Wyszczekani.pl
Strona GłównaCzwartek, Wrzesień 21, 2017
Nawigacja
Strona Główna
Kawiarenka literacka
Biblioteki Strażników
Kącik tłumacza
Współpraca międzynarodowa
Tu odprawiamy Rytuał Ashk-Ente, czyli kontakt
Online
Gości Online: 1
Brak Użytkowników Online

Zarejestrowanch Uzytkowników: 35
Nieaktywowany Użytkownik: 581
Najnowszy Użytkownik: MichaelGat
CZĘŚĆ IV: Książka kucharska
Jak wiemy, towarzystwo rozeszło się do pokoi. Grolle bardzo rozochociły się po rosołku (niestety, Morley nie czytał przewodnika Gregoriusa, stąd nie miał pojęcia, że w Carnfae rosół doprawia się mocnym alkoholem…) i z powodu śpiewania pewnych niekoniecznie eleganckich, choć ewidentnie bardzo wesołych regionalnych piosenek (grolle mają dobrą pamięć słuchową, a pamiętajmy, że były świadkami wybryku jednego z gości zajazdu) musiano zamknąć je w pokoju. Rycerz podarował im pudełko domino. Sądząc po dźwiękach, gra zafascynowała je. Melissa i rycerz siedzieli w pokoju za ścianą przylegającą do tego zajmowanego przez elfa i Złodzieja. O wystroju można było wiele powiedzieć, ale raczej nie był on urządzony wysokim kosztem. Ot, łóżko piętrowe z sosnowego drzewa, w niszy pod oknem, odgrodzonym od reszty izdebki parawanem na drewnianym stelażu, stało biurko i krzesło. Przy drzwiach szafa garderobiana. Morley kręcił się po pomieszczeniu, pogwizdując i denerwując tym Garretta. Na obronę tego ostatniego trzeba przyznać, że elf strasznie fałszował, co osobie o słuchu muzycznym pokroju Wybrańca było nie do wytrzymania. Spróbował więc się położyć. – Auu! Co to jest? – odskoczył jak oparzony od niewinnie wyglądającej poduszki.
- Co? Czemu wrzeszczysz? – zdziwił się Morley. – A TO – Garrett z oskarżycielską miną trzymał w ręce coś, co wyglądało jak maleńka, ale piekielnie ostra szpilka. W Ankh-Morpork tego typu szpilek używa się w Gildii Skrytobójców, oczywiście po odpowiednim spreparowaniu (okopceniu nad świecą z czarnego wosku, by nie błyszczała w rękach – pojęcia nie mam, czemu akurat czarny wosk… pewnie to znowu taki głupi styl; następnie nasączenie trucizną, na przykład, z pewnej rybki, fugu, spotykanej tylko w wodach Klatchu – z tego powodu „profesjonalni” skrytobójcy zawsze mają horrendalne długi: importowanie takiej trucizny kosztuje, a Klatchianie to obrotny naród; w końcu, wbicie rzeczonej igiełki w ważną żyłę, na przykład w tętnicę szyjną; zastanawiam się tylko, po co, u licha, chcecie to wiedzieć? Ktoś wam podpadł?). – Masz pojęcie może, co to ma być? – spytał. Elf wzruszył ramionami z miną sugerującą poważne zamartwianie się, czy rozmówca nie jest przypadkiem pozbawiony piątej klepki. – Mój ząb, nie widać?
- Ząb?! Czy ja wyglądam na jakiegoś tsortiańskiego fakira? Taka szpila wepchnięta pod moją poduszkę?! – zawył. Morley przewrócił oczami. – A kto powiedział, że akurat twoja? Musisz się pchać na górę?
- Było nie wpychać w siebie tyle tych grzanek z masłem czosnkowym – padła odpowiedź. – Po coś ten ząb tam wcisnął? Ktoś poznał się już na tobie i już ci wybił?
- Nie, nieuku. Czarnym elfom zęby wypadają przez całe życie. Choćby Kałuża w ostatnim miesiącu pozbywał się siódmych – oznajmił. Złodziej skrzywił się z niesmakiem. – I co z tego? Morley uśmiechnął się pod nosem.
- Czekam na Wróżkę Zębuszkę.
- Co?!
- A co, pięć tokenów za ząbek piechotą nie chodzi.
- Naprawdę sądzisz, że ktokolwiek weźmie twój zabójczy ząb i jeszcze wciśnie ci pod poduszkę pieniądze? Nie, aż takich rewelacji się po tobie nie spodziewałem… - Garrett z impetem otworzył okno, za którym majaczył jakiś niewyraźny kontur. Morley wychylił się i odetchnął pełną piersią. Niemalże niesłyszalny podczas burzy pisk i drapanie pazurów. Nikt nie wzrócił na to uwagi.
- A co, nigdy nie wymieniałeś zębów?
- Naprawdę łudzisz się, podkreślam, łudzisz się, że w nocy przyjdzie ci jakaś kobieta i da ci pieniądze, które znajdziesz potem od poduszką? Chyba nie znasz życia.
- Okradasz niewinne Zębuszki?!
- Głupek. Zęby zabierają tylko dentyści i grabarze – odparował sucho. – A teraz bierz stąd to narzędzie zbrodni.

* * *

Morley faktycznie objadł się grzankami i nawet osobnik obdarzony kiepskim węchem mógł stwierdzić, że elfa powinno się teraz zamknąć w dygestorium na jakieś dwadzieścia cztery godziny. Garrett cierpiał nieludzkie katusze, a dowiedziawszy się o częstych wymianach ostrych jak brzytwa zębów czarnych elfów nie zamierzał narażać się, próbując zasnąć. Wobec tego przykrego faktu schował się za parawanem (jak na zwykły kraciasty koc, trochę dużo powiedziane) z nosem w swojej książeczce. Morley tymczasem ględził o tym, że rycerz ze swoim dzikim entuzjazmem miał rację i jak to podróże jednak kształcą. Garrett co jakiś czas wstawiał strategiczne mruknięcie, które zajmuje czołowe miejsce w praktycznie każdym języku na Dysku. Od odbiorcy mruknięcia zależy, jak je zinterpretuje. Może być przyzwalające, przeczące, może oznaczać „tak, masz rację, mów dalej”, „fakt” i „jesteś urodzonym retorem” (niepotrzebne skreślić) przy jednoczesnym minimalnym wysiłku ze strony emitera. Garrett już za czasu swojego Uświęconego Szkolenia u Opiekunów poznał jego zbawienne możliwości i skrzętnie z nich korzystał.
- Czy ty mnie w ogóle słuchasz?

Oho, skończyło się.

- Tak… jakby.
- I co? Skąd ją masz?
- Hę?
Morley przewrócił oczami.
- Skąd znasz Melissę?
- Nie twój interes.
- …Wiedząc, że jeśli tylko nie zmusi cię do tego sytuacja, czytaj: świat się wali, nie ruszasz na żadne wieczorki towarzyskie, jesteś aspołecznym gburem, a wielki A’Tuin ma więcej przyjaciół od ciebie – zauważył kwaśno. – I zadajesz się z samymi dziwakami.
- …Na przykład z tobą.
- Och, mówże wreszcie! Nie dziw mi się, że nie mogę uwierzyć, że tak niezwykła, urocza, powabna i inteligentna dziewczyna zadaje się z tobą!
- Opanuj się – odezwał się z niesmakiem.
- A propos, czy nie uważasz, że doskonale pasowalibyśmy do siebie? Dwie nietuzinkowe osobowości…
- Och, zamknij się, idioto! – Garrett odwrócił się błyskawicznie do elfa. W jego głosie mieszała się złość, rozgoryczenie i odraza. W jego postawie było coś, czego elf jeszcze chyba nigdy nie zauważył. Emanowała jakaś niesprecyzowana… siła? Potęga? Moc?... Morleyowi nie dane jednak było przemyśleć tę kwestię. – Czy ty zawsze musić wtykać swój nos, gdzie nikt cię nie prosi?! Włazić buciorami prosto do czyjegoś życia bez pytania i opowiadać bzdury?! Nie mógłbyś przez chwilę przestać porównywać innych według twoich zasad?!
- Ale co ty…
- Powiedz mi, czy ty mógłbyś choć czasem spróbować, powtarzam, spróbować zachowywać się dojrzalej?! – warknął.
- Miłość to cudowna rzecz, nieuku – oświadczył z wyższością Morley.
- Dobrze ci radzę. Odczep się od niej i przestań męczyć!!! – zawył. – Przyjazd tutaj to była kompletna pomyłka. Zabranie cię ze sobą w szczególności. Wiesz, co jest nie tak? – warknął. - Jak mogłem być tak naiwny, myśląc, że od czasu twoich problemów przeszło ci?!
- Odbija ci. To pewnie halny. Co to jest? – Morley bez pardonu stanął sobie za plecami Garretta siedzącego przy rozlatującym się biureczku. Garrett został brutalnie wyrwany z zamyślenia nad tajemniczym notesikiem. – Hę? Nic ci do tego.
- Pokaż.
- Nie.
Elf przekrzywił głowę i zaczął czytać przez ramię mimo protestów właściciela notesu. – “A winter's day in a deep and dark December. I am alone, gazing from my window to the streets below on a freshly fallen silent shroud of snow. I am a rock, I am an island”. Po jakiemu to jest?
- Zjeżdżaj, dobrze ci radzę – warknął. – W starożytnym Prekursorów.
- Czemu nie po karentyńsku?
- Żebyś nie mógł przeczytać! – krzyknął ze złością. – Oddawaj! – krzyknął, jednak Morley capnął książeczkę i podjął próbę obejrzenia. Duży błąd. Garrett wyszarpnął mu ją z ręki i ruszył do drzwi. – Hej! Ja tylko chcę to obejrzeć! – zawołał elf. Garrett obrócił się na pięcie. Rzucił ze złością: - I have built walls,
A fortress deep and mighty,
That none may penetrate.
I have no need of friendship; friendship causes pain.
It's laughter and it's loving I disdain!
I am a rock, I am an island!

Obrócił się I jednym ruchem przeskoczył przez łóżko. Morley, próbujący go zatrzymać, wyrżnął o ramę mebla.
- Don't talk of love,
But I've heard the words before;
It's sleeping in my memory.
I won't disturb the slumber of feelings that have died.
If I never loved I never would have cried!
I am a rock, I am an island!
Elf syknął. - Zatrzymaj się! Nabiję sobie guza. Co cię ugryzło?! Nie otrzymał odpowiedzi. - I have my books
And my poetry to protect me;
I am shielded in my armor,
Hiding in my room, safe within my womb!
I touch no one and no one touches me!
I am a rock, I am an island!!!

Śmignął przez drzwi. Czuł się podle. Tak, to dobre słowo. Korytarz otwierał się na dziedziniec. Spojrzał w nocne niebo i wyszeptał do siebie: - And a rock feels no pain;
And an island never cries…

* * *

Po murze, nie zważając na smagający deszcz i wiatr, wspinał się ponadnaturalnych rozmiarów nietoperz. Trzeba przyznać, że był już dość przetarty tu i ówdzie, wygnieciony na brzegach. Nie miał dziś dobrego dnia… Najpierw ta dziewczyna. Wyglądała obiecująco… Owszem, blada, ale nie będzie dziś wybredny. Zresztą skórę miała pierwszej klasy, żadnych przebarwień, trądziku… Ewenement w tych trudnych czasach. Już prawie był w środku, kiedy, nie wiedzieć czemu, musiała otworzyć te okropne okiennice! Żadnego wyczucia chwili. Powinna już dawno spać z „włosami w anielskiej aureoli rozsypanymi po poduszce” czy inny taki banał. Nietoperz miał wątpliwą przyjemność przestudiowania faktury bruku kilkanaście metrów niżej. Żeby się uspokoić, ssał rozciętą wargę. Trudno, ma jeszcze czas. Tym razem wybrał szerszy parapet. Dwa osobniki, świeżutcy, chociaż jeden wyglądał na chorowitego – miał skórę jeszcze chyba bledszą od tej samicy, wręcz niebieskawą. Co tam, nie można marudzić. Wdrapał się do góry. Blady praktycznie ułatwił mu zadanie: choć okiennice prawie zmiotły istotę z parapetu, udało mu się uczepić ramy okna, a szybę miał z głowy. A wtedy… ten niższy… chuchnął! Jak można pochłonąć tyle czosnku i jeszcze trzymać się na nogach?! Zdecydowanie, życie ani jego półprodukty nie są łatwe… Teraz nietoperz wlókł się po podłodze dokładnie z drugiej strony pechowej komnatki. Może uda się przeleźć przez drzwi…

ŁUP!

- Piiip… Khe…
- Hę?
Garrett wypadł z pomieszczenia. Coś słyszał… delikatnie odchylił drzwi. Przy ścianie leżała kupka wyliniałego futra. – No, nie. Co za standard! Żeby turyści musieli sprzątać klatki schodowe… - burknął do siebie, po czym posłał pięknym rzutem futro na kupę starej słomy, na której drzemał kogut. – Tak lepiej – mruknął, po czym ruszył na przechadzkę.

Kupka futra ocknęła się mniej więcej, jakieś dwie sekundy przed wylądowaniem w śmieciach. – O-o! IIIK!!!...

PAC!

Kogut podskoczył z wrażenia. Oto śnił o sobie w charakterze sędziego na Wyborach Miss Kurnika, gdy jakaś szmata wylądowała na jego własnej kupie siania. – Kukurykuuu!!!

Nad gospodą przetoczyła się wielka błyskawica, po czym strzeliła wprost i sterczący snopek słomy. Kogut wpadł w kępę trawy, a kawałek futra zaczął dymić, wydzielając cokolwiek nieprzyjemny zapach.
- PAN POZWOLI, PANIE LUGOSI…

* * *

Nad Scarborough wschodziło blade słońce. Z niewyjaśnionych przyczyn pogoda diametralnie się zmieniła. Przypominała bardziej listopadową pluchę niż cokolwiek innego. Wakacje chyba zmieniają się w ferie… Garrett przeciągnął się jak kot. Tak… Spanie na dachu „Zielonego jabłuszka” najwyraźniej nie należało do jego ulubionych dyscyplin. Ale czymże to jest w porównaniu z obcowaniem z Morleyem wieczorną porą? Już nie takie rzeczy w życiu się robiło.

Gregorius wstał jak to on: świeżutki jak poranek i rześki jak kubeł wody. Melissa wyglądała mniej więcej normalnie, poza leciutkim zaróżowieniem. Pal licho, może coś ją uradowało. Grolle – w porządku. Trochę miały mętne oczka po wczorajszej libacji, ale jakoś trzymały się w pionie. Morley miał minę zbitego psa. Ha, wie, co zrobił. Dobrze mu tak. Zeszli do izby jadalnej.
- I co robimy? – trzeźwo spytał Garrett.
- Nie wiem, może warto się rozejrzeć – odparła Melissa. Gregorius nieomal zamerdał ogonkiem. – Chciałbym iść do sklepiku z pamiątkami! I zwiedzić tutejsze zabytki, może jakąś wycieczkę po okolicznych górach…
- A co z tymi rzekomymi wampirami czy jak im tam? Nie po to tutaj nas przywlekło?
- Pamiętacie tego staruszka, Lema czy coś takiego? – rzucił Morley. – Może on powie, co tu się u licha wyrabia?
- W rzeczywistości, to jest myśl, kuzynku – odpowiedział Dojango.
- Ale kto idzie? Chyba nie wszyscy…? – Melissa zastanawiała się nad kamuflażem. Garrett zaprezentował jeden ze swoich złośliwych uśmieszków. – Oczywiście, że nie wszyscy… Ci, którzy potrafią zjednać sobie każdego i ci, którzy byli wczoraj nie do wytrzymania… Greg, Morley, co powiecie na przechadzkę?

* * *

- To chyba tu… - Gregorius szurał nogami. Jak widać, w wioskach pokroju Scarborough łatwo było znaleźć ludzi – wystarczyło słuchać plotek. Przekupki z chęcią wskazały im domek Lema. Była to tradycyjna chatka z bali, kryta gontem, z pięterkiem. W przydomowym ogródku rosły słoneczniki, piszczelica łąkowa i kilka śliw. Przez ogródek przepływał strumyczek, który wpadał potem do Setod. Nad wodą pochylała się wierzba i kilka modrzewi. Teraz padało do tego stopnia, że mieszkańcy zaczynali budować tamy wokół wysepki, na której znajdowało się Scarborough. Mogło już niedługo dojść do powodzi… Należało się zmywać z własnej woli, zanim nastąpi to niezależnie od widzimisię zainteresowanych. Rycerz zapukał do drzwi. Żadnej reakcji. – Może go nie ma. Chodźmy stąd – zaproponował szybko Morley. Widać było, że po otrzeźwieniu przez wybuch Garretta i pełne wyrzutu oczy Melissy głupio czuł się, wspominając swój tutejszy występ, którego świadkiem był staruszek. – Nie, poczekajmy. Starsi ludzie poruszają się wolniej – uparł się rycerz. Faktycznie, po chwili drzwi ze skrzypieniem uchyliły się, a w środku pojawiła się twarz staruszka. – Kto tam?
- Dzień dobry, proszę pana – odpowiedział uprzejmie Gregorius. Garrett miał genialny pomysł: nikt chyba nie spodziewa się, że taki uroczy chłopiec szuka porady pod tytułem: „Jak-ubić-ciemne-moce-i-wyjść-z-tego-całym”. Gdybym, dla przykładu, zapytała, z jakimże to problemem przychodzi do chatki staruszka, zostałabym uznana za czasowo niepoczytalną. – Czy nie przeszkadzamy panu?
- Nie, ale… Kim wy właściwie, chłopcy, jesteście?
- Eee… - Morley nie miał, jak widać, zbyt wiele do powiedzenia w tej materii.
- Już wiem! – Lem klasnął w żylaste ręce. – Jesteście skautami!
Rycerz i elf popatrzyli na siebie. – Hmm… Nie, proszę pana…
- No, proszę! Przyszliście sprzedawać ciasteczka, Kaczki Duszociastne, prawda? Wszędzie poznam te wasze ubranka…
- Nie, proszę pana, nie mamy nic wspólnego z…
- No, wchodźcie, wchodźcie, nie stójcie za progiem. Przecież strasznie pada. Mój dom jest otwarty dla każdego skauta! – Lem ochoczo otworzył drzwi i wepchnął ich do środka. Rycerz i elf znaleźli się w skromnie urządzonym pomieszczeniu. Przy oknie wychodzącym na uliczkę biegnącą tuż obok rzeki stał sterany życiem stół i takież trzy krzesła. Parapet dekorowały doniczki z roślinami. Przy drzwiach ustawiono zwalisty sosnowy kredens, także widocznie stary. Szafa ta częściowo zasłaniała łuk drzwiowy, przysłonięty wiszącą zasłonką z kraciastego materiału. Na podłodze przed prostym paleniskiem z otoczaków leżał wymięty dywanik. Przed takim kominkiem stała drewniana leżanka z cienkim materacem. Przy stromych schodach na strych, gdzie zapewne znajdowała się sypialnia i umywalnia (ich bytności można było jedynie się domyślać; w tak starych budynkach nic nie wiadomo), stała donica. We wnęce pod schodami stała skrzynia podobna do tej w wieżyczce. Lem przyjaznym gestem zaprosił ich do środka i usadowił przy stole. – W czym mogę wam służyć, skauci?

Gregorius był nieco zbity z tropu. Przecież Garrett i Melissa, osoby, którym ufał bezgranicznie i ślepo, zgodnie przestrzegały ich przed wyjawianiem dokładnych „danych osobowych”. A przecież trzeba się przedstawić… – Proszę pana, nazywam się Gregorius Tristan, a to mój kolega Morley Dotes… spędzamy tu wakacje… Spotkaliśmy pana w gospodzie… my nie mamy nic wspólnego z…
- Nie kłopocz się, synku. Pamiętam doskonale dzień, kiedy mnie wysłano do skautów – staruszek rozmarzył się. – Tam rozbudzono moje zainteresowanie botaniką i zielarstwem. Ale magowie z Niewidocznego Uniwersytetu nie potrafili docenić wagi świata roślin.
- Był pan na Niewidocznym Uniwersytecie?! – Gregorius aż się zachłysnął.
- Tak, przez pewien czas wykładałem historię nadnaturalną. W większości – nudy – Lem ziewnął. – Tak naprawdę to zawsze chciałem być zielarzem i botanikiem. Ale oni nie byli w stanie objąć swoimi umysłami nawet jednej stokrotki! Zabiegałem o utworzenie niewielkiego działu botaniki na Niewidocznym Uniwersytecie, ale nie zgodzili się. Ankh-Morpork nie ma dobrego klimatu na hodowlę roślin. Wtedy opuściłem ich i jestem, jak by to powiedzieć, niezrzeszonym magiem. Ale nie przeszkadza mi to absolutnie. Nie, jest mi tak dobrze, jak nigdy. Mam swoją chatkę, szanują mnie, od czasu do czasu zrobię jakiś napar na wzdęcia u krowy czy jakieś dziewczęta poproszą mnie o przygotowanie im wody zapachowej… Czytam sobie, hoduję kwiatki, a ostatnio udało mi się kupić kociaka. Widzieliście? Nazwałem go Gypsy… - rozejrzał się, po czym podniósł z donicy małą poduszkę. na niej, rozwalony jak imperator, leżał mały, rudy kotek o krótkich łapkach i ogromnych oczach. – Gypsy, chodź do tatusia… - gruchał mag. Kotek obrzucił go uważnym spojrzeniem i tylko obrócił się na plecy, by umożliwić głaskanie po okrągłym jak po połknięciu piłki brzuchu. – Słodki! – rozpłynął się Gregorius. – O, patrzcie, państwo, jak mruży oczy… - wyjąkał Morley, który nagle znalazł się pod wrażeniem kociaka.
- Podoba się wam? Jacy wy jesteście sympatyczni, skauci! – Lem rozpromienił się i delikatnie podał zwierzątku kawałek ciastka. Okup przyjęty. Rycerz klasnął w ręce. – A czy mógłby nam pan, panie Lem, powiedzieć coś o „uświęconej dzikiej róży”? Lem otworzył szeroko oczy. – Rosa Canina Sancta! Niezwykły magiczny gatunek. Oczywiście, chłopcy. Poczekajcie, zaparzę herbatkę. Mam też tu gdzieś chyba ciasteczka z marmoladą… - nadzwyczaj żwawo, jak na swój wiek, wstał z krzesła i ruszył do kuchni, która, jak się okazało, znajdowała się za kotarą w kratkę. Po chwili wynurzył się, z trudem niosąc drewnianą deskę, na której stał gliniany dzbanek, trzy kubki i talerzyk z kilkoma ciastkami. – Domowa robota, z własną marmoladą – zachęcał, autentycznie zachwycony niecodziennym spotkaniem. Rycerz i elf wzięli po okrągłym ciasteczku – na kółeczku uformowanym drżącą dłonią spoczywała nałożona z pietyzmem kuleczka czerwonej mazi. Okazało się, że emerytowany mag piecze naprawdę smaczne ciasteczka. – Pyszne, proszę pana – wybełkotał Morley. – O, na zdrowie, chłopcy. Morris, tak? – Lem miotał się po izdebce, wyciągając zza stołu swoje krzesełko, by następnie ze stękaniem przenieść je pod kredens i wspiąć się na nie w celu wyjęcia opasłego tomiszcza.
- Morley, panie Lem…
- Doskonale, Morris, Gerry, spójrzcie na to – tomiszcze w wytartej okładce wylądowało z efektownym plaśnięciem starej skóry na sosnowym blacie. – To grimoire botaniczny, który sam napisałem – wyszeptał wzruszonym głosem. – Nie przypuszczałem, że ktokolwiek się nim jeszcze zainteresuje…

Przewertował wyblakłe kartki. Książka faktycznie była zapisana gęstym maczkiem, z dużą ilością rycin i szkiców. – Rosa Canina Sancta… Jest. Inaczej, dzika róża uświęcona. Gatunek wyhodowany sztucznie, kultywar. Uzyskuje się go przez zasadzenie szupinki w poświęconej ziemi. Następnie przez całe życie rośliny należy podlewać ją wyłącznie wodą święconą. Posiada intensywnie czerwone owoce, bogate w witaminę C. Róża ta jest bardzo rzadka z powodu jej delikatności, z tego też faktu w wielu zakątkach Dysku uważana jest za roślinę mityczną. Według mitologii, pierwsza taka róża powstała po tym, kiedy Śmierć… przepraszam, nie wiem, czy to nadaje się dla waszych uszu, chłopcy… - Lem był dość skonfundowany. – A, co tam… Kiedy Śmierć wysiąkał nos – w ogóle, dość dziwne, zważywszy na fakt, iż jest to jeden z organów, na których nadmiar narzekać nie może… w każdym razie w Djelibeybi wierzą, że Śmierć wysiąkał nos, a część tej wydzieliny spadła na owoc dzikiej róży. Tym samym ułamek siły zabierania życia został przekazany róży. Z tego powodu jest to doskonały środek przeciwko wielu nadnaturalnym potworom, na przykład potępionym duszom, niektórym ożywieńcom i wampirom. Rozumiecie, chłopcy? Śmierć dał jej część swej mocy, przez co róża może dawać śmierć tym istotom, które na śmierci żerują – wyjaśnił. Morley gapił się przed siebie. Zapewne widział oczami duszy możliwości, jakie dawała taka niepozorna roślinka. Lem kontynuował. – Jest też legenda rodzima. Według niej, na wioskę pewnego dnia spadnie wielkie nieszczęście, a to z powodu istot z zaświatów. Ale, gdy będzie już się wydawało, że to koniec, przybędzie Siedmiu Wspaniałych, którzy zaradzą złu, właśnie przy pomocy róży. Uważam… - tu zniżył głos. - …że Proroctwo już się spełnia…
- Czemu, proszę pana?!
- Popatrzcie… Od kilku miesięcy jakieś mroczne istoty atakują naszą wioskę. Najpierw coś zaczęło atakować nasze bydło. Nazywaliśmy je „rozpruwaczami kóz” – chwytliwe, co? Ale potem zaczęli ginąć ludzie. Najpierw starcy i sieroty, potem pasterze, aż w końcu krzepcy mężczyźni! Ciała wyglądały, jakby ktoś lub coś piło ich krew… W końcu synek karczmarza znalazł w trawie, niedaleko miejsca, gdzie leżało ciało jednej z ofiar, dziwne narzędzie… Jakby zaostrzony talerzyk. Jego koleżanka – wiecie, ta mała Lee, którą osierocili zeszłego lata, dotknęła brzegu. Poczęła okropnie krzyczeć i wiła się z bólu, a w miejscu, gdzie dotknęła tego talerzyka, jej skóra zaczęła tak jakby… nasiąkać… intensywnym błękitem. To musiała być trucizna, gdyż nie dożyła następnego dnia – rzekł Lem. Elf i rycerz wyglądali, jakby ich zatkało. Emerytowany mag nie dał im jednak spokoju. – Myślicie, że nic nie próbowaliśmy z tym zrobić? Ile razy organizowano nagonki na te istoty! Zawsze się wymykały! Teraz wiemy, że maszkary mają leże w jaskini na górze, które wznosi się na północnym brzegu rzeki. Ostatnio nawet rajcy posunęli się do tego – skrzywił się – żeby zatrudnić wiedźmina. Widzicie, odczuwam wobec nich czystą niechęć. Są grubiańscy, brzydko się wyrażają, żyją z zabijania. No i śmierdzą – mruknął. – Mam nadzieję, Gerry, Morris, że was nie uraziłem?
Rycerz pokręcił z zapałem głową. – Nie, panie Lem, absolutnie. Nam też nie podobają się metody… ich… zachowania.
- Och, to dobrze! – ucieszył się Lem. – Ciasteczko?
- Z przyjemnością.
- W każdym razie wezwali tu takiego… - staruszek był wzburzony. Na jego wysuszonej jak herbatnik buzi malowało się obrzydzenie. - …jednego z drugim. Takiego gbura jeszcze tu nie widzieliśmy! Nic, tylko przeklinał, pił piwo i odnosił się bez szacunku, szczególnie do niewiast. Jakże tak można?! No, dość, że pokręcił się tutaj, powtykał nochal, gdzie nie trzeba – jakoś nie kwapił się do tej jaskini – aż w końcu oświadczył, że jego intuicja mówi mu, że zło pochodzi z Miasta. „Intuicja”, też coś! – prychnął jak rozjuszony kot. Gypsy, rozłożony na kolanach swego pana, podniósł główkę, po czym dyskretnie miauknął. – Więcej go nie widzieliśmy. I dobrze – dorzucił. – W tej legendzie jest mowa, że znakiem, że Proroctwo się spełnia, będzie powódź. „I popłynęła nagle wielka ciemna woda, jakby ktoś winy nasze spłukać chciał do cna. Po wsiach i miastach, parkach i ogrodach, niby kosmiczna wielka łza. A przecież mówią, że gdy lato to pogoda. Pęcznieją sady i żywicą pachnie las. A popłynęła nagle wielka ciemna woda i stanął zegar, ruszył czas. Dlaczego my? Dlaczego tutaj? Czemu tak? Pytamy ciągle, jak pytają małe dzieci. A odpowiedzi brak, a odpowiedzi brak, bo to jest wielka tajemnica rzeki. I popłynęła nagle wielka ciemna woda. Jakby ktoś winy nasze spłukać chciał do cna. Po wsiach i miastach, parkach i ogrodach, niby kosmiczna wielka łza. I chociaż ponoć już o gwiazdach wszystko wiemy i coraz dalej wybiegamy w swoich snach, to tak naprawdę wcale nie umiemy odpędzić chmury, co nadciąga nad nasz dach” – wyrecytował. – A kilka dni temu widziałem w gospodzie siedmiu zakapturzonych… Proroctwo się spełnia.

* * *

- Popatrzcie, chłopcy. Mamy te ataki, czyli symboliczną „chmurę, co nadciąga nad nasz dach”, to raz. Nie umiemy jej odpędzić, tak? – tłumaczył emerytowany mag. Elf i rycerz kiwnęli głowami. O ile Gregorius dosyć często poddawał analizie literackiej różne dzieła, to Morleyowi taki sposób postawienia sprawy był najzupełniej obcy. – Mamy już powódź, to dwa. Pogoda się psuje, co dowodzi pewnych zakłóceń krzywej rzeczywistości. Słyszeliście o wymiarach równoległych? To tak jakby inne światy, w których żyją nasze sobowtóry. Prowadzą oczywiście życie równoległe, więc, powiedzmy, ja mogę mieć od dawna tuzin kotów, dla przykładu. Jednak gdy wokół Dysku wydostaje się zbyt dużo magii, portale otwierają się, a granica pomiędzy nimi – zaciera. To bardzo niebezpieczne, gdyż w każdym z równoległych wymiarów czyhają potworne istoty, z których najładniejsze przypominają skrzyżowanie roweru, nauczycielki biologii i ośmiornicy. Czasami magia przepływająca przez Dysk, która sprawia, że wszystko trzyma się na miejscu, nazywana jest rzeką – uśmiechnął się triumfalnie. – To trzy. Co do potworów, sądzę, iż są to w jakiś sposób istoty rozumne. Wydawało się, jakby – paradoksalnie - nie chciały faktycznie robić krzywdy. Ofiarami padały zwierzęta, ale głównie stare i osłabione. Później ludzie, niestety, ale tylko ci, którzy nie posiadali rodziny – włóczędzy, sieroty… Jakby te demony starały się wyrządzić mniejsze zło… Nie wiem, czy to prawda, ale uważam, iż coś lub ktoś w pewien sposób zmusza je do takiego bytowania. Ale nie powiecie rodzicom o tym, co wam powiedziałem przed chwilą, dobrze? – zatrwożył się. – Nie chciałbym, abyście mieli przeze mnie problemy. Widzicie, dawno nie bawiłem się tak dobrze jak dzisiaj z wami.
- Oczywiście, proszę pana, może być pan spokojny – pospiesznie oświadczył Morley.
- My też jesteśmy wielce zobowiązani – dodał rycerz.
- Z kolei ten wers, „jakby ktoś winy nasze spłukać chciał do cna” jest dla mnie niejasny. Podejrzewam, iż chodzi tu o próbę załagodzenia skutków jakiejś wielkiej zbrodni, która ściągnęła na te tereny straszliwą klątwę. Wiecie, Gerry, Morris, Scarborough jest najdalej wysuniętym na północ w stosunku do granicy z Venagetą przyczółkiem Karenty. Venageti są… brutalni. A ich kultura i wierzenia często wymagają poświęcenia ofiar z istot żywych. Boję się, chłopcy. Boję się, że stanie się coś przerażającego. Kilka dni temu widziałem siedem zakapturzonych postaci, które pojawiły się znikąd i znikły nagle, jakby rozpłynęły się we mgle. To mogło być Siedmiu Wspaniałych! – jego głos zadrżał niepokojąco. Gregorius popatrzył poważnie staruszkowi prosto w oczy.
- Co pan zrobiłby na miejscu tych… Siedmiu? Lem zamyślił się. - Poszedłbym do groty mieszczącej się w zboczu góry, która wznosi się nad wioską od północy. To tam urywały się wszelkie ślady po napastnikach. A potem zdałbym się na Przeznaczenie.

Morley przełknął nerwowo ślinę. Ten Lem mógłby zrobić fortunę w ankh-morporskiej branży ruchomych obrazków. W kategorii… horrorów. Tak, to wystarczająco groźnie i tajemniczo brzmiąca nazwa, by przyciągnąć klientów. Już na pierwszym „r” zaczyna się drżeć. Rycerz wstał i skłonił się z szacunkiem. – Bardzo dziękujemy panu, panie Lem. Naprawdę, spędziliśmy tutaj wyjątkowy czas i wiele się dowiedzieliśmy. Poznanie pana było czystą przyjemnością i mamy nadzieję, że spotkamy się jeszcze. Niestety, teraz musimy wracać do gospody, czekam na list od mojej babci, rozumie pan…
- Ależ oczywiście, Gerry! – Lem klasnął w ręce, a na jego twarzy-orzeszku pojawiła się duma i wzruszenie. – Tak się cieszę, że poznałem takich wspaniałych młodych ludzi! Faktycznie, szybko się ściemnia. Zbyt szybko jak na tę porę roku. Myślę, że z tą klątwą coś jest. Uważajcie na siebie i piszcie!
- Bardzo dziękuję, panie Lem – powiedział Morley. – Tu jest adres… – szybko naskrobał notatkę na wyciągniętym z kieszeni kawałku papeterii w nietoperze (ciekawy deseń). Stary mag rozpromienił się. Szybko odłożył kotka na jego poduszkę i pokuśtykał do drzwi. – Do zobaczenia, mali skauci! – wołał jeszcze, gdy wychodzili w deszcz…

* * *

- …I tak to było – zakończył sprawozdanie Gregorius. Garrett gwizdnął przez zęby. – W takim razie następnym przystankiem będzie ta jaskinia. Na razie leje, a w błocie łatwo zostawia się ślady, więc poczekamy do nocy. Zajmijcie się czym chciecie.

Wszyscy udawali rozluźnienie. Gregorius skrobał list do babci, a potem zaczął układać obrazki namalowane przez chochlika z ikonografu, prezentu od lady Anny. Morley zszedł do gospody i opychał się jajecznicą. Trojaczki przyłączyły się do kuzyna. Garrett bąknął, że sprawdzi ekwipunek i zniknął z pola widzenia. Melissa siedziała przy oknie, obserwując spadające wielkie krople deszczu. Po ścianach budynków naprzeciwko gospody pełzały złowieszcze cienie. Na liściach roślin, które próbowały się utrzymać pomiędzy budynkami i w zagłębieniach terenu, huśtały się ciężkie krople rosy, podrygiwały, tracąc równowagę, by później stoczyć się na czarną ziemię, przykrytą jakby kołderką traw. Teraz wszystko tonęło wręcz w błocie. Gdy rycerz i elf udali się do Lema, reszta wyprawy widziała, jak mieszkańcy budują wały przeciwpowodziowe wokół wysepki, na której znajdowała się wioska. Najwyraźniej spodziewano się powodzi. Woda w bajorku na placyku pluskała i szumiała, kojąc zmysły, zszargane trudami dnia. Dziewczyna instynktownie wyczuwała niepokój towarzyszy. O ile grolle były cokolwiek nieświadome grozy wiszącej w powietrzu, o tyle Garrett, rycerz i Dotes (mniej lub bardziej) wydawali się rozumieć, że informacje od maga diametralnie zmieniały obrót rzeczy. Beztroska wycieczka zmieniała się w igranie z ogniem. W dodatku żywiołem, którego nikt zdawał się nie rozumieć…
- Patrzcie, kogo tu mamy – Garrett pojawił się w pokoju z wściekłą miną. Gregorius i Melissa podnieśli głowy. Trzymał za tył tuniki wierzgającego chłopca około ośmiu lat. Brązowe włosy okalały buzię, która raczej nie zawierała ostatnio bliższych znajomości z wodą i mydłem. Wokół perkatego nosa i poniżej szarobrązowych oczu układała się bogata mozaika piegów. Ubrany był w nie pierwszej świeżości wełnianą tunikę w ziemistym kolorze, skórzane spodenki i koszulę, która w czasach swojej świetności zapewne była biała. – Przyłapałem go na grzebaniu w jukach.
- Puszczaj, już! – dzieciak wyglądał na niezbyt przestraszonego, zachowywał się raczej jak kapryśny chłopiec, który nabroił, a teraz zbrodnia się wydała. Przyjaciele zaniemówili. Garrettowi najwyraźniej nie spodobał się ton delikwenta. – Mów, smarkaczu, co robiłeś przy naszych bagażach?
- Nic nie powiem! – malec próbował kopnąć trzymającego go w kostkę. Nie udało mu się, a Złodziej uśmiechnął się makiawelicznie, w efekcie uzyskując groźną minę. Gregorius zauważył trafnie, że chociaż towarzysz uśmiechał się raz na przysłowiowy ruski rok, to kiedy to już się działo… no, powiedzmy enigmatycznie, że robiło wrażenie.
- Mamusia nie nauczyła cię szacunku do starszych? Mów, dziecinko. Chcę się dowiedzieć, co tak cię zafascynowało w bagażach podróżnych. Bądź grzecznym chłopcem, dalej, przecież chyba nie myślisz, że zamierzam zrobić sobie rękawiczki z twojej skóry lub breloczek z wątroby?

Gdyby ktoś się mnie pytał, dzieciak wyglądał, jakby dokładnie to właśnie myślał. Garrett rozciągnął wargi w iście diabolicznym uśmiechu. Dziewczyna i rycerz przenosili wzrok to na jednego, to na drugiego, nie mogąc się zdecydować, z której strony jest ciekawszy widok. – Garrett, nie gniewaj się, ale co jak co, nie masz specjalnego podejścia do dzieci… - mruknęła słabo Melissa.
– Wiesz co, to jest szczyt. Płacimy za te nędzne klitki jak za zboże, na zewnątrz leje, jestem skazany na Dotesa, jakiś smarkacz grzebie mi w rzeczach… Każdy straciłby już cierpliwość – burknął z wściekłym spojrzeniem wymierzonym w delikwenta. Rycerz tymczasem zbliżył się do chłopca i próbował obejrzeć, co też takiego maluch trzymał w nie pierwszej czystości piąstce. – A co to jest…? – spytał ostrożnie. Wzrok Garretta zjechał od butnej buzi małego winowajcy do jego ręki. Zatrząsł się, gdy zobaczył jej zawartość. – Cholera! Moje… mój… Gadaj, skądżeś to wytrzasnął?! – zawył. Dzieciak z bezczelną miną podniósł wymięty notesik.
- To? Z tego dużego worka ze skóry – wyjaśnił.
- Z kołczanu? – zdziwił się Gregorius.
- Ten maluch dobrał się do…? – jęknęła Melissa. Mały grzesznik wykrzywił się bezwstydnie. – Jesteś poetą? – rzucił do trupiobladego człowieka, który nadal trzymał go za ubranie.
- Umiesz czytać?!
- Nie.
- No właśnie.

* * *

- Jak się nazywasz? – Gregorius wypróbowywał na chłopczyku swoje umiejętności pedagogiczne. Garrett wyglądał na stan przedzawałowy. Siedział w kucki na górnej części łóżka w pokoju dzielonym z Morleyem, upodobniwszy się do czarnego kruka. Melissa dokładnie zamknęła drzwi, by mały winowajca najpierw grzecznie wyjaśnił całą sprawę. Możliwe szybko, zanim Garrett coś mu zrobi. – Anthony. Anthony Wonnsky-Crann – burknął obrażonym tonem. Melissa i rycerz wymienili spojrzenia. – Chyba nie krewniak karczmarza – szepnęła dziewczyna.
- No i czemu zakradłeś się do naszych pakunków? Byłeś głodny, malutki? – zatroskał się Gregorius. Anthony przewrócił oczami. – Oczywiście, że nie. Skończyłem jeść podwieczorek i mi się nudziło. Od kiedy Lee umarła, często tak mam. Więc zacząłem się wałęsać po domu. Udało mi się dobrać do ciasta wiśniowego, które piekły Betsy i Gwen, kiedy goniły naszą Banshee, to jest mój kot, bo zwędziła połeć słoniny. Potem na chwilę wyszedłem na ulicę i strzelałem pestkami z ciasta w chłopów budujących wały, ale zaczęło za bardzo padać i nie chciały daleko lecieć. Trzeba chować się daleko, żeby nie mogli rozróżnić, kto pluje – powiedział z dumną miną Gregoriusowi, który kolorem zaczął przypominać Garretta. Tyle zepsucia w jednym ośmiolatku… Rycerz nie umiał sobie tego pomieścić w głowie. – A jak zaczęło padać, to pokręciłem się po domu. Chciałem zobaczyć, co robi ten kupiec, o którym ojciec ciągle gada i mu nadskakuje, ale było drzwi zamknięte. Wiecie, te drzwi są grube i nie dało się podsłuchać, co się tam dzieje. Wszystko tłumią. Ale ten schowek na miotły, który ostatnio ojciec wynajął, był otwarty.

Towarzystwo stwierdziło zgodnie, że bagaże najbezpieczniejsze będą pod czułą opieką grolli. Ale przecież niedawno trojaczki udały się z Morleyem na libację sokiem porzeczkowym. Jak widać, ośmioletnia latorośl karczmarza uznała podobnie.

- Ale jak mogłeś grzebać w czyichś rzeczach? Ten notes… To było prywatne! – wybuchnął rycerz. Anthony poskrobał się po głowie, co bardziej było słychać niż widać w czuprynie. – No i co? To dlatego było ciekawe.
- Ale… tak nie wolno.
- Czemu nie?
- Bo… tak się nie robi…
- Greg, daj spokój. Widzisz, że do pędraka nie dociera – warknął Garrett. – Uszy puchną – dodał zbolałym tonem. – Mały, spadaj w te pędy, bo jeśli jeszcze raz się na ciebie natknę… Wypad! – winowajca zerwał się i wyleciał przez drzwi. Złodziej oparł się o framugę. – Ale czemu nie ukarałeś go? Będzie miał skrzywioną osobowość – zaprotestował rycerz.
– Greg, pomyśl chwilę. Ludzi pewnego pokroju nie uleczysz. Co chcesz jeszcze robić?
- Powiedzieć jego ojcu, żeby zajął się jego dyscypliną – odparł żałośnie.
- I co? Zastanów się. Widziałeś dobrze, że korupcja to drugie imię tej wiochy. Dobra, właściwie trzecie, po „paskudna”. Jeśli polecisz – całkowicie słusznie – poprawiać zdemoralizowane społeczeństwo Carnfae, osiągniesz tyle, że w najlepszym wypadku wylecimy. Spójrz na to z boku – tłumaczył. – Ten smarkacz z pewnością pofrunie się poskarżyć, bo będzie zagrożony słuszną karą, więc musi odciągnąć uwagę od siebie, a wtedy nocujesz pod mostem.
- To co robimy? – Gregorius pociągnął nosem. Wtrąciła się Melissa. – Pakujemy się. Jest już ciemno, idziemy w te góry, a kiedy wrócimy, bierzemy bagaże i wynosimy się stąd.

* * *

- CZEGO CHCECIE? BYŁEM NA BALU.
- Ehmm… Witaj, Mroczny Jeźdźcze?
- CHYBA JEŹDŹCU. POWINNO BYĆ JEŹDŹCU.
- Mniejsza z tym. Wezwaliśmy cię tu z mrocznych głębi, byś ujawnił nam to, co ukryte, ukazał to, co schowane…
- GDYBY BYŁO NA WIERZCHU, NAWET PAN, NADREKTORZE, W KOŃCU BY NA TO WPADŁ. DO RZECZY, PROSZĘ. ŚPIESZY MI SIĘ.
- A tak. W każdym razie jesteś teraz na nasze rozkazy, jasne?
- MOGĘ PROSIĆ O DOKŁADNE WYTŁUMACZENIE TEGO FAKTU?
- To jest rytuał Ashk-Ente, więc odpowiadasz na nasze pytania i w ogóle. Co, nie zrobisz teraz żadnej krzywdy śmiertelnikom!
- NIE MIAŁEM TEGO W PLANACH, ALE SKORO JESTEM NA WASZE ROZKAZY…
- Nie zrobi tego, nadrektorze. To Ashk-Ente, całkowicie bezpieczne. Robimy tak od lat.
- A CHCESZ SIĘ PRZEKONAĆ, DZIEKANIE…?
- Eee, niekoniecznie. Bo nam tylko chodzi o księgę.
- PROSZĘ JAŚNIEJ.
- Chodzi o ten dokument.
- Uuk.
- III…?
- Chcielibyśmy się dowiedzieć, skąd pochodzi.
- I PO TO MNIE ŚCIĄGALIŚCIE…?
- Nooo… Tak.
- A WIĘC TO PRAWDA.
- Co?
- TO, CO O WAS MÓWIĄ. ŻEGNAM.
- Ale…

Do komnaty wpadł Myślak. – Już wiem, nadrektorze! – wrzeszczał uradowany. – Gdyby użyć rezonatora morficznego, moglibyśmy ustalić pochodzenie książki!

Ridcully zamrugał. To nie poszło tak, jak miało… Nawet stare, poczciwe Ashk-Ente szwankuje… Do czego na tym świecie już doszło. - Eee, no, dobrze. Rób, co chcesz.
- Ale po co ci ta maszyna? – podejrzliwie zapytał dziekan. Myślak obrócił się w jego kierunku. – To proste. Rezonator rozpoznaje pole morficzne danej osoby poprzez aurę pozostawioną na jakimś przedmiocie osobistym. Jeśli włożymy do niego książkę, przy odrobinie szczęścia pokaże nam miejsce, w którym obecnie przebywa jej autor. Czyż to nie fascynujące?!
- Ach, tak. Zróbcie to sobie – rzucił lekko oszołomiony Ridcully. – Czas na podwieczorek.

* * *

Towarzystwo w molowych humorach od pół godziny dreptało po zboczu góry wznoszącej się nad brzegiem rzeki. Według ustaleń, to gdzieś tutaj miały urywać się ślady tajemniczych istot. Deszcz przestał padać, a błoto w miarę przyschło, jednak wokół unosiła się nadal głęboka mgła. Ginęło w niej wszystko – drzewa, skały, nawet ścieżka, którą u podnóża wzniesienia wydeptali wieśniacy codziennie przechodzący tu przez bród. Garrett dość długo czekał na choćby minimalną zmianę pogody, jednak w końcu grupa zgodnie zdecydowała, że czekanie nie ma sensu. Z niejakim ociąganiem wytoczyli się z „Zielonego jabłuszka” w ciemną noc. Morley, gapiąc się jedno z okien pobliskiego domu (wychodząc na poszukiwanie Lema, Dotes zauważył w nim przelotnie właścicielkę jasnobrązowego warkocza, jednak towarzyszący mu rycerz nie dał mu czasu na przeanalizowanie tego faktu), dotkliwie uderzył się w stopę, co rychło dał do zrozumienia reszcie załogi. Garrett serdecznie poradził mu, żeby się zamknął. Gdyby ktoś wpadł wtedy na nienormalny pomysł wyjścia na zewnątrz o tej nieokreślnej godzinie czwartej nad ranem, kiedy każda istota rozumna modli się, żeby już była piąta, ujrzałby dość intrygujący pochód, coś jakby czarna procesja, przy czym bez sterczących kapelusików i świec. Z przodu szły trzy zakapturzone postaci w czarnych pelerynach, za nimi podążały trzy kolejne… osoby o dość poważnych rozmiarach, a pochód zamykał kuśtykający czarny elf w podobnym stroju.

Góry wokół Scarborough tworzą wysoki, potężny i niewątpliwie nie należący do najbezpieczniejszych łańcuch. Okalają one dolinę rzeki Setod wraz z wysepką i znajdującą się na niej wioską ścisłym kołnierzem porośniętym przeważnie iglastymi lasami. Miejscami wyrastają jesiony karentyńskie i kasztanowce karentyńskie, tamtejsze endemity. W zboczach powstało wiele jaskiń, rozpadlin i nisz, które stanowiły doskonałą kryjówkę dla istot, których nikt nie chciałby zobaczyć nad ranem w nogach łóżka. W poszukiwaniu właśnie takich kryjówek grupa kluczyła po lesie. Strome zbocze obficie podlane ulewą rozmiękło, co powodowało osuwanie się terenu. Z ziemi wysuwały się niczym drapieżne ręce zdradliwe korzenie, a kamienie poczynały toczyć się, gdy tylko dotknęła je stopa. Z tego powodu raz po raz potykali się, przewracali i osuwali niżej. Elf zmełł w ustach wyjątkowo obraźliwe przekleństwo, gdy duży otoczak wysunął mu się spod wystawionego korzenia prosto na stopę. – Kuzynek się był wściekł – zauważył trzeźwo Doris. Grolle były najcięższe z całego towarzystwa, więc ich ciężar stanowił duże obciążenie dla gruntu. Pod ich nogami szczególnie szybko osypywało się podłoże. Trojaczki właśnie podciągnęły się z gliniastego brzegu na skalną półkę. – Ile czekać? – zrzędził Dotes. Garrett posłał mu nieprzychylne spojrzenie. Gregorius kopnął jakiś kamyczek ze ścieżki Melissy. Przed nimi rozciągał się imponujący widok: w dole leżało koryto rzeki Setod wraz z przyklejoną do wysepki wioską, ze wszystkich stron wyrastały ściany gór porośnięte gęsto drzewami. Za plecami grupa miała zwartą ścianę lasu ciemno odcinającą się od szarej skały. Nie dało się nic zobaczyć poprzez skupione konary. – Co robimy? – spytał bezradnie Morley. – Tędy nie przejdziemy, to pewne – analizował rycerz. – Tu jest lita skała, a my nie mamy sprzętu wspinaczkowego.
- Nieprawda, mamy. Niestety… Tutaj nawet to by nie pomogło – oceniła trzeźwo Melissa. Kucnęła na ściółce, by obejrzeć skałę pod spodem igliwia. Garrett stał z rękami na biodrach. Dotes spytał go: - A może łaskawie ruszysz się i coś zrobisz?
- Siedź cicho. Myślę.

Rycerz spoglądał z wątpliwością wypisaną na twarzy w dół. Dotarli tak wysoko, a nie mogli niczego znaleźć. Jakby tajemnicze istoty zapadły się pod ziemię. Nagle, poczuł dziwny dreszcz w kręgosłupie, jakby ktoś przyłożył mu do pleców równocześnie gorący i lodowaty pręt. Strażniczkę najwyraźniej dotknęło to samo, gdyż zadrżała i wydała jednocześnie z rycerzem głębokie westchnienie, wydobywające się jak gdyby z głębi. W tej samej chwili, Garrett błyskawicznie odwrócił się. Jego zielone oczy jarzyły się niezwykłym blaskiem. – Tędy! – rzucił głuchym głosem, niesamowicie szybkim pędem kierując w ścianie lasu. Melissa kwiknęła cicho. Trojaczki nie rozumiały, co się dzieje, a Gregorius nie potrafił się odezwać. – Ale… - wyjąkał Morley, gapiąc się na lekko jeszcze poruszone sosnowe gałązki. Tymczasem Garrett bez wyjaśnień już zniknął w zaroślach. Towarzystwo po prostu pobiegło za nim. Złodziej wyglądał jak pies spuszczony ze smyczy. Gregoriusowi bardzo się to nie podobało, tym bardziej, że Strażniczka ruszyła za nim, nie udzielając najmniejszego komentarza. Zachował się więc jak rasowy przyjaciel: podążył za nimi…

* * *

Garrett w milczeniu sadził iście jelenie susy. Jakimś cudem ani razu się nie poślizgnął ani nie zwolnił tempa. Wytworzony pęd powietrza rozwiewiał wszystkim włosy. Naokoło migały ciemne sylwetki drzew. Przed oczami Gregoriusa pojawiły się błękitne plamy. Zastanawiał się, jak Złodziej może tak szybko pędzić z wszystkimi zabaweczkami. – Szybko, bo go zgubimy! – ryknął Garrett. – Co?! – wydarł się Morley. W odpowiedzi otrzymał zwięzłe: – Rusz się!

Nagle rycerzowi wydało się, że w oddali zobaczył kawałek jakiejś postaci. Nie potrafiłby jednak powiedzieć, czy była z grubsza humanoidalna czy też bardziej zwierzęca. Teraz pojął cel szaleńczego biegu Złodzieja: wyczuł coś, czego nie potrafił zobaczyć Dotes ani trojaczki, ale Strażniczka i najwyraźniej jakimś cudem rycerz też to rozpoznawali. Po chwili Złodziej wyłamał się z szyku i wskoczył na bok. Rycerz dostrzegł jeszcze, jak Melissa odskakuje za nim, gdy sam skręcił za przyjaciółmi. W samą porę: jeszcze kilka kroków dalej otwierała się głęboka przepaść. Od drugiego zbocza dzieliło ich jakieś kilkaset metrów. Dystans nie do przeskoczenia. Szybkim ruchem dał do zrozumienia elfowi i grollom kierunek. Po jakimś czasie dokładnie przed nimi otwarła się się ściana skalna. Nie, nie był to jednolity kamień: między drzewami czerniał dobrze zamaskowany otwór nieco większy niż stojące obok siebie trzy grolle. Garrett stał z przymkniętymi oczami, głęboko wciągając powietrze. – To tu – stwierdził.
- Co, tu, panie Garrett? – zapytał Dojango.
- Tu: dziura – wyjaśnił Marsha. Trudno było się z tym tokiem myślenia nie zgodzić. – I co robimy? – powiedział Dotes.
- Jak to co? Musimy tam iść. To jedyny ślad – wypalił Gregorius. Morley obrzucił go pytającym spojrzeniem.
- Greg ma rację. Nie ma wyboru, zaszliśmy już tak daleko – poparła rycerza Strażniczka. – Ale czy to mógł być…?
- Nie ma wątpliwości – odparł Złodziej.
- Ale…
- Powiedziałem, nic innego nie wchodzi w grę.
- Ale to bez sensu!
- Tak się składa, że dobrze wiem, że ty wiesz, że to możliwe. Czego niby cię uczyli…? – powiedział zgryźliwie, zawieszając głos. Dziewczyna przewróciła oczami. - „To, co zwiemy normalnością, to tylko krąg światła wokół ogniska”… - wyszeptała. Garrett teatralnie zaklaskał. – Widzę, że zadanie domowe zostało odrobione – prychnął. – Dobra. Ruszcie się wreszcie.
- A co, jeśli masz rację?!
- Postaraj się o barierę. I lepiej, żeby była dobra.

Melissa skrzyżowała ręce na klatce piersiowej. Gregorius i reszta w najmniejszym stopniu nie zrozumieli tej krótkiej wymiany zdań. Byli jednak pewni, że chodzi tu o coś ważnego. Garrett ściągnął na ziemię plecak, po czym podał rycerzowi obiecany miecz. Gregorius zobaczył swój prezent po raz pierwszy i był oniemiały. Nie był to krótki mieczyk od Strażników ani sztylet z Akademii. Długie, perłowe ostrze o trójkątnej budowie, lekko ścięte na końcu, osadzone było w jasnozłocistej, prawie jaśminowego koloru rękojeści. Na klindze ledwie dostrzegalnie połyskiwała jakby wyrzeźbiona sylwetka jednorożca. Na rękojeści znajdowała się niewielkich rozmiarów kulka służąca do wyrównania ciężaru, a w miejscu łączenia z klingą widać było wypukły błękitnawy kamień. Gwordy naprawdę są przedmiotami magicznymi.

Garrett bez słowa obserwował rycerza. Ten zapytał: - To naprawdę dla mnie…?
- Nie, dla krasnoludków. Przyda im się – odezwał się ironicznie. – Chcę zobaczyć, czy ci pasuje. Spróbuj ściąć ten uschnięty pień.

Oczy Gregoriusa rozszerzyły się ze zdumienia. – Ten…? – wyjąkał, wskazując na wielkie obumarłe drzewo. Jego pnia nie było w stanie objąć nawet czterech mężczyzn. – Tak.
Chłopak niepewnie poruszył się w kierunku celu, ważąc w dłoni nową broń. Zamierzył się, oczekując oporu, lecz miecz wszedł jak w masło. I utknął.
- Kamień. Kamień! – rzucił Garrett. Gregorius obejrzał się bezradnie. – Naciśnij go!
Rycerz zrobił posłusznie, co mu kazano. W środku drzewa coś chrupnęło, po czym chłopak mógł już bez przeszkód wyswobodzić prezent. Jakież było jego zdumienie, kiedy okazało się, że miecz… „rozpadł” się na trzy części! Garrett i Melissa wydawali się być niewzruszeni tym widokiem, lecz chłopcu zebrało się na łzy. Garrett pospieszył z wyjaśnieniami. – Nie obraź się, ale gword to typowo kobieca broń. Nie siłą pracujesz, tylko czystą skondensowaną złośliwością. Popatrz – to mówiąc, wyjął miecz z jego ręki, przycisnął wypukły kształt – ostrze złożyło się z powrotem… Następnie cofnął ramię do tyłu, wykonał „korkociąg”, po czym, kierując ostrze w kierunku drzewa, nacisnął kamień. Miecz rozchylił się jak płatki kwiatu, a spróchniałe drewno wyglądało jak poszatkowane. Co trzy ostrza to nie jedno, a rozkładając się już w drzewie rozpłatało je od środka. Morley zdębiał. Zapewne już zastanawiał się, gdzie można kupić takie cacko. – I po bólu – mruknął Złodziej, oddając gword właścicielowi. – Tylko uważaj.
- Ale… wam też jest potrzebny… - szepnął tamten.
- My mamy – Melissa przypinała sobie tymczasem wydobytą z plecaka pochwę na biodrze. Po chwili wylądował w niej jej gword. Następnie podała trojaczkom ich pałasze. Gregorius nie widział właściwie różnicy między ich nową bronią a symetrycznymi maczetami do wyrąbywania sobie drogi w dżungli, ale pogodny z natury, nie zamierzał się kłócić. – Tobie bałbym się to dawać – mruknął Garrett, wręczając Morleyowi gword. Ten wybałuszył oczy. – …Ale nie mam na to wpływu – elf rozpromienił się i skwapliwie sięgnął po miecz. – Słuchajcie. Mam pewne podejrzenia… nieważne, jakie dokładnie, ale wymagam od was jednego: nie wyłazić przed orkiestrę. Tak, Morley, patrzę na ciebie. Nie próbować ratować nikogo ani odgrywać bohaterskich scen – Greg, widzę cię dobrze. Grolle, siedzimy z tyłu. I absolutnie… Macie być wszyscy cicho.
- Trochę dużo jak na to jedno życzenie – prychnął Morley. Garrett zignorował go. – Pójdę pierwszy. Zobaczę, co i jak, po czym was zawołam. Melissa, wiesz, co robić – dziewczyna nie wyglądała na przekonaną co do jego genialnego pomysłu, ale kiwnęła głową.
- Jeśli usłyszycie jakikolwiek dźwięk czy też nie będę dawał znaku życia przez jakieś piętnaście minut, po cichu wiejecie, jasne?
- Tak, panie Garrett – lojalnie rzekł kolega Dojango. Jego bracia zagruchali potakująco. Garrett bez słowa wsunął się w ziejący czernią otwór jaskini…

* * *

Gregorius, sunąc niemalże po omacku w ciemności, nie mógł się nadziwić zachowaniu Garretta. Sam uważał, że potrafi zachowywać się cicho, ale pod tym względem zdolności Złodzieja były nie do pobicia. Biedny rycerz stropił się, nie potrafiąc usłyszeć ani dostrzec znajomej sylwetki. Wobec tego przykrego faktu uznał, że najlepiej będzie trzymać się reszty. Pod warunkiem, że reszta oznaczała Melissę.

* * *

Garrett przez dłuższą chwilę kluczył naturalnym krętym korytarzem, w jaki zmieniała się tuż przy wejściu jaskinia. W głowie miał mętlik. Mało prawdopodobne… ryzykowne… Niekonwencjonalne. Nie odłączyliby się w taki sposób… zbyt słabi i uzależnieni od nich… posłuszni jedynie im i swoim odruchom… Ale fakty zdają się mówić same za siebie… daty się zgadzają… Nie… niemożliwe… A może jednak…? A teraz postanowił zrobić coś bardzo głupiego… Rzecz w tym, że jest w tym najlepszy…

Trudno powiedzieć, jak długo bezszelestnie kroczył w ciemnościach. Nie odważył się użyć flary – w takich miejscach nigdy nie wiadomo, co może się czaić. A jego podejrzenia stawiały cały system jaskiń w jeszcze gorszym – paradoksalnie – świetle… Na szczęście posiadał pewne, nazwijmy to, niecodzienne umiejętności, dzięki czemu widział w tych egipskich ciemnościach całkiem normalnie. - Jest dobrze, dopóki nie ma tu niczego gorszego ode mnie – mruknął do siebie. W tym samym momencie usłyszał szelest gdzieś na końcu korytarza. I nagle jakby porażenie prądem, przerażający, pulsujący ból promieniujący w głowie, jakby czaszka miała rozpaść się na dwoje. Cierpienie formujące się… w słowa. Tego szukał.

DALEJ
Logowanie
Nazwa Użytkownika

Hasło



Nie jesteś jeszcze naszym Użytkownikiem?
Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.

118002 Unikalnych wizyt

PHP-Fusion v6.01.6 © 2003-2005


Załóż : Własne Darmowe Forum | Własną Stronę Internetową | Zgłoś nadużycie