, czyli najważniejszych sędziów w Radzie Strażników. Prywatnie, przyjaciel Strażnika Magara i Mayara. Za poprzedniego Pierwszego Strażnika, Orlanda, był Czwarty, Magar Drugi, a Mayar Trzeci.
- Teraz wszyscy przeskoczyli o jedno stanowisko do przodu. To się nazywa awans – odezwał się z tyłu Garrett. Strażniczka zignorowała zaczepkę.
- A co stało się z Orlandem? – zapytał rycerz. Melissa na chwilę zamilkła. – On… Wiesz co, to długa historia. Jeśli będziesz chciał usłyszeć, opowiem ci ją, gdy dotrzemy i zamówimy pokoje, dobrze? – uśmiechnęła się lekko. Gregorius rozpromienił się i odgarnął pszeniczną grzywkę z czoła. – Oczywiście!
- Świetnie. W każdym razie teraz, rozluźnij się. Oddychaj głęboko i postaraj się nie myśleć o niczym. Gotowy?
- Tak.
- Wspaniale! Teraz, myśl o czymś przyjemnym i bardzo szczęśliwym.
- W porządku.
- Złap mnie za rękę i skup się na celu, do którego chcesz się przenieść. Na razie, czy ja wiem… metr do przodu.
- Tam, gdzie rośnie ten duży jesion?
- Dokładnie.
- Już…

Rycerz z zamkniętymi oczami chwycił rękę Melissy i zacisnął zęby. Przez chwilkę nic się nie działo. Nagle oślepiło go intensywnie błękitne światło. Było jak rozedrgany obraz malowany tylko niebieską farbą, jednak zdawało się być żyjącym, oddychającym organizmem. Przez palce promieniowała jakaś tajemnicza siła, energia, jakby biednego chłopca jakiś stuknięty Mechanista podpiął do krzesła elektrycznego.
- Niech to…! Gdzie ich wcięło?! – Morley aż podskoczył. Trojaczki zamruczały z oburzeniem.
- W rzeczywistości, drogi kuzynku, są tam – Dojango wskazał okolice drzewa. Garrett podniósł głowę znad książki. – O, cholera.… - wymamrotał. – Udało im się.

Powiem szczerze: tylko niewielki odsetek populacji wierzy, że wiewiórki mają jakiekolwiek szanse na zapisanie się w historii. I tu się mylą. Odpowiedź leży pomiędzy tak i nie. Zapewne niewiele jest wiewiórek – herosów i heroin, ale jedna przedstawicielka tego z pewnością interesującego gatunku – nazwijmy ją Idea – właśnie zapisuje się w historii. W dość oryginalny sposób – zamierając na rosłym kasztanowcu dokładnie nad głową Morleya i wypuszczając kasztana z pyszczka wprost na czaszkę tegoż. Ale miała ku temu działaniu powód… Gregorius i Melissa stali w zupełnie innym miejscu niż przed chwilą.

* * *

- Udało nam się! Ale to… niemożliwe. Niesamowite! To znaczy, od początku zastanawiało nas, znaczy Radę, jakim cudem mogłeś mnie widzieć i tak dalej… To także wyjaśnia, dlaczego Magar przeprowadził Wypuszczenie… i w ogóle… - Melissa wyrzucała z siebie zdania z szybkością karabinu maszynowego. Rycerz widział ją w takim stanie po raz pierwszy. Nie wyglądało to dobrze.
- Ale, jak…
- Pamiętasz, jak opowiadałam ci historię Bractwa? – rycerz kiwnął głową. Ciągnęła dalej, coraz bardziej podekscytowana. - Nie można wejść w szeregi Bractwa, zostać jednym z nas, nawet zobaczyć, jeśli nie ma się Daru. Translokacja też odpada. Wiesz, co to znaczy?!
- Że… ja… też to mam? – spytał nieśmiało, wznosząc swe orzechowe oczęta ku górze.
- Właśnie.

* * *

Roztrzęsione towarzystwo przyśpieszyło, dzięki czemu dotarli do Scarborough przed zmrokiem. Była to licha wioska położona na wysepce leżącej w widłach Setod. Po zewnętrznych brzegach rzeki ciągnęło się coś, co z braku innej nazwy nazwiemy poletkami. Rzeczone poletka leżały u stóp gór. Domostwa były zbudowane z gliny, kamieni i drewna bądź tylko z tego ostatniego materiału, zależnie od zamożności mieszkańców. Domy częściowo kamienne pojawiały się tylko w centrum. Scarborough szczyciło się tym, że posiadało coś, co z grubsza nazwiemy ryneczkiem – ot, wyłożony nieforemnymi kamieniami obszar pomiędzy budynkami świątyni Młotodzierżców, gospody oraz domów, w których mieszkania najzamożniejszych mieszkańców znajdowały się nad kuźnią, sklepem krawca i szewca w jednym, piekarnią oraz kilkoma innymi miejscami potrzebnymi ludności. Jednak najczęściej uczęszczaną instytucją w mieścinie był przybytek należący do filii Gildii Szwaczek, o którym nie będziemy się wypowiadać – z czystej uprzejmości, bacząc na wiek co niektórych naszych czytelników. Na ryneczku codziennie pojawiały się stragany i przenośne stanowiska kupieckie, a domy przeciętnych mieszkańców były po prostu typowymi dla regionu chatami. Jak już powiedziano, poletka leżały na brzegach Setod, dlatego ludność udająca się do prac polowych musiała przechodzić przez most lub przepływać prymitywnymi łódkami dłubankami. Nie trzeba dodawać, że nie należało to do bezpiecznych zajęć.

Melissa po pierwszej euforii zamknęła się, ale widząc, jak, rozpromieniona, wodzi roziskrzonymi oczami za rycerzem, nawet wyjątkowo ograniczona osoba mogła pojąć, jak bardzo odkrycie ją poruszyło. Gregorius zdawał się być lekko rozkojarzony, ale leciutko się uśmiechał uśmiechem osoby, która wie, że to, co teraz robi, szalenie się jej podoba i w pełni ją satysfakcjonuje. Morley masował głowę po historycznej wiewiórce i jej pocisku, trojaczki podziwiały widoki („Soczku, foczka!”), a Garrett się nie odzywał. Słowem, nadzwyczajna obserwacja poruszyła całą grupę. Stali teraz w ciemnym zaułku obok gospody. W powietrzu śmigały impulsy wydawane przez właśnie ścierające się poglądy.

- W porządku, dotarliśmy wreszcie do tej dziury – mruknął Garrett. Trojaczki klasnęły w dłonie wielkości bochenków chleba. Morley westchnął, po czym podrapał się po guzie. – I? – spytał elokwentnie.
- I co: „I”? – żachnął się zapytany.
- No, chyba wiadomo. Czego chcesz?
- Żebyś tym razem nie brał sprawy zakwaterowania w swoje ręce, nie zaczepiał żadnej samicy w wieku od piętnastu do dziewięćdziesięciu lat i ogólnie dał mi się zająć, czym trzeba – odparował.
- A czemu od piętnastu do dziewięćdziesięciu? – zainteresował się rycerz.
- Bo od piętnastu lat zwykle głupieją, a po dziewięćdziesiątce zakładam, że na tyle poznały życie, iż czym prędzej Morleya pogonią – wyjaśnił spokojnie Złodziej. Napotkawszy ostre spojrzenie Melissy, dodał: - No, głupieją, chyba że wcześniej Opiekunowie zrobią im dogłębne pranie mózgu. Wtedy już nie.
- Jak ja cię… - dziewczyna zgrzytnęła ząbkami. Gregorius przewrócił oczami (nie trudno się domyślić, od kogo się nauczył). - Dobrze, dobrze, dość tych czułości – uspokajał ją jako przyjaciel.
- Wiesz, jak najlepiej jest okazać wyższość intelektualną? Olewając – warknęła. Gregorius rozpromienił się.
- Foczka, graty ciężkie - Marsha przypomniał o istnieniu trojaczków z różnych matek. Towarzystwo zreflektowało się.
- No, tak. Chodźcie. Tym razem to pan Garrett będzie się wygłupiał – powiedział Dojango. Ten ostatni nie zdążył zareagować, bo Melissa i rycerz już przechodzili przez próg, więc tylko westchnął, mocniej naciągnął nieodłączny kaptur na głowę i udał się w ich ślady…

* * *

- Dobry wieczór, chciałbym zamówić pokój – Garrett, trzeba mu to było przyznać, był genialnym aktorem. Rycerz obserwował jego występ z czystą przyjemnością. Gospodarz, krępy, okrągły mężczyzna z sumiastymi ciemnobrązowymi wąsami i głęboko osadzonymi szarymi oczkami, wyglądał na lekko spłoszonego majestatyczną zakapturzoną postacią. Jutro był dzień targowy, ci nieliczni kupcy, którzy po ostatnich zbrodniach zapuszczali się do mieściny, byli już dawno zakwaterowani. A ponieważ gospoda „Zielone jabłuszko” – proszę bez niesmacznych skojarzeń! – była jedynym tego typu ośrodkiem w okolicy (nie biorąc pod uwagę wcześniej rzeczonego przybytku), w których można było spędzić noc, a niewielu z tych nielicznych miało ochotę upychać się z rodziną i innym żywym inwentarzem tutejszych chłopów, miał dużo pracy.
- Ano, witamy, Ludwik Wonnsky-Crann do usług pana szanownego. Tak, tak, oczywiście – przy okazji przygotowywał jakąś paczkę. – Mam pokój, oczywiście, jasna sprawa. Przepraszamy za tumult, dzień targowy wszak jutro. Dużo ważnych person zjechało do nas. Jakieś specjalne życzenia?
- Pokoje… przynajmniej… nie, lepiej jednak siedem – rzucił półgłosem. Pan Ludwik Wonnsky-Crann zaczął się pocić. Przetarł czoło kraciastą chusteczkę.
- Och, przykro mi, ale mamy dużo gości, sam pan szanowny rozumie – wydukał.
- To zrozumiałe, oczywiście – Garrett udawał, że nie pojmuje. – Ale jaki to ma związek z rzeczonym pobytem? – przez jego głos, z pozoru rozluźniony, delikatnie przebijała nerwowość. Jednym słowem, nic dobrego dla karczmarza. Coś jak gadający grzechotnik na balu maskowym, udający przed jakąś nornicą, że tylko przygrywa sobie na pojedynczym marakasie… przed ucztą.
- No, ten, tego… Eee… Może być trochę ciasno…

Nim Garrett zdążył cokolwiek powiedzieć, a z pewnością miał do powiedzenia w tej materii bardzo dużo, do sali wtargnęło trzech ludzi – na oko, dwóch pachołków, innymi słowy, niewykwafilikowanych (jeszcze) w sztuce upijania się i zbijania bąków na służbie strażników. Trzymali trzeciego człowieka, bogato ubranego mężczyznę nieco po czterdziestce. Wprawny obserwator, jakim z pewnością był nasz zakapturzony, zauważyłby siwiejące pasma szpakowatych włosów, kilka kurzych łapek w kącikach – ewidentnie zalanych, co potwierdzał oddech trzymanego, jak i niewybredne krzyki – oczu, a także pokaźne kłaki w uszach, co obniżało okres przydatności tego produktu do jakiejś pięćdziesiątki. Mężczyźni przywlekli trzeciego osobnika przed kontuar (Garrett odsunął się z elegancko zamaskowanym obrzydzeniem – zatrzymanemu naprawdę śmierdziało z ust), po czym jeden z nich odezwał się: - Panie Crann, musicie bardziej pilnować klienteli. Ten jegomość wtargnął do kramu, który rozstawiał Rodrick, poturbował go i jego braci, a na koniec wykąpał się w fontannie.

Fontanna to zbyt wiele powiedziane. Była to pompa wodna na środku placyku, otoczona kilkoma kasztanowcami. Z powodu niewielkiego basenu najwyraźniej aspirowała do tego dumnego miana. Pamiętajmy jednak, że ludzie ze Scarborough częstokroć nie widzieli ani jednej prawdziwej fontanny, więc nic dziwnego, że byli do swojego bajorka… przywiązani. Nie dziwmy się więc, że kąpiel w rzeczonym bajorku tego nalanego faceta mocno ich zdenerwowała.

- Ojej, wybacz, Stan – tłumaczył się karczmarz. – …Ale spróbuj mnie zrozumieć. Wiesz, kto to jest?! Andriej Sak, najzamożniejszy kupiec piwem w okolicy! Teraz zamówił dziesięć pomieszczeń – ma się tu za chwilę spotkać z… kimś od pani Palm. Handluje z nami od tylu lat, masz pojęcie, synu, ile nam płaci?!
- Nie mam – przyznał Stanley.
- …Nawet łabęędzia białego jak kredaaa… I tylko jeeeża się nie da, się nie daaa!... – zafałszował imć Sak. Naprawdę musiał bardzo się upić.
- …I śpiewał po drodze… - jęknął drugi z pachołków, opierając się na dzierżonym drągu. Taki drąg może być naprawdę ciekawym argumentem podczas kłótni, szczególnie, że nie trzeba być specjalnie elokwentnym, by go użyć.
- Najwyżej odstraszył jakąś niewiastę. Przynajmniej tą porządną – dodał szybko Crann.
- Ach, tak – mruknął nieprzekonany Stanley. – To chyba jakieś wytłumaczenie, Dan.
- Laaaska maaaga manaczubkugałkę, manaczubkugałkę!!!
- Och, to co z nim zrobimy? Może można wrzucić go do loszku?
- Coś ty! – oburzył się Dan. – Słyszysz, że ten facet płaci stryjkowi. Poza tym… Przecież w zeszłym tygodniu zgubiłeś klucze!
- Nie twoja sprawa!
- Chłopcy, nie bijcie się… za bardzo… - Crann bąknął nieśmiało. Pachołkowie, najwyraźniej bracia i jacyś gospodarza krewni, popatrzyli na siebie. W ich umysłach pracowały wszystkie trybiki – rzecz naprawdę bezprecedensowa. Nieliczne szare komórki intensywnie machały do koleżanek.
- Nooo… To co robimy?
- Nie mam bladego pojęcia. Ani w żadnym innym kolorze też nie – Dan poskrobał się po nie pierwszej czystości głowie. Patrząc po jego sypiącym się już dobrze wąsie, trochę już miała. Z drugiej strony, nie wyglądała też na zbytnio używaną.
- No, dobra, panie Crann. Damy mu, ten… mandat, tak to ustrojstwo się chyba nazywa… Jak wytrzeźwieje, stawi się z tym na posterunek. Kapral powinien już coś wykombinować.
- W porządku, chłopcy. Dobre z was dzieciaki – westchnął z ulgą Crann. – Po pracy macie u mnie kolejkę piwa.
- To miło, stryjaszku.
- Czołem!

Rozkoszni braciszkowie wypadli z gospody. Crann przeniósł swój wzrok na Garretta. Ten udawał, że się nudzi. Tak naprawdę jednak przysłuchiwał się z niesmakiem, lecz uważnie.
- Czy możemy… kontynuować? – rzucił chłodno.
- Ano, tak – karczmarz próbował upchnąć swojego stałego, jak widać, klienta pod kontuar, by ukrócić jego zawodzenia.
- Słucham – przycisnął go Złodziej.
- Eee… Nie mam tylu pokoi.
- Proszę? – Garrett podniósł głos o ton. Crann skulił się.
- No, bo, tego… Pan Sak zamówił dziesięć pomieszczeń. Zatrzymuje się tu na noc.
- Przepraszam, chyba nie nadążam… - Garrett zaczynał cedzić słowa jak pociski. – Czy pan Sak… przeprowadzi tutaj za chwilę mitozę…?
- Hę?
- Mitoza. Proces podzielenia się komórki na dwoje, wskutek czego powstają dwa identyczne genetycznie organizmy – rzucił lodowato. – Inaczej po co jednemu zalanemu staruszkowi dziesięć komnat? Proszę o stosowną argumentację.
- Ale… Ten, tego… On… - Crann pocił się jak szczur. – Przecież to chyba zrozumiałe… Ten, tego, pan Sak oczekuje kogoś z Domu Negocjowalnego Afektu pani Palm… znaczy, Gildia Szwaczek…
- E? – tym razem to Garrettowi zabrakło słów. No, tak…
- Ile macie pokoi? – rzucił. Wiało lodem.
- No, znaczy się…
- Myślę, że nie będzie przesadą twierdzenie, że przebiję tego… pana…
- Panie szanowny! Nie ma głupich! Pan szanowny u mnie pierwszy raz, a pan Sak jest moim stałym klientem! Przyjeżdża tu co miesiąc!
- Dziwny jest ten Dyyysk… - rozległo się spod lady.
- Totalna korupcja – mruknął Garrett. – Ostatni raz pytam: ILE MACIE POKOI?
- Eee… Trzy wolne.
- Dziękuję.

* * *

- Beznadzieja – mruknął Garrett. Reszta siedziała przy stoliku.
- Gdzie pokoje? – spytał rezolutnie Gregorius. Garrett przewrócił oczami. – Nie ma pokoi. Tu jest kompletna dziura hazardu i zepsucia, powinniśmy się wynosić – odparł.
- Cooo?! – Morley przeciągle gwizdnął. – Bardziej niż w Mieście? Niemożliwe. Jak? – zainteresował się rzeczowo.
- A jednak – warknął Złodziej. – Zastanów się lepiej, jak się rozłożyć. Mamy maksymalnie trzy, może cztery pomieszczenia. Nie mamy wyboru, albo zatrzymujemy się tu, albo z wakacji nici.
- Jakie są te pokoje? – rzucił Dojango.
- Jeden ponoć dosyć duży z trzema łóżkami. Dwa pozostałe są niby na dwie osoby, łóżka piętrowe, za to z łazienkami. Ewentualne czwarte pomieszczenie to składzik. Mimo wszystko jakoś temu typkowi nie wierzę…
- Fuj – skrzywił się elf. – Siedmioro ma się zmieścić w trzech pokojach?! Ja dziękuję.
- Duża kwatera, bracia Roze siup – oznajmiły grolle. Uśmiechały się swoimi wyszczerzami.
- Ja zajmuję malutko miejsca – polecił się rycerz z rozbrajającym uśmiechem. Melissa odgarnęła włosy. – Może Morley z Garrettem w jednym, trojaczki do tego dużego, a my – gdzie bądź – mruknęła.
- CO?! Ja z nim?! Mowy nie ma!!! – wrzasnął czarny elf. Barman odwrócił się, zaskoczony.
- Co ci się nie podoba? – spytał urażony Garrett.
- Chrapiesz – skomentował Morley.
- Co?! Pleciesz! Niby skąd cokolwiek wiesz?
- Mięsożercy mają problemy z oddychaniem.
- Od trawy do reszty ci się poprzewracało – burknął. – Głupek. To przeżuwacze chrapią. Jak im się treść żołądkowa cofa.
- Przestańcie zachowywać się jak dzieci! – warknęła Strażniczka.
- Z nim?! Mowy nie ma!!! – o dziwo, zgodnie burknęli równocześnie Garrett i Morley. Gregorius puścił nieśmiało oko do przyjaciółki. – No, to postanowione. Kto jest głodny?

* * *

- Co podać?
- Co macie wegetariańskiego?
- Co pan raczył powiedzieć?
- No, eee… Jedzenie bez mięsa. Warzywa, owoce, pieczywo, ser… Jajka…
- Tak, panie.
- A co z jajkami?
- Mamy jaja na miękko, prosto od kury. Oraz omlet z grzybami, jajecznicę ze szczypiorkiem, może być jakieś ciasto.
- To… Ja poproszę… Wszystko! – Morley poszedł na całość. Chłopiec kuchenny zatarł ręce.
- Co do tego?
- Hmm… - Morley wodził palcem po własnym sumptem przygotowanej karcie dań. – „Talerz śniadaniowy, żółtego syra pełen, z jarzynami różnemi wedle pory, z pajdą chleba z czosnkiem”. Znaczy, syr to ser? Cheddar, gouda…? To mi się podoba. Na początek to, potem najwyżej domówię, dobrze? I siedem jajek na miękko. I sok marchewkowy.
- Królik – półgłosem rzucił Garrett wciśnięty w kąt sali. Grunt to się nie wychylać.
- Rrrrosołek mniam! – oświadczył Marsha. – Z dłuuugim makaronem! I KURĄ! – dodał Doris.
- Dla nas to samo – dokończył Dojango grollowe zamówienie.
- Jakie macie regionalne potrawy? – Gregorius był uradowany swoją rolą turysty. Jeśli nie pierwszego na Dysku, to jednego z pierwszych. Dwukwiat był jego wielkim idolem. Chłopiec kuchenny zamrugał. – Co?
- Greg, jakby ci to powiedzieć… oni tutaj mają praktycznie same regionalne potrawy – wyjaśniła cicho Melissa. – Wspaniale! – odparł. – W takim razie poproszę „wonny gulasz wieprzowy z sosem i kaszą, w kociołku z płomyczkiem”. O, a potem ciasto miodowe.
- Co do picia, panie?
- Herbata miętowa.
- Poprosimy to samo – uprzejmie dodała Melissa. Garrett zrobił nieszczęśliwą minę, ale kuchcik już zanotował zamówienie i ruszył do kuchni.
- Czemu to zrobiłaś? – spytał z urazą w głosie.
- Co?
- Wiesz, że nie lubię słodkiego.
- To musisz polubić.
- W „Przewodniku Turysty Dwukwiat’s Travel®” napisano, że miodowe ciasto to tradycyjna potrawa, którą raczy się panny i kawalerów przed ich ślubem; to może być wyjątkowe doświadczenie w twoim życiu, Garretcie – odezwał się radośnie Gregorius, próbując ratować sytuację. Garrett jęknął.
- Noo, to trafiłaś jak nic! – ironicznie burknął.
- To zawsze masz gulasz… - westchnęła.
- Nie mam czasu. Muszę wyprasować welon – wycedził.

Tymczasem na stoliku pojawiły się gliniane półmiski. Wszyscy zajęli się jedzeniem, każdy na swój sposób. Grolle zajadały z animuszem, Gregorius smakował każdy kęs, co chwila zaglądając do książeczki, Melissa trzymała ręce przy sobie i posilała się jak dama (warto stwarzać pozory), Garrett grzebał w swoim talerzu bez większego przekonania, a Morley… cóż. Objął wielki półmisek wypakowany kawałkami żółtego sera karentyńskiego, kromkami chleba, z których miłośnicy puzzli mogliby poskładać cały bochenek, załadowany sałatką jarzynową (sałata, rzodkiewki, kawałeczki marchewki plus groszek posypane rozgniecionymi ząbkami czosnku) i owymi siedmioma jajkami na miękko. Po tym czułym akcencie zaczął pałaszować, jak gdyby miał to być ostatni posiłek w jego życiu. Złodziej obserwował go z nieskrywaną odrazą.

* * *

- Naprawdę nie będę ci… przeszkadzał? – pisnął rycerz. Taszczył ze sobą po schodach podręczny kuferek.
- Oczywiście, że nie. Skąd taki pomysł?
- A, tak jakoś… - szepnął z ulgą. Jak na dżentelmena przystało, kiedy postawił już kufer na podłodze, uchylił zręcznie drzwi maleńkiej łazienki lekko zdezorientowanej Strażniczce. Trudno było może nazwać to łazienką, ale zawsze lepiej uznać, że kubek jest w połowie pełny…
- Och, dziękuję… - wymamrotała.
- Nie spiesz się, ja poczekam! – dodał, po czym zamknął drzwi. Melissa rozejrzała się. Właściwie był tu tylko stołek, na którym dało się położyć ubrania, dziwaczne wiadro, kołek na ręczniki (tych ostatnich brak, co dziewczyna skonstatowała z niechęcią) i wytarty blat, na którym stała duża miska o wyszczerbionym brzegu i mniejszy dzbanek, zapewne na wodę. W rogach klitki wisiały nadzwyczajnych rozmiarów pajęczyny. Ktoś tutaj zdecydowanie nie lubił szczotki… Zrzuciła przewieszony przez ramię plecak na podłogę, schyliła się i wyjęła z niego małą kostkę mydła, czysty ręcznik i butelkę z wodą. Kobieca intuicja podpowiedziała jej zabranie tych rzeczy słusznie… Zanim dotknęła stołka, dokładnie go wytarła. Tak samo uczyniła z dzbankiem – zbyt wielkie było prawdopodobieństwo wylania na siebie roztworu z pajęczyny. Następnie nalała wody do dzbanuszka i włożyła twarz pod strumień chłodnej wody. Potem sięgnęła po mydło, umyła ręce i wytarła je w ręcznik. Pokoik zapachniał mydłem używanym w Bractwie. Pachniał domem…

* * *

- Czemu Garrett tak oklapł? – rycerz zadał w końcu niewygodne pytanie. Melissa, która przebrawszy się, właśnie wysunęła się z łazienki, spuściła wzrok na swoją workowatą bluzę oraz proste, długie do kostek spodnie z szarej bawełny i nerwowo kręciła bosą stopą w wyleniałym dywaniku; spodziewała się prędzej czy później je usłyszeć. Odwróciła się od okna, przy którym przystanęła. Za grubą szybą wykonaną z pośledniej jakości szklanych gomółek padał deszcz. Wielkie krople dudniły o dach, a wokół okolicznych szczytów zebrały się gęste, ołowiane chmury. Za okienkiem majaczył jakiś spory, bury kształt. – To… nie tak, jak myślisz, Greg… On nie chce źle – westchnęła. Gregorius, odziany w swoją znaną już towarzystwu, żółtą piżamkę w małpki, siedział po turecku na łóżku, miętosząc pluszowego misia.
- To co mu jest? Gniewa się na mnie?
- Nie, nie, tylko, widzisz… jakby to powiedzieć… On jest, tak jakby, bardzo wyczulony na Opiekunów… - plątała się.
- Ale czemu? – drążył.
- Widzisz, on jest indywidualistą – odpowiedziała mętnie. – Nie rozumiem – wyznał po chwili wspólnego milczenia rycerz. Tylko prawdziwi przyjaciele potrafią milczeć wspólnie i równocześnie doskonale się porozumiewać. Strażniczka nagle zerwała się, nerwowym ruchem podeszła do okna i otworzyła okiennice na oścież, jakby chciała rozwiać duszną od emocji atmosferę powstałą w pokoiku. Drewno trzasnęło, a za oknem rozległ się krótki pisk i dźwięk, jakby drapanie pazurami tynku. – No… Dobrze. Chcesz, mogę opowiedzieć ci tę historię – Melissa wyzywająco odrzuciła krótkie włosy do tyłu. – Ale musisz mi coś obiecać.
- Co? Spełnię, co chcesz.
- Garrett ani nikt inny nie może się dowiedzieć, że ci to powiedziałam.
- Zgadzam się.
- Chodź, usiądź sobie na łóżku.

Rycerz posłusznie zwinął się u wezgłowia łóżeczka. Stało ono blisko ściany wychodzącej na podwórze, w nogach, dokładnie pod oknem ustawiona była tradycyjna komoda czy raczej skrzynia z ciemnomiodowego drewna. Kasztanowiec karentyński to jedyna roślina, która ma takie drewno. Nieznany artysta wyrzeźbił na jej powierzchni misterne fantastyczne wzory, dołożył ozdobne okucia i zgrabną kłódkę. Skrzynia była tak duża, że Melissa bez problemu wyciągnęła się na niej. Widok z tego nietypowego obserwatorium był niesamowity. Ich pokoje umieszczone były na drugim piętrze, a komnatka przydzielona rycerzowi i Strażniczce znajdowała się w malutkim donżonie z wychodzącym na podwórze oknem. Warto dodać, że cała gospoda była zbudowana solidnie, na planie prostokąta, w środku którego było porośnięte bujną trawą, krzewami bzu i czeremchy podwórze. Pod donżonem zbudowano małe źródełko obłożone kamieniami i obsadzone paprociami. Nad oczkiem wodnym pochylał się kasztanowiec karentyński, mury porastało dzikie wino, a pod murkiem, który odgradzał podcienie budynku i trzy piętra wsparte na masywnych kolumnach, kwitła właśnie lobelia. Tak usytuowany ogród porastało jeszcze kilka drzew, nadając mu tajemniczy, rustykalny wygląd. Teraz zalany był stalowej barwy wodą.
- Dobrze. Jak by tu zacząć… Jak wiesz, Opiekunem zostaje tylko człowiek, który posiada Dar obudzony w nim przez jego narfę. Takiego osobnika ściga Przeznaczenie i jest jedynie kwestią czasu, kiedy wstąpi w nasze szeregi. To coś jak… magia. Stan posiadania, pozycja społeczna i intelektualna nie grają roli. Oczywiście, potem wszyscy Akolici muszą przejść przez szereg egzaminów, ale sam rozumiesz… Drzwi są otwarte. Chciałabym ci jednak opowiedzieć o pewnym zdolnym Strażniku Mistrzu, Lanfordzie… Lanford był świeżo upieczonym Strażnikiem Mistrzem. Rada wróżyła mu świetlaną przyszłość. Pewnego dnia powierzono mu bardzo ważną misję. Nasi agenci w Starodalach dowiedzieli się, że do Miasta przypłynęła księga dokumentująca badania grupy archeologów nad kulturą Prekursorów. Domyślasz się, że wiedza Starożytnych mogła wpaść w ręce kogoś pokroju Chandaravy. Nie można było dopuścić do wykupienia jej, ale, jak mawia Strażnik Murphy…
- Kto to jest Strażnik Murphy?
- Strażnik zasiadający w Radzie. Prywatnie, czołowy malkontent, ale ma wielką wiedzę z zakresu technologii Starożytnych. A mieczem też włada nieźle. Dość, że, jak mawia Murphy, „Jeśli coś może pójść źle, z naszym szczęściem, na pewno pójdzie” – westchnęła.
- Gdzie? – zapytał rycerz, otwierając szeroko oczęta. Na twarzy Strażniczki zamigotał półuśmiech. Była teraz uderzająco podobna do Garretta…
- Pójdzie źle – wyjaśniła. – I poszło źle. Grupa Strażników była już w drodze, gdy informator ze Starodalów przyniósł wieść, że księga została wykupiona przez lady Rumford. Taką zamożną szlachciankę, która nigdy nie czytała nic więcej ponad opakowania perfum – wyjaśniła, napotkawszy pytający wzrok przyjaciela. – Lanford zaciągnął się do niej na służbę. Dostał się do biblioteki, jeszcze po jej przodkach – miała być zamieniona na buduar, ale okazała się zbyt wietrzna. Już prawie zabrał księgę, kiedy spotkała go bibliotekarka… Kristyn Lee… Tak naprawdę wcale nie nazywała się Kristyn, tylko Kayean, ale ta szlachcianka nie potrafiła nawet poprawnie napisać jej imienia, więc kazała nazywać się Kristyn… Była uosobieniem snów o towarzyszce: mądra, wykształcona na prestiżowej uczelni – właśnie w twojej Akademii… dowcipna, pewna siebie, odważna… Oraz niezaprzeczalnie piękna. Cóż, nieczęsto widuje się kobiety o cerze jak porcelana agatejska, miedzianych włosach zwijających się w burzę loków i ogromnych, szmaragdowozielonych oczach – uśmiechnęła się smutno. – I, co najważniejsze w tego typu historiach, była niedostępna. A jej niezaprzeczalną wartość podbijało jeszcze jedno: pełny dostęp do księgi. Lanford listownie – trzeba wiedzieć, że lady Rumford miała też hysia na punkcie romansów klasy C, a w nich wszyscy porozumiewają się przez pocztę, więc jej otoczenie także musiało grać taką farsę - ujął ją swym oczytaniem (ostatecznie smukła sylwetka, kruczoczarne włosy i stalowe oczy to sprawy drugorzędne). Pisali do siebie najpierw służbowo, potem nie tylko… Zaprzyjaźnili się, pomimo że żadne w życiu nie widziało drugiego na oczy, a w tym czasie Strażnik szukał księgi…
- Cudowna historia! – oświadczył żarliwie rycerz.
- Poczekaj z tą opinią… W końcu Opiekun złapał trop. Złamał szyfr, którym Kristyn zabezpieczyła pokój, gdzie trzymano księgę Prekursorów, po czym dostał się do tej komnaty. Dotknął księgi… Ktoś rzucił się na niego. Zaczął się pościg. W końcu na tajemniczego napastnika zsunął się stos innych książek… Okazało się, że była to bibliotekarka. Usłyszał straże, a wszyscy dobrze wiedzieli, co dzieje się z pracownikami w dwuznacznych sytuacjach o dwunastej w nocy… - rzuciła mu grymas. – Lanford chwycił nieprzytomną i rzucił się do ucieczki przez okno. Potem w końcu ona ocknęła się w jego mieszkaniu, trochę się powyjaśniało… Usłyszał, że bibliotekarce też nie podoba się fakt trzymania białego kruka pod kluczem w domu jakiejś zbzikowanej kobiety. Dość, że nie mogła wrócić.
- A co się stało dalej? Co z księgą?
- Księga? – Melissa wyglądała, jakby ocknęła się z głębokiego letargu. – Jaka księga…? Ach, ta… Lanford dostarczył ją Radzie. Chciał dowiedzieć się, jak może… skorygować… swoje obowiązki… Widzisz, teoretycznie Bractwo nie wyklucza małżeństw, dawniej Opiekunowie dosyć często łączyli się w pary… Takiej dwójce pomagała… cała społeczność… widzisz, ludzie są ludźmi i pewnych rzeczy nie da się wykorzenić. Choć w sumie byłoby to wygodne. Sam wiesz, że zakazany owoc smakuje najlepiej, jednak wystarczy ogłosić zjedzenie go obowiązkowym, aby przestał kusić. A dawni Opiekunowie doskonale zdawali sobie z tego sprawę. Ale czasy się zmieniły. Były… niespokojne… A księga mówiła o dawnych Proroctwach… „Spisanych na ścianach kamienic”… - westchnęła. – Według nich, już wkrótce miała nadejść Epoka Gai, po niej – Era Metalu, a następnie… Wiek Ciemności. Pierwsza miała przechylić szalę na rzecz Pogan. Druga – na korzyść Młotodzierżców. Ostatnia mówiła o załamaniu się potęgi Bractwa… I potrzebie odrodzenia, powrotu do dawnych zwyczajów, odcięcie się od całej tej otoczki, w której lubowali się Orland, Draco i reszta. Dotychczas wszystko się sprawdziło.

Dość powiedzieć, że ówczesna Interpretatorka, Strażniczka Diocena, potwierdziła przypuszczenia i najgorsze obawy Rady. Co więcej, były tam wieści o rychłym nadejściu Wybrańca. Właśnie dzięki księdze zdobytej przez Kayean i Lanforda udało się odszyfrować kilka bardzo istotnych Glifów, które pojawiały się w zwojach Prekursorów od dawna. Traktowały o wielkim nieszczęściu i czasie próby dla Zakonu. Wiesz, Opiekun stający przeciwko Opiekunowi, niesłuszne oskarżenia, utrata kontroli nad Egzekutorami… Całkowite Artrosis. Ówczesny Pierwszy Strażnik, Markham, był przerażony. Był już na etapie przygotowywania „przyszłej kadry” – jak się potem okazało, Strażnik Xavier faktycznie został przez niego wybrany, a Rada zaakceptowała ten wybór. Dość, że wcale nie miał ochoty na mitycznego Wybrańca. Rozkazał zamknąć księgę w samym sercu Zakazanych Bibliotek i chciał zatuszować jej odnalezienie. Ale, jak już wiesz, jeśli coś może pójść źle, prawdopodobne jest, że tak się stanie. Lanford zaczął coś podejrzewać. Posypały się pytania, plotki, rewelacje… Szukał odpowiedzi, a w tajnych organizacjach to zawsze źle się kończy. Markham wezwał go na rozmowę i oświadczył, że księgę opieczętowano nieznanymi klątwami i lepiej jej nie ruszać. Co za infantylne wytłumaczenie! – Melissa zacisnęła zęby. – On nie uwierzył. Potajemnie zaczął przygotowywać się do wyjazdu. Ostatni raz Rada obradowała w sprawie księgi. Niestety, trochę niezręcznie mi to przyznać, ale głosowanie zostało sfałszowane i „podjęto” decyzję, że Proroctwo nigdy oficjalnie nie ujrzy światła dziennego. Tej samej nocy Lanford i Kayean opuścili Miasto.
- I co się z nimi stało? Ten Markham musiał być okrutnikiem! – oznajmił Gregorius. Był autentycznie poruszony. Deszcz bębnił w szyby.
- Uciekli do Letheritzii. Lanford kupił dom i znalazł pracę w Akademii. Wkrótce stał się rektorem nauk historycznych, a Kayean – katedry filologii. Pobrali się… i mieli dziecko… Syna.

* * *

- Nie bądź śmieszny! Jakieś dzieciaki sobie napisały bajeczkę, ale to nie powód, by rozważać badania w tym kierunku! Przecież Kontynent XXXX, nie mówiąc już o jakichkolwiek wyspach, leży w sferze mitów!

Mustrum Ridcully, obecny nadrektor Niewidocznego Uniwersytetu w Ankh-Morpork, dyskutował z bibliotekarzem. Bibliotekarz, będący obecnie średniej wielkości orangutanem, wisiał na jednej z półek w Wieży Sztuk. Wokół stała bądź siedziała na stołkach, w zależności od szczęścia, śmietanka Niewidocznego Uniwersytetu, między innymi dziekan, drapiący się w miejscu, gdzie na jego szacie wyszyte było tanimi cekinami ZRODZONY DO RUN, kwestor, siedzący mniej więcej pod bibliotekarzem i nucący cichutko znaną piosenkę „Czyż świat nie byłby miły, gdyby każdy był miły?” (wcale nie był szalony; żył tylko w swojej własnej, lepszej rzeczywistości, tej, gdzie są małe kózki, kwiatki i różowe obłoczki), pierwszy prymus, jak zwykle demonstrujący minę, która mogłaby zdobywać nagrody na marudę okręgu, kierownik studiów nieokreślonych i ci bystrzacy z katedry badań energii, których imion nikt nawet nie próbował spamiętać.
- Uuk.
- Co? Szczury wielkości człowieka z długimi ogonami, skaczące na dwóch łapach wyglądających na buty klauna?
- Uuk.
- Brednie. Nie ruszałeś przypadkiem pigułek z suszonej żaby kwestora?
- Uuk.
- Bez przesady. Owszem, ta cała Eterea jest opisana wyjątkowo szczegółowo, przyznaję, ale może po prostu komuś się nudziło. Manuskryptu Wojnicha nie widziałeś?
- Eiuiuik. Hoo, hoo!
- Ejże, to ja jestem nadrektorem, wyrażaj się.
- Nadrektorze – odezwał się nieśmiało niewysoki brunet w okularach o pytającym spojrzeniu (taki wzrok zapowiada albo zagubionego geniusza, albo malucha, który jest świadomy naganności faktu, że dobrał się do ciasteczek przygotowanych dla gości) i szpiczastej czapce na głowie. – Może bibliotekarz ma rację. Zróbmy badania. Prawdę mówiąc, nadrektorze, zawsze podejrzewaliśmy, że oprócz naszego lądu i Kontynentu Przeciwwagi jest jeszcze coś.

Wszyscy obejrzeli się na Myślaka Stibbonsa, najmłodszego i najbardziej rozpaczliwie gorliwego członka grona wykładowców. Trzymał w rękach skomplikowany mechanizm z przesuwających się deseczek i ponad nim spoglądał na magów.
- Po co? Nie lepiej będzie, jeśli ktoś wreszcie dowie się od kucharki, jak nazywało się to coś podobne do budyniu, które podała w środę? – spytał prymus. Dobrze pamiętał, że wtedy nie zdążył dokończyć deseru.
- To był cremé bruleé, pierwszy prymusie – bąknął Myślak.
- No, proszę, kto by pomyślał, jak teraz nazwą budyń czekoladowy.
- Ale naprawdę… To nie powinno sprawić kłopotów – dodał Stibbons. - Wszyscy uważali, że tak, ale moim zdaniem to tylko kwestia absorpcji energii i przeliczenia prędkości względnych. I paru innych rzeczy.

Oświadczenie to wywołało chwilę tego uprawianego przez starszych magów zdumionego, podejrzliwego milczenia, jakie zwykle następowało po uwagach Myślaka.

- Prędkości względne - powtórzył Ridcully.
- Tak, nadrektorze.

Myślak rozważnie spuścił wzrok na swój prototyp suwaka logarytmicznego i czekał. Wiedział, że nadrektor uzna za niezbędne, by dodać w tym miejscu jakiś (mniej lub bardziej na temat, z naciskiem na to pierwsze) komentarz, demonstrując, że coś jednak zrozumiał. Zwierzchnicy zwykle tak mają.

- Moja matka umiała ruszać się jak błyskawica, kiedy wyjadałem ciasteczka dla gości...
- Chodziło mi o to, jak szybko lecą jedne rzeczy w porównaniu do innych rzeczy - wyjaśnił Myślak szybko (ale nie dostatecznie szybko). - Powinniśmy wyliczyć to bez większych problemów. Ehm. HEX wyliczy.
- No, nie - zaprotestował wykładowca run współczesnych. - Tylko nie to. To majstrowanie przy sprawach, których nie rozumiemy.
- Przecież jesteśmy magami - zauważył nadrektor. - Wręcz powinniśmy majstrować przy sprawach, których nie rozumiemy. To całkowicie naturalne. Jeśli będziemy siedzieć i czekać, aż zrozumiemy te sprawy, nigdy niczego nie załatwimy.
- Nie mam nic przeciwko wezwaniu jakiegoś demona i wypytaniu go - zapewnił wykładowca. - To normalne. Ale budowa mechanicznej aparatury, żeby za nas myślała, to... to jest po prostu… wbrew Naturze. Poza tym - dodał odrobinę mniej złowieszczym tonem - ostatnim razem, kiedy na tej przeklętej maszynie rozwiązywaliście poważny problem, zepsuła się i wszędzie mieliśmy pełno mrówek.
- Usunęliśmy już dawno tę usterkę - zapewnił Myślak. – Teraz wszystko jest już w porządku. Jesteśmy...
- Muszę zauważyć, że kiedy ostatnio tam zaglądałem, zauważyłem różne dziwne przedmioty. Na przykład w samym środku baranią czaszkę - wtrącił zgryźliwie Ridcully.
- Musieliśmy ją dołączyć. Okazała się niezbędna do transformacji okultystycznych. Ale...
- I jeszcze kółka zębate i śruby.
- Mrówki nie radzą sobie za dobrze z analizą różniczkową, więc...
- Analiza różniczkowa? A po co?
- Bo przecież…
- A ta dziwne, trzęsące się ustrojstwo z kukułką?
- To zegar czasu nierzeczywistego. Owszem, jest niezbędny do przeprowadzania...

Myślak Stibbons westchnął. Poważnie podchodził do magii. Jego podejście, jak i reszty młodych magów z nowo otwartych wydziałów, było czysto naukowe. Uważał, że jeśli postawiło się jakąś tezę, trzeba ją sprawdzić. Niestety, jeśli ktoś nazywa się, dajmy na to, Adrian Rzepiszcz, pomimo talentu nie ma zbyt wielkiej siły przebicia wobec kilkuset starszych panów, nie tyle wysokich, co szerokich.
- Może z kolegami zmierzymy iloraz cosiów w tym dokumencie? W zeszłym tygodniu naprawiliśmy akcelerator cząstek. Nakreślimy łamaną kreacji?
- Nie. Szkoda czasu.
- To w takim razie spytajmy czytelnika run współczesnych, na jaki typ pisma mu to wygląda.

Zapadła cisza. Adrian, w typowy dla świty Myślaka sposób materializujący się w okolicy mentora, spytał: - A gdzie on właściwie jest?

- Eee… Chyba prowadzi wykłady w sali 3B – wyjaśnił kierownik studiów nieokreślonych. Dyskretnie kopnął w kostkę śpiącego maga w kapeluszu zsuniętym na oczy. – Nie… Już dość ciasteczek… nie… - wymamrotał, po czym znów odpłynął.

Bibliotekarz obrzucił starszych magów pobłażliwym spojrzeniem. Tak, ci tutaj powinni pojechać na urlop, czy coś. Za dużo jedzenia, za mało prawdziwej magii.

- Czy czytelnik run współczesnych nie dobrał się przypadkiem do pigułek z suszonej żaby kwestora?
- Glum glum, agugu, maa – wtrącił kwestor. Był całkowicie normalny. Na swój własny, kwestorski sposób.
- Chyba jednak nie miał jak, cały zapas się skończył, jak widać – mruknął Adrian.
- Ostatnio zauważyliśmy dziwne załamania osi rzeczywistości. Chciałbym przedłożyć, nadrektorze, że przewiduje się nagłe zmiany pogody – odezwał się Myślak.
- Jakie?
- Deszcze. Burze. Grad, poza tym opady śniegu.
- Ale nie mamy nawet końcówki lata! – krzyknął pierwszy prymus.
- Cóż… To może jednak mały, malutki wykres w kierunku analizy klątwotwórczej? – zapytał z nadzieją Stibbons.
- Nie. Ostatnim razem dziekan musiał znowu zapuszczać brodę i przez tydzień śmierdziało spalenizną.
- Można poprosić Gildię Alchemików, żeby przeprowadziła eksperymenty z tamtejszym papierem, jeśli Bibliotekarz pozwoli wyciąć kawałeczek książki – podpowiedział inny młody mag, którego dotychczas starsi magowie mylnie brali za zagubionego w komnacie mopa. Rozpoznanie, gdzie jest przód, a gdzie tył, możliwe było jedynie w pewnym stopniu (kierując się w stronę, z której wydobywały się dźwięki) z powodu burzy włosów spadających na oczy. – Mogliby ustalić skład chemiczny materiału, na którym wydrukowano książkę, a to pozwoliłoby na połączenie tekstu z daną rośliną, z której wyrabia się kartki. Następnie, znając zasięg biologiczny tego gatunku, możliwe byłoby ustalenie hipotetycznego zasięgu, gdzie ten biały kruk został wydany.
- Ale przecież dopiero co znowu wylecieli w powietrze – trzeźwo zauważył kierownik studiów nieokreślonych.
- Acha. To trzeba poczekać.
- Pole thaumiczne? Thaumometr byłby tu zbyt mało precyzyjny, ale HEX mógłby zlokalizować miejsce, z którego pochodzi ten intrygujący dokument… - spytał z nadzieją Stibbons.
- O, nie. Boję się ruszać tej piekielnej maszyny.
- …Chociaż malutkie obliczenia jego aury morfogenetycznej? – Myślak wyglądał jak proszący szczeniak spaniela. Mustrum pokręcił głową na tyle, na ile pozwalała jego własna aura (i aparycja). Stibbons westchnął. Bibliotekarz podciągnął się na wysoki regał. Tak, zmiana w orangutana to było najlepsze wydarzenie w jego życiu. No, poza ostatnim sobotnim brunchem – serwowali wtedy koktajl bananowy… W futrzastych ramionach trzymał niepozorną, oprawną w bursztynowej barwy skórę książeczkę. – Uuk.
- Nie wygląda to na dobry pomysł… Jeśli tak bardzo was to interesuje, możemy odprawić Rytuał Ashk-Ente, to zawsze pomaga – zaproponował Ridcully, nie zważając na smętne miny młodej generacji magów i bibliotekarza. – A potem… - dodał, uśmiechając się pod brodą - pójdziemy na obiad.

* * *

- Jejku, czy to znaczy…?...
- Tak. Na to wszystko wskazuje – mruknęła Melissa. Siedziała w kucki na skrzyni, z kolanami pod brodą, schowana za krótką, lecz szczelną kurtynką włosów. – Już kończę, dalej i tak to spekulacje.
- I…?
- Wszystko zdawało się iść dobrze. Nie wiedzieli jednakże, że Markham i Rada potajemnie robią badania nad księgą. Wszystko wskazywało na to, że każde napisane tam słowo to święta prawda. Pierwszy Strażnik zaczął się coraz poważniej obawiać. Wysłano na poszukiwania Egzekutorów…
- Kogo?
- No, właśnie… - westchnęła. – To najbardziej niechlubna karta w historii Zakonu. Egzekutorzy, czyli wykwalifikowani wojownicy, którzy przeszli Przemianę Glificzną zmieniającą ich w Strażników Skrytobójców. Magar uważa, że to potworność i zgadzam się z nim, tylko nie mów nikomu, że ci to powiedziałam! Dość, że robili brudną robotę… Mieli usunąć Lanforda i w razie możliwości Kayean. Udało im się to pierwsze, ale jego żona i dziecko ocaleli. Wrócili czym prędzej do TunFaire, jako że Skrytobójcy węszyli w Letheritzii. Zapadli się pod ziemię w okolicach Południowej Dzielnicy. Było źle, a nawet tragicznie. Markham najpierw był zadowolony z wywiązania się z misji plutonu Egzekutorów. Ale gdy kolejne znaki sprawdzały się, znów zaczął się martwić. Wysłał Egzekutorów na rzeź… - rzekła głucho. – Ale… - tu uczyniła efektowną pauzę, po czym delikatnie uśmiechnęła się. - …na scenę wkroczyły siły silniejsze od niego.

* * *

- I co było dalej?! – Gregorius nie dawał za wygraną.
- To już sfera domysłów, hipotez i spekulacji. Magar uważa, że wysłano narfę Wybrańca. Tak czy siak, dziecko przeżyło. Potem następuje biała plama… Aż w końcu, siedem lat później… Magar go odnalazł.

Gregorius osiągnął stan, w którym nie mógł już bardziej otworzyć oczu. Siedział tak przez chwilę z uroczo półotwartymi ustami. – I…?
- Popatrz lepiej, która jest godzina – ocknęła się dziewczyna. – Musisz iść spać. Dokończymy innym razem. Mamy jeszcze prawie dwa miesiące wolnego.
- Ale… teraz nie zasnę… - bąknął rycerz, ściskając kurczowo sławetnego misiaczka. Melissa westchnęła. – A jak rozwiązujesz ten problem w domu?
- No… zmuszam babcię błaganiem i ofiarowywaniem się do wyprowadzania jej pudelków przez następny tydzień.
- Eee… Do czego?
- Do zaśpiewania mi kołysanki – rycerz zamrugał. – To coś złego?
- N-nie… - Melissa nie była pewna, co zrobić. Jest środek nocy. Oto miała przed sobą, praktycznie rzecz biorąc, dorosłego chłopaka, zwiniętego w kłębek na wąskim piętrowym łóżku, a tenże chłopak ewidentnie prosi o zaśpiewanie kołysanki… Potworne. Tak to już jednak jest, że nie zawsze robi się rzeczy racjonalne. Pamiętajmy, że na początku ich znajomości, Melissa, Garrett i rycerz… nie przepadali za sobą, powiedzmy delikatnie, choć może lepiej byłoby użyć zwrotu – ta dwójka była męczona przez zachowanie młodego Duneidana. Ten ostatni zaś uważał, że widzą świat w czarnych barwach, podczas gdy jest to takie cudowne miejsce (nie wiadomo mi nic na temat ewentualnego uczestnictwa jego rodziny w ankhmorporskich festiwalach typu „Wood-Stock”, ale nigdy nic nie wiadomo). W każdym razie dobrze wiemy, co z tego na dłuższą metę wychodzi. Przeciągnęła się tylko dyskretnie i umościła na skrzynce. Jejku, ależ to twarde. – W takim razie, eee… to może, hmm… ja ci zaśpiewam…? – mruknęła cicho. Gregorius rozpromienił się. – Mogłabyś?! – zachwycił się.
- Tak, tylko śpij już, dobrze?
- Ja już śpię! Widać? – rozległo się spod pledu.
- W porządku… Are you going to Scarborough Fair?
Parsley, sage, rosemary, and thyme.
Remember me to one who lives there,
she once was a true love of mine.

Tell her to make me a cambric shirt (On the side of a hill in the deep forest green).
Parsley, sage, rosemary, and thyme (Tracing a sparrow on snow-crested ground).
Without no seams nor needlework (Blankets and bedclothes the child of the mountain).
Then she'll be a true love of mine (Sleeps unaware of the clarion call).

Tell her to find me an acre of land (On the side of a hill, a sprinkling of leaves).
Parsley, sage, rosemary, and thyme (Washes the ground with so many tears).
Between salt water and the sea strands (A soldier cleans and polishes a gun).
Then she'll be a true love of mine.

Tell her to reap it in a sickle of leather (War bellows, blazing in scarlet battalions).
Parsley, sage, rosemary, and thyme (Generals order their soldiers to kill).
And gather it all in a bunch of heather (And to fight for a cause they've long ago forgotten).
Then she'll be a true love of mine.

Are you going to Scarborough Fair?
Parsley, sage, rosemary, and thyme.
Remember me to one who lives there,
she once was a true love of mine.

Deszcz bębnił o szyby, jakby chciał za wszelką cenę dostać się do środka. Budynek pogrążony był w ciemnościach, w pokoiku Strażniczki i rycerza paliła się pojedyncza świeca. Za oknem coś wyło, błyskawice biły o granie górskie. Dziewczyna po raz kolejny nie rozpoznawała… siebie… Jakby była inna niż przedtem… - Dobranoc – szepnęła, pochylając się nad rycerzem. Ten spał już dawno, wyglądając bardzo drobnie i dziecinnie z pszenicznymi włoskami rozsypanymi na poduszce. Z jakichś powodów uśmiechnęła się. Zdmuchnęła świecę i wdrapała się na antresolę.

DALEJ
Logowanie
Nazwa Użytkownika

Hasło



Nie jesteś jeszcze naszym Użytkownikiem?
Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.

118010 Unikalnych wizyt

PHP-Fusion v6.01.6 © 2003-2005


Załóż : Własne Darmowe Forum | Własną Stronę Internetową | Zgłoś nadużycie