Wyszczekani.pl
Strona GłównaSobota, Listopad 18, 2017
Nawigacja
Strona Główna
Kawiarenka literacka
Biblioteki Strażników
Kącik tłumacza
Współpraca międzynarodowa
Tu odprawiamy Rytuał Ashk-Ente, czyli kontakt
Online
Gości Online: 1
Brak Użytkowników Online

Zarejestrowanch Uzytkowników: 35
Nieaktywowany Użytkownik: 632
Najnowszy Użytkownik: MichaelGat
CZĘŚĆ VI: Książka kucharska
Po dwóch godzinach marszu ciekawość rycerza została wreszcie zaspokojona. Stojąc na ostatnim wzgórzu, spoglądali w dół na rozległy, suchy step. Krajobraz rozciągający się przed nimi utrzymany był w tonacji szarawych brązów i beżu. Gregorius był zdziwiony: cały teren był jednolicie płaski, porośnięty żółtawymi, szczeciniastymi trawami. Nie było żadnych pagórków ani strumieni, nic, tylko monotonne morze źdźbeł traw i głazów narzutowych, przywleczonych tu przez prastary lodowiec. Nic dziwnego, że prawie nic tu nie rosło, wziąwszy pod uwagę piaszczysty i suchy charakter gleby. Jednak niedaleko wzgórza, z którego roztaczał się ten raczej męczący oko widok, ot, jakieś pięćset metrów na północny zachód, leżał mały cyrk polodowcowy. Na terenach dawniej znajdujących się w strefie ruchów lodowców przy kształtowaniu się powierzchni Eterei występowanie takiego niewielkiego zagłębienia terenu nie byłoby niczym dziwnym, jednak niski, rozpadający się murek z kamieni wygładzonych przez piasek i czas zdecydowanie nie należał do naturalnych elementów krajobrazu. Wiekowe ogrodzenie, znak ludzkiej potrzeby do posiadania czegokolwiek pod każdą szerokością geograficzną, obejmowało zagajnik złożony z suchych, rachitycznych sosen o powyginanych przez wiatr gałęziach. W centrum tego osobliwego ogródka znajdował się niski, wyraźnie chylący się do ziemi kamienny domek z dwoma niewielkimi oknami wychodzącymi na południe, dzięki czemu wędrowcy byli w stanie je zobaczyć. Drzwi nie było widać. Melissa stała z oczami utkwionymi w budynku, a Gregorius zaczął radośnie podskakiwać z ekscytacji. Grolle poprawiały rzemienie podtrzymujące bagaże na ich mocarnych barkach. – To tutaj jest ten motel? Nie robi specjalnego wrażenia, tamta wiocha miała przynajmniej niebrzydkie kelnerki – spytał nieco zawiedzionym głosem Dotes.
- Zgadza się. Znaczy, nie z twoją opinią o Scarborough, tylko to tutaj – przewracając oczami z irytacji odparła dziewczyna. Rycerz niecierpliwie pisnął: - To możemy już iść? Proszę… Nie mogę się wprost doczekać! Proszęproszęproszę!!!
- Czekajcie… - Garrett wykonał dziwny gest ręką. – Coś się tu nie zgadza.
- A co? – zagruchał Doris. Złodziej wskazał na domek. – Komin. Nie dymi, a przy takiej temperaturze w kamiennym budynku jest zimno jak w psiarni, albo i gorzej. A mieszkańcy tego przybytku do najodporniejszych nie należą.
- Co sugerujesz? – powątpiewająco mruknęła Melissa.
- Przekraść się tam po cichu i zobaczyć, czy wszystko jest w porządku. Proponuję, aby trojaczki poszły na końcu, osłaniają tyły. Przed nimi ruszy Greg i Melissa, jako że doskonale radzą sobie z mieczem i potrafią czasami utrzymać buzię na kłódkę, jeśli się ich ładnie poprosi. Morley ruszy kilkadziesiąt kroków za mną – widok tego, do czego potrafi wykorzystać łokcie i inne kończyny, zawsze odbiera chęć do czegokolwiek. Teraz może się to przydać. Ktoś ma coś przeciwko?
- My nie – zagrzmiał Marsha. Czarny elf prychnął: - Jesteś zazdrosny o wrodzony talent mojej rasy do sztuk walki, Garrett, przyznaj się. I nie wybrzydzaj.
- Nie wybrzydzam, tylko się zamknij.
- Hej, on znowu mnie obraża! A wiecie, co on je?!
- Kuzynku, w rzeczywistości twoje rewelacje są nie na miejscu i nikogo chyba nie interesują – chłodno wytknął mu Dojango. Melissa zdusiła śmiech. – Dobra robota, Dojango. Morley, Garrett, bądźcie tak mili i przestańcie się ciągle kłócić, bo zaraz zastanie nas noc i biwak tutaj może skończyć się naprawdę niedobrze.
- A czemu? – zainteresował się rycerz, wiecznie gotowy do zgłębiania tajników alchemii Wszechświata.
- Bo w nocy temperatura tutaj spada, sięgając nawet dziesięciu stopni Celsjusza, a spanie w namiocie na wychłodzonej ziemi nie może wyjść na zdrowie – poinformował go Złodziej.
- Ale mamy lato! – zaprotestował młodzieniec.
- Dlatego podaję ci letnie wartości. W zimie niczym dziwnym są temperatury kilkadziesiąt stopni poniżej zera. A teraz koniec gadania, zbierajcie się – odparował, po czym nie czekając, szybkim krokiem ruszył w dół pagórka, po chwili znikając za horyzontem.

* * *

Ześlizgnął się po zboczu, po czym szybko przemknął przez równinę dzielącą podnóże górki od ogrodzonego terenu, używając głazów narzutowych jako krótkotrwałych kryjówek. Po chwili dotarł do rozsypującego się murku i powoli ruszył wzdłuż niego, uważając na kroki. Taki otwarty teren był wyjątkowo nieprzyjemnym miejscem, widać było jak na dłoni. Mimochodem skrzywił się. Tak, Miasto ma wiele wad, ale na brak ciemnych zaułków nie można narzekać. Doskonała widoczność nie była jedynym problemem: suchy klimat i wiejące tutaj niemiłosiernie silne wiatry powodowały unoszenie się tumanów pyłu, które nie tylko gryzły w oczy, dekoncentrując, ale także utrudniały poruszanie się. Dodatkowo mogły zwrócić uwagę uważnego zwiadowcy, ponieważ w każdym wyższym miejscu zaczynały osiadać. W takiej okolicy każde stąpnięcie wzbija obłoczki kurzu, doskonale wskazując czyjąkolwiek obecność. Jakoś jednak udało mu się skoncentrować: by poruszać się niezauważenie i bezgłośnie, trzeba nie tylko być mistrzem utrzymywania równowagi na każdym podłożu, nawet tak niewdzięcznym jak piaszczysta gleba Dzikiego Pogranicza, nie chodzi tu też tylko o wykorzystywanie każdej formacji skalnej, w obrębie której natrafić można na miłosierny cień, nie jest to także kwestia odpowiedniego obuwia, choć to wydawałoby się rzeczą wyjątkowo istotną, ale przede wszystkim: umiejętność wczucia się w teren. Koncentracja to podstawa; trzeba poczuć się jednością z ziemią pod stopami, chłodnym kamieniem za plecami, źdźbłami w rękach. Garrett czuł chłostający go wiatr na plecach, wciągał w płuca suche, zimne powietrze, pełne zapachów wyschniętych traw, słyszał cichutkie osypywanie się piasku w miejscach, gdzie przed chwilą stąpał…

Po pewnym czasie dotarł do zagajnika. Tutaj było już prościej, rachityczne drzewa dawały względnie odpowiednią ochronę. No i nie wiało, ponieważ sosny działały jak ekrany tłumiące smagnięcia wiatru. Rozejrzał się wokoło. Cyrk polodowcowy, w którym leżał Ostatni Uczciwy Dom, stanowił coś w rodzaju lejka, w którego centrum wznosił się niski budynek z szarego kamienia. Jak już zostało powiedziane wcześniej, z punktu, w którym się teraz znajdował, nie był w stanie zobaczyć okien. Widać jakiś Strażnik miał dość rozumu, aby chociaż zamaskować chatkę, sadząc na dachu ościste, żółtawe trawy, które rosły tu wszędzie, twarde i szczeciniaste. Na stronie południowej ogródka, którą widzieli z pagórka, zbudowano też małą studnię o cembrowinie tak niskiej i oplecionej jakimś wytrzymałym na panujący tu klimat pnączem z drobnymi okrągłymi listkami, że przypominała oczko wodne. Pod ścianą stała kamienna ławeczka. Rosnące tam dwie sosny, najpotężniejsze w całym zagajniku, miały fantastycznie splecione ze sobą pnie. Wyglądało to tak, jakby postanowiły razem przeciwstawić się brutalnym wiatrom. Między nimi rósł krzak róży. Kwiaty były ciemne, w kolorze krzepnącej krwi, o dużych, mięsistych płatkach. Garrett zastanawiał się, jakim cudem wyrosły na tej jałowej ziemi. Z pewnością to jakiś Opiekun przywiózł sobie podrośniętą sadzonkę, by założyć w tym miejscu zapomnianym przez demony i ludzi przydomowy ogródek.

Prześlizgnął się wzdłuż ściany drzew do budynku. Przy ramie drzwi stała popękana gliniana donica. Same drzwi, wycięte z potężnego kamiennego bloku, leżały na ścieżce, wyrwane z zawiasów, tarasując wejście. Tuż przy progu bystre oczy Złodzieja nadal były w stanie dostrzec ledwo zauważalne już, zatarte przez wiejące tu wiatry, ślady dużych męskich stóp. Musiało stać się coś niedobrego.

Powoli wsunął się do wnętrza. W domku na poziomie powierzchniowym mieściły się cztery pokoje, w tym kuchnia, łazienka i sypialnia. Rolę swego rodzaju piątego elementu w tym wnętrzu spełniał położony między nimi korytarz, w którym większość miejsca zajmowały półki z książkami, wąski stół i ława. Od razu widać było, że rozegrała się tu krótka, lecz brutalna walka. Ciemne ściany były skropione rdzawoczerwoną cieczą, której zapachu nie da się pomylić z czymkolwiek innym. Całą podłogę zasnuwały książki, duże i małe tomy oprawne w ciemne okładki. Kilka półek ostatkiem sił trzymało się na zawiasach, dwie inne przedstawiały obecnie obraz nędzy i rozpaczy, istną mozaikę metalu i drewna. Przy nodze stołu leżał rozbity kałamarz i połamane pióra. Wokół mebla walały się pomięte kartki. Częściowo zapisane, stanowiły początek dzieł, które już nigdy nie miały zostać napisane ani przeczytane przez kogokolwiek. Ława przewróciła się, jakby ktoś przebiegając obok, potrącił ją. Przywierając do ścian, przemknął przez zrujnowany korytarz i kierując się na prawo od wejścia, ruszył do kuchni. Tu wszystko wskazywało na to, że walka przeniosła się tu z korytarza. W stojącym naprzeciwko drzwi palenisku od dłuższego czasu nie płonął ogień. Stojący pod prawą ścianą stół najlepsze lata zdecydowanie miał już za sobą, jednak i tak trzymał się lepiej niż cztery dostawione do niego krzesła, które przewrócone, leżały na podłodze. Na jego wytartym blacie leżał na boku dzbanek, którego ciemna zawartość zdążyła już dosyć dawno rozlać się po podłodze i wyschnąć. Obok paleniska stał duży, kamienny zlew obstawiony dwoma stosikami glinianych talerzy i misek. Nad nim wisiała drewniana półka z kubkami i czajnikiem oraz kilkoma słoiczkami z bliżej nieokreśloną zawartością. Koło zlewu na podłodze leżała rozbita gliniana salaterka. U pułapu zwisały z kilku drążków warkocze suszonych grzybów, czosnku i cebuli, sakiewki z przyprawami i pęczki ziół. Byłoby tu przytulnie, gdyby nie unosząca się w powietrzu atmosfera zagrożenia… Wmurowana w ścianę maleńka spiżarnia z kamienia znajdowała się tuż obok drzwi do kolejnego pokoju. Garrett skrzywił się z niesmakiem. Nawet na takim pustkowiu mają czas bawić się w budowanie labiryntów i murów. Ominął resztki glinianej zastawy spoczywające na kamiennej posadzce i powoli wkroczył do pokoju.

Wnętrze było całkowicie ciemne, nie paliło się żadne światło. Brak okien skutecznie uniemożliwiał dostrzeżenie czegokolwiek przez przeciętnego obywatela. Ale jedynie tego przeciętnego… Garrett tylko częściowo po omacku poruszał się do przodu, próbując zlokalizować ewentualne przeszkody. W pewnym momencie potknął się o coś twardego i zimnego, jakby wykonanego z metalu. Pomyślawszy kilka niepochlebnych myśli o mieszkańcach budynku rozrzucających po pokojach żelastwo, wydobył z kieszeni niewielką flarę. Nie była to zwykła zabawka Mechanistów, której mechanizm polegał na skomplikowanej reakcji chemicznej, której efektem był limonkowego koloru blask. To maleństwo miało dużo bardziej poręczne rozmiary, dłuższy okres przydatności i wielkie udogodnienie – reagowało nie na potrząsanie, lecz na substancję znajdującą się w odkręcanej komorze u szczytu flary. Z tego właśnie względu urządzenie dało się zgasić i włączyć ponownie. Substancja ta miała interesującą właściwość – ze względu na różnice w gęstości obu substratów, zawsze ustawiała się na dole. Aby wyłączyć światło, wystarczyło obrócić przedmiot o sto osiemdziesiąt stopni i zakręcić mechanizm przymykający komorę. Odcięcie dostępu do tejże kończyło reakcję powrotem do stanu pierwotnego. Było to więc urządzenie z wszech miar użyteczne. Nic dziwnego, że szybko zainteresowały się nim różne intrygujące… osobistości.

Limonkowy płomień rozbłysł w ciemności pomieszczenia. Drżące blaski poczęły pełgać po kamiennych ścianach, dając akurat tyle światła, by jedynie pogłębić mrok, wydobywając z niego całą jego wielopłaszczyznowość. Garrett przesunął się w prawego kąta pokoju, by oświetlić go jak najdokładniej. Powoli, niczym mityczne poczwary, powoli z ciemności wyłaniały się kolejne sprzęty: niski stolik naprzeciwko, obok niego dwa stołki, wysoki sosnowy regał na lewej ścianie, okuta drewniana skrzynia, duże małżeńskie łóżko piętrowe, wytarty dywan na posadzce… Opuścił dłoń, by poświecić sobie pod nogi. W tym momencie zobaczył kształt, na którego widok oniemiał…

* * *

- I co? Spotkałeś ich? – dopytywała się Melissa. Gregorius trafnie zauważył, że Garrett wygląda na cokolwiek wstrząśniętego. Naprawdę rzadko dało się zobaczyć go w podobnym stanie. Wydawało się, iż od momentu wybrania się na zwiad wyraźnie się postarzał. Odwracając oczy, odparł: - To znaczy… W pewnym sensie… Ech, powinnaś sama to zobaczyć.

Dziewczyna zmierzyła go długim, badawczym spojrzeniem, pod którym skulił się mimowolnie. – O co chodzi? Coś ty tam zauważył? Są bezpieczni?
- Wiesz, wydaje mi się, że teraz już nic im nie zagraża… chyba że rob-… nie, nic. Nic nie mówię.
- Co się dzieje? – Gregorius włączył się do dyskusji. Melissa obrzuciła Złodzieja podejrzliwym spojrzeniem. – Próbujemy się dogadać w kwestii zwiadu, ale wystąpiły jakieś komplikacje. Wiele bym dała, aby dowiedzieć się w miarę płynnie, jakie.
Morley sterczał z założonymi rękami. – Słuchajcie, robi się zimno. Mnie już jest obojętnie, czy Garrett zobaczył tam ducha czy nie, ale mam ochotę na zieloną herbatę, jasne? Chyba mają tam czajnik?
- Tak – bąknął Złodziej. Nie miał zbyt przekonywującej miny, co w swej spostrzegawczości rycerz skrzętnie zarejestrował. Strażniczka z pewną irytacją wypuściła z siebie powietrze. – To idziemy.

Raźno ruszyła w dół wzgórza. Rycerz chciał za nią podążyć, lecz Garrett zmarszczył czoło. – To nie najlepszy pomysł… Może nie teraz? Zmierzcha, zanocujemy tutaj i udamy się tam… eee… jutro? – zawiesił głos, tak, że wyglądało to bardziej na pytanie niż stwierdzenie. Melissa zatrzymała się. – Zwariowałeś? Kto miał te rewelacje, jak tu się robi zimno? Nie marudź, to tylko kawałek. A potem znajdzie się jakieś jedzenie i miejsce do spania, będzie dobrze – to mówiąc, przyspieszyła kroku. Gregorius, grolle i elf ruszyli za nią. – Zaczekaj! - Złodziej przebiegł do przodu i wyraźnie starał się zatrzymać ekipę. – Nalegam. Co nagle, to po diable, prawda?
- Co cię napadło? – zręcznie ominęła go. Wsunęła swoje drobne, smukłe ręce do kieszeni wąskich, łacherskich spodni z ciemnoszarego materiału. – Może cię to zdziwi, ale jestem zmęczona. I sądzę, że inni także.
- W rzeczywistości, to święta prawda – odezwał się Dojango.
Spróbował chwycić ją za rękę. – Nawet się nie pilnujesz! Ktoś może cię zobaczyć, tu jesteś widoczna jak na dłoni! Wiesz, jakie typki się tu kręcą?!
Znowu się obróciła. W ten dziwaczny, przypominający harcerskie podchody sposób grupa dotarła aż do murku. Dziewczyna, zajęta oganianiem się przed Złodziejem, kopnęła chwiejącą się furtkę. Morley podskoczył, by przytrzymać drzwiczki, ale rycerz był szybszy. Rzuciła mu krótki, promienny uśmiech, po czy odwróciła się do Garretta: - Wiesz, tak się czuję, że niewiele mnie to obchodzi. Zresztą w domu będziemy bezpieczni – spojrzała na niego, na jego zaniepokojoną twarz i nagle zmieniła wyraz swojej. Przystanęła, po czym spytała: - Ty coś ukrywasz. O co chodzi? – nie czekając na odpowiedź, pobiegła do drzwi i zatrzymała się nad nimi, nadal bezwładnie leżącymi na schodkach. Szybko rozejrzała się w przedpokoju i coraz bardziej zaniepokojona, ruszyła dalej. – Melissa, nie rób tego! – dobiegł ją krzyk Złodzieja. Przyspieszyła.
– Nie!!!...
Przeskoczyła przez nadal walające się po podłodze krzesła. Przekroczywszy kuchnię, wkroczyła do sypialni i… zamarła.

- Nie, o nie, nie… - wymamrotała.

Na posadzce leżały dwa ciała, mężczyzny i kobiety, całych we krwi. Oboje w typowych nocnych szatach Strażników, z grymasami bólu i przerażenia zastygłymi na stężałych twarzach. Blondyn wyglądał, jakby starał się zasłonić kobietę przed nieznanym napastnikiem. Spojrzenie pustych już, brązowych oczu wycelowane było oskarżycielsko w drzwi. Ręka spoczywała na rękojeści miecza wbitego w klatkę piersiową. Błękitne oczy jego rudowłosej towarzyszki skierowane były w tą samą stronę. Krew zbroczyła także pościel i koce, bezwładnie spływające po łożu, które najwyraźniej zostało w nadzwyczajnym pośpiechu opuszczone. Wyglądało, jakby zostali zaskoczeni podczas snu, a potem zakłuci na śmierć.

- Nie, niemożliwe… - mamrotała jak mantrę, próbując wyczuć puls. Było to działanie zupełnie irracjonalne, gdyż po cerze, oczach, krwi i ogólnym rozgardiaszu widać było, że od zgonu minęło parę dni.
- To nie ma sensu. Nie żyją dawno, tak ich znalazłem – usłyszała przyciszony głos Garretta. Obróciła się. Obok niego stał zaskoczony rycerz, za drzwiami słychać było Morleya i trojaczki. – Co z ciebie za koroner? Skąd możesz wiedzieć? Czemu mi nie powiedziałeś?! – wybuchnęła. Gregorius spostrzegł, że w oczach przyjaciółki zamigotały łzy. – Nie martw się, ich nic już… nie boli – szepnął, przykucając obok niej.
- Co to za bajzel…? – Morley wkroczył do pokoju, po czym zastygł wpół słowa. – Co…? Kto to jest? – wydukał. – Nic wam się nie stało?

Melissa nie odpowiedziała, Gregorius objął ją delikatnie, równocześnie dając do zrozumienia, żeby elf zamilkł. Złodziej stał pośrodku z ustami lekko rozchylonymi, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie wiedział dokładnie, co; rzucił rycerzowi błagalne spojrzenie, żeby coś zrobił. – Ktoś ich zadźgał białą bronią, chyba w środku nocy. Świadczą o nich głębokie rany w klatce piersiowej. Nie mieli szans. To nie twoja wina.
- Jak to nie?! Trzeba było ruszać się szybciej! – jęknęła. Przewrócił oczami.
- Nie mielibyśmy szans, widziałaś, ile było tych śladów? Napastników musiało być kilkudziesięciu, nie możesz brać odpowiedzialności za cały świat! – wypalił. Skonfundowani elf i trojaczki nie odzywali się. Po ich minach widać było, że chcą zapaść się pod ziemię.
- To co mam zrobić?! – głos jej zadrżał. Rycerz wstał i delikatnie, lecz stanowczo podniósł ją z klęczek. – Najlepsze, co można i trzeba robić, to żyć – powiedział cicho. Następnie zanim zdążyli cokolwiek zrobić, łagodnie zamknął martwym oczy. Nikt nie był przygotowany na taki gest. W tej scenie było coś niezmiernie osobistego, co powodowało, że czułeś się intruzem. Otwarła szeroko oczy. – Skąd wiesz?...
- Moi rodzice – odparł krótko. – Wypadek podczas jazdy konnej w lesie. Miałem sześć lat.
- Nie wiedziałam… - wyszeptała. – Przepraszam…
- Dlaczego przepraszasz? – rycerz wpatrywał się w twarz dziewczyny intensywnie. – Babcia powiedziała mi, że to nie koniec. Tylko przejściowy okres, jak urlop zdrowotny – odezwał się głosem zadziwiająco pewnym. - I ja jej wierzę.

* * *

Strażniczka uspokoiła się. – Nie możemy tego tak zostawić. Musimy ich pochować – powiedziała głosem pełnym smutnej rezygnacji.

Nikt nie protestował.

Zaczęłą wydawać polecenia. – Trojaczki, proszę, przynieście wody ze studni. W kuchni powinny gdzieś być cztery wiadra, jest także dzbanek. Trzeba zmyć tą krew. Morley, potrzebne jest płótno. W tej komodzie znajdziesz jakieś zapasowe prześcieradła, weź te najmocniejsze.

Garrett bez słowa podszedł i stanowczo odsunął ją od ciał. – Zajmij się nią – mruknął na granicy słyszalności do rycerza. Powoli, z obrzydliwym chrzęstem naruszanych tkanek wewnętrznych, wydobył miecz z ciała mężczyzny. Następnie jak szmacianą lalkę obrócił kobietę na plecy i wyciągnął z nich paskudny sztylet. Spojrzał na broń. Z pewnością nie byli to zawodowcy: gołym okiem widać było tani stop i kiepskie wykonanie. Tak jak przypuszczał, to musieli być ci dezerterzy, których bandy wałęsały się po Dzikim Pograniczu, wyrzynając okazjonalnych wędrowców i ograbiając przybyszów. To tłumaczyłoby obraz nędzy i rozpaczy, jaki przedstawiało mieszkanie. Ewidentnie grzebali w szufladach, ale nie znaleźli nic – w ich mniemaniu – wartościowego. Przez chwilę po jego głowie tłukła się myśl, że przecież dokładnie przed nosem mieli największy skarb: wszystkie te księgi przedstawiały mądrość pokoleń, ich emocje i problemy. Słowa mają moc… Księgi trzeba szanować. Wszyscy czujemy to w kościach. Leży to w naturze wszechświata.

Otrząsnął się z mimowolnym westchnieniem. W pokoju obok słychać było tupanie grolli. Po chwili pojawił się Dojango z braćmi taszczącymi wiadra i dzbanek z wodą. Czarny elf wygrzebywał z szuflady dwa pożółkłe już nieco prześcieradła, które miały być użyte w charakterze całunu. – Greg, pamiętaj, o co cię prosiłem. Morley, chodź na zewnątrz.
- Dlaczego?
- Zgadnij. I weź łopatę.

* * *

- Tego nie było w moich urlopowych planach!
- Zamknij się i kop!

Złodziej i Dotes sterczeli pod południową ścianą domku koło splecionych razem sosen. Obaj dzierżyli narzędzia używane powszechnie przez ogrodników, archeologów, poszukiwaczy skarbów tudzież piratów, grabarzy i rabusiów grobowców oraz im pokrewnych. W ich przypadku chodziło tu o wiekową łopatę i zardzewiały szpadel. U stóp drzew pojawił się z minuty na minutę głębszy prostokątny wykop. Elf, choć szczycący się nienaganną kondycją fizyczną i zdrowym trybem życia, jęczał, kwiczał, spływał potem, marudził o bólu pleców i miejsca, gdzie wyżej wymienione kończą swą zaszczytną nazwę oraz przeklinał rodzaj ludzki (niekoniecznie wszystko naraz). Dziwne, ale Garrettowi jakoś nic się nie działo. Grób robił się coraz głębszy, aż osiągnął głębokość półtora metra. Złodziej wyprostował się i oparł o stylisko łopaty. – Powinno wystarczyć – mruknął. – Oby nie okazało się, że podciąłeś korzenie. Gdyby krzaki zdechły, Melissa zabiłaby nas obu.

Elf przewrócił oczami. – A ja mam kompletnie dość. Nie jestem jakimś kopidołem. Im to przynajmniej płacą… Boli mnie w krzyżu, o, tu… - stęknął. - Niechby ich już pochować i iść spać… Co jeszcze chcecie robić?
- Przypuszczam, że będzie chciała zrobić jak najbardziej normalny pogrzeb. Nie moja wina, że dali się zaciukać – żachnął się. – Przydałyby się jakieś nosze… Idź powiedzieć im, że gotowe.

Dotes pobiegł z powrotem do domu, a Złodziej cofnął się kilka kroków do tyłu i po raz pierwszy spojrzał z większej odległości na ich dzieło. Zdążyli w ostatnim momencie, zdążyło się już zciemnić. Prostokątnego kształtu czarny otwór w ziemi zaczynał się zaraz u stóp sosen i krzewu różanego. Strażniczce powinno się podobać. A jeśli nie, to pal licho. W końcu w ich sytuacji to chyba obojętne?

Z rozważań wyrwały go odgłosy kroków. Zza węgła domu wyłonił się niewielki kondukt. Doris i Marsha nieśli na noszach owinięte w prześcieradła ciała. Za nimi kroczył rycerz obejmujący Strażniczkę. Widać było, że dziewczyna nie czuje się dobrze. Na jej twarzy gościł wyraz apatii i rezygnacji. Oboje mieli w rękach świeczki. Pochód zamykali Morley i Dojango, także dzierżący migotliwe światełka. – Wiem, co myślisz. I nie myśl, że je zgaszę – ostrzegła go chłodnym głosem na widok chmurnego spojrzenia wycelowanego w lampki. Nie skomentował. – Dorisie, Marsho, opuście ich proszę do grobu – powiedziała miękko. Grolle powoli przeniosły swoje brzemię z noszy do dołu. Rycerza zadziwiło to, jak bądź co bądź masywni, bracia delikatnie położyli ciała obok siebie. Przemknęło mu przez myśl porównanie do lalek układanych w domku. Ciała Adriana i Erin wyglądały, jakby nie były martwe, a tylko zasnęły, przytulone do siebie. – Dojango, Morley, Greg… - dziewczyna odezwała się półgłosem. Garrettowi nagle wydało się, że postawiło dziwny akcent na to ostatnie. – Weźcie proszę świeczki i ustawcie się wokół. Posłusznie wypełnili polecenie. Rycerzowi żal było przyjaciółki, tak bardzo musiało być jej ciężko. – Trzeba teraz powiedzieć mowę pożegnalną – powiedziała. Wzięła głęboki wdech i rozpoczęła recytować opanowanym, czystym głosem: - Po raz ostatni oglądamy was, szlachetni bracie i siostro, w tej zewnętrznej powłoce. Nasze myśli są z wami, towarzyszą wam u kresu tej podróży. To nie jest koniec, to Początek. Nic nie jest tak ekscytujące, jak otwarcie księgi. Nic nie jest tak ostateczne, jak zamknięcie jej. Księga waszego życia tutaj zamyka się, otwiera się inna księga. Wszystkie księgi, jakie spisaliście, podczas tego krótkiego trwania tu, na Dysku, pozostaną na zawsze pośród nas. Wasze imiona na zawsze pozostaną w naszej pamięci. Choć odchodzicie z waszych ziemskich powłok, trwacie dalej w każdym postawionym przez was Glifie. Dziś żegnamy was, szlachetni bracie i siostro, by powitać was w przyszłości w lepszym świecie. Powracacie do prawdziwego Gniazda, by pławić się w idealnej Równowadze. Obojętnie, w co wierzycie, na zawsze pozostajecie tu, z nami, żywi w naszych sercach.

Morley zaczął nieśmiało klaskać, jednak pod mrożącym spojrzeniem Złodzieja natychmiast przestał. Strażniczka wzięła kolejny głęboki wdech. – Powinniśmy zaintonować teraz żałobny gamelan – zaczęła. Garrett mimowolnie skrzywił się. – Śpiewać? Nie obraź się, ale są granice.

W wątłym świetle trzymanej świeczki rycerz doskonale zauważył, że twarz towarzyszki poczerwieniała.

– Taki jest ceremoniał. Zawsze się tak robi. I nie kręć, że nie pamiętasz.
- Nie uważasz, że jego brak wcale nie uczyni uszczerbku na honorze i nie będzie dla nich ubliżeniem? – warknął. Reszta towarzystwa zaczynała czuć się coraz bardziej niekomfortowo. Zacisnęła zęby. – Nie będziesz mi mówił, co mam robić. Mogę uczynić ci grzeczność, na jaką teraz nie zasługujesz i poprowadzić, ale nie może być solo, to jest chóralna pieśń, jakbyś nie wiedział. Co cię to kosztuje?!
Z posępną miną wzruszył ramionami. – Jak musisz.
Teraz Gregoriusowi zaczynało być żal przyjaciela. Zastanawiał się, kto w tym momencie czuje się gorzej.

Po chwili nad równiną popłynął czysty śpiew na dwa głosy: Ma'saiyah yon'tala, ma'saiyah yon'tala… Ma'saiyah yon'tala. Ma'saiyah yon'tala… Ma'saiyah yon'tala, ma'saiyah yon'tala. Ma'saiyah yon'tala. Ma'saiyah yon'tala beh… So'beyah tonyah, kotonya leh, so'beya sobeh aleh… Kobada na na tumala a'ana ninde… So'bac yah tonyah, kotonya leh, so'beya sobe aleh. Tumala tonyah ana nibe kobena tium'bale… Tonyah…

Narastał stopniowo, wibrując w uszach z gromadzonych. Rycerz miał wrażenie, że wszyscy znaleźli się w jakimś niezwykłym transie. - So'beyah konya, kotonya leh, so'beya so'be aleh… Kobada na na tumala a'ana ninde… Ma'saiyah yon'tala, ma'saiyah yon'tala. Ma'saiyah yon'tala, ma'saiyah yon'tala beh… Ma'saiyah yon'tala. Ma'saiyah yon'tala… So'be kuna dunse! Kore go nimaya kuro to… So'be kona dunse! Kore go nimasunge, dao ko'meh… So'be kuna dunse! Kore swegonoiya nimo to. So'be kuna dunse, kore go nimaya leh chla…

Gregoriusowi zaczynało kręcić się w głowie. Patrzył na Garretta i Melissę. Oboje mieli zamknięte oczy, ona pewnie po to, aby się skupić, być może także nie płakać, w końcu przy obmywaniu zwłok z zaschniętej krwi powiedziała mu, że nie wolno jej płakać na pogrzebie, a on… cóż, by nie myśleć o niczym innym, biorąc pod uwagę, że robi coś, na co ani trochę nie ma ochoty. Młodzieniec zdążył już bardzo dobrze poznać Złodzieja i doskonale zdawał sobie sprawę, że dla tego ostatniego była to osobista tragedia, szczególnie, że miało to bezpośredni związek z Opiekunami. Po chwili pozwolił, by melodia ponownie przejęła nad nim kontrolę... - Ma'saiyah yon'tala, ma'saiyah yon'tala beh! Ma'saiyah yon'tala. Ma'saiyah yon'tala… So'be kuna dunse, kore go nimaya kuro to. So'be kona dunse! Kore go nimasunge! Dao ko'meh, so'be kuna dunse! Kore swegonoiya nimo to, so'be kuna dunse, kore go nimaya leh chla… So'be kuna tunse, kore go nimaya kuro to. So'be kona tunse, kore go nimasunge… Dao ko'me, so'be kuna dunse! Kore swegonoiya nimo to… So'be kuna dunse! Kore go nimaya leh chla…

* * *

Morley i Garrett zasypali grób, po czym Melissa postawiła świecę na świeżo usypanej ziemi. Dojango i Gregorius, który przedtem zabrał elfowi jego świeczkę, uczynili tak samo ze swoimi. Dziewczyna przyglądała się krytycznie. – Czegoś brakuje… no, tak. Kwiaty. Skąd ja je teraz wezmę, w środku nocy na tym pustkowiu?!
Dojango odważył się wtrącić: - Ale przecież w rzeczywistości nad tym eleganckim grobem rośnie przepyszna róża, czyż nie?
- Tak, ale…
- Tu chodzi o to, że ona była tu wcześniej, a kwiaty mają być symbolem pamięci – gładko wybrnął z impasu Gregorius. Pod wdzięcznym spojrzeniem przyjaciółki prawie nie wyrósł ze swoich własnych butów. Garrett zrobił dziwną minę, po czym wymamrotał: - Mamy przecież te dwie sadzonki od Grega i Morleya… Zaraz wrócę.

Obrócił się na pięcie i pomknął do domku, nim ktokolwiek zdążył zareagować. – Czy ktoś rozumie, o co temu narwańcowi chodziło? – bąknął czarny elf. – Oograah? – zaproponował Marsha. Na Dysku wszyscy wiedzą, że trolle na roślinność mają jedną jedyną nazwę zbiorczą. Podobno jeśli czegoś nie można zjeść, nie ma sensu tego specjalnie nazywać. Nie będę się wtrącać.

Po chwili Złodziej powrócił, triumfalnie niosąc sadzonkę poświęconej róży od staruszka z wioski. Oczy Melissy błysnęły z podziwem. – Idealne! – powiedziała, po czym zabrała mu kwiatka i przy pomocy rycerza i grolli umieściła w małym zagłębieniu w ziemi. Wydawała się pasować perfekcyjnie. – Wisienka na torcie. Względnie krzak na grobowcu – z pewną dozą aprobaty mruknął Dotes. – Tylko czyj to kwiatek?
- Twój, oczywiście – spokojnie odparł Garrett.
- Mój?! A czemuś zabrał go bez pytania?!
- Bo od czasu, gdy zapadła decyzja o wyjeździe, podpadłeś mi akurat odpowiednią ilość razy, bym czuł się do tego prawnie i moralnie upoważniony – bez zająknięcia wyrecytował Złodziej. – Poza tym, gdyby nie Karpiel i Kałuża, wszystkie w przybliżeniu zielone roślinki w twoim otoczeniu dawno przerobiłbyś na popioły.

Rycerz, osobnik posiadający szczęśliwą umiejętność zawisania na swym własnym obłoku zamyślenia, przełączył się w stan niskiego poboru energii. Wszystko było na swoim miejscu. Melissa opierała się mu na ramieniu... Na ciemnym niebie za chmurami majaczyły niewyraźnie nieliczne gwiazdy… Wiał chłodny, pachnący trawami i nielicznymi wysychającymi zwłokami wiatr... Tuż obok jak zwykle wybuchała kolejna interesująca, choć z pewnością bardzo żywiołowa wymiana poglądów między jego znajomymi.

* * *

Towarzystwo, po uprzedniej pacyfikacji Morleya, który niezbyt entuzjastycznie podszedł do kwestii podarowania różyczki zmarłym Opiekunom przez Garretta, zjadło w uporządkowanej naprędce kuchni szybką kolację przyrządzoną przez rycerza i Dojango (!), po czym rozeszło się do podziemnych sypialni. Tym razem Garrett uprzednio zabarykadował się w jednej z cel (trudno było te Strażnicze pokoje sypialne – piętrowe łóżko, półka na książki, kufer, stolik i stołek prawie dla sześciolatka – określić bardziej dumnym mianem), dzięki czemu pozostałe dwa pokoje z identycznym wyposażeniem trafiły do Morleya i trojaczków z różnych matek. Nikt jakoś nie czuł się upoważniony do zajęcia sypialni ostatnich lokatorów. „To ich przestrzeń, nie powinniśmy jej naruszać”, oświadczyła Melissa, a biorąc pod uwagę jej obecny stan, nikt nie odważył się zaoponować. Z konieczności Strażniczka i rycerz oddelegowani zostali do ostatniego pokoju na powierzchni. Było nim coś na kształt zawalonego książkami gabinetu z wydzieloną wnęką sypialną. Po przebraniu się (Gregorius prezentował kolejną porażającą piżamę, tym razem w wesołe żółtawe ankh-morporskie hipopotamy, te, które podczas końca świata miały jako pierwsze uciekać; to, co wyrabiały na seledynowym materiale, przechodziło ludzkie pojęcie i nasuwało nieodparte skojarzenia z określeniem: baraszkujące) ani młodzieniec, ani dziewczyna nie mieli siły nawet się położyć. Poziom stresu i zmęczenia był zbyt wysoki, w chwili obecnej marzyli tylko o tym, by siedzieć na wytartym dywaniku, z plecami opartymi o ramę łóżka, oddychać w miarę regularnie i się nie odzywać. Przez znajdujące się tuż przy wezgłowiu antresoli okienko sączyło się znikome światło ostatnich gwiazd, oświetlając ich twarze, szybko jednak przysłoniły je ciężkie, ołowiane chmury.

- Greg, jak ty to robisz? – znienacka powiedziała wolno, intensywnie wpatrując się mu w twarz. – Skąd bierzesz tę anielską pewność i spokój? Jak ty to robisz?...
Zamrugał. – Nie wiem, nigdy się nad tym nie zastanawiałem. To chyba po prostu część wszechświata. Normalna kolej rzeczy. Coś się kończy, coś się zaczyna. Tak uczyła mnie babcia.
- Ale jak to się dzieje? Taki niezwykły Dar masz… tylko ty.
- Nie, z pewnością każdy go posiada. Naprawdę nie jestem nikim wyjątkowym. Zapewne po prostu trzeba to… nie wiem, odkryć? Dziś wiemy przecież, że to Wielki A’Tuin płynie przez pustkę, unosząc cztery słonie i płaski Dysk na swej skorupie. Kiedyś sądzono, że planeta jest okrągła i obiega po eliptycznej orbicie Słońce! – spróbował się roześmiać, ale wyjątkowo mu nie wyszło. Pokręciła głową. – Nieprawda, jesteś kimś wyjątkowym – powiedziała z mocą. – Sprawiasz, że ludzie wokół czują się lepsi, niż naprawdę są dla samych siebie. Ty… Budzisz ludzi. Jak Uzdrowiciel z legendy.
- Chyba nie – bąknął. Dopiero teraz zauważył niebezpieczne lśnienie w kącikach głębokich, niebieskich oczu.
- Jak ty to robisz, Gregory? – powtórzyła. Doskonale wyłapał, że po raz pierwszy nie użyła genueńskiej, tylko karentyńskiej wersji jego imienia. Tak zwracała się do niego tylko babcia… To było bardzo przyjemne. – Ja nie potrafię. Nie mam tej twojej pewności. Chciałabym… Co mam robić?...
Nie odpowiedział, zamiast tego delikatnym, niepewnym ruchem objął ją. Z westchnieniem oparła mu głowę na ramieniu. Tylko z przyjacielem można milczeć, a zarazem doskonale się rozumieć.

Za oknem, pośród aksamitnego mroku nocy, na równinę spadały pierwsze płatki śniegu.

* * *

Gregorius przecierał oczy. Wewnętrzny zegar biologiczny podpowiadał mu, że już jest rano, ale reszta ciała miała zgoła odmienną opinię. Z umieszczonego wysoko nad łóżkiem okna w teorii powinno sączyć się światło budzące wczorajszych balowiczów, ale nic takiego się nie działo. Te szyby… Są strasznie brudne. Przez chwilę leżał w bezruchu. Po minucie do jego świadomości przebiło się szuranie w kuchni. Chyba ci mordercy nie wrócili? Zerwał się natychmiast. Pierwsze pytanie nasuwało się od razu. Gdzie jest Melissa?! Podciągnął się na antresolę. Pusto! Co też mogło się stać?! Gotowy na wszystko, ni to wyskoczył, ni to zjechał z podwyższenia, na którym umieszczona była wnęka sypialna, po czym podkradł się do drzwi…

Zastany obrazek zupełnie zaskoczył jego już wypełniony rozmaitymi okropnościami umysł. W większości były to obrazy ludzi zabijających innych ludzi, przeważnie w bardzo pomysłowy sposób. Rzeczywistość była jednak zupełnie inna: na blacie kuchennym obok zlewu jak kogut na grzędzie przycupnął Garrett obierający jarzyny. Jego mina wyrażała pełne poświęcenie i zaciętość, jakby te kilka ziemniaków, marchewek i kiszonych ogórków było winnych ludobójstwa. Nóż migał tylko w jego dłoniach. Melissa, nadzwyczaj jak na czarne scenariusze rycerza żywa, wspiąwszy się na jedno z krzeseł, wyciągała jakieś woreczki i słoiki z wiszącej nad piecykiem szafki. Na jego widok Złodziej rzucił mu krótki uśmieszek. – Cześć, Greg. Jak się spało? Uważaj, zmutowana zielenina atakuje. Jak ja nie cierpię obierać kartofli…
- A czy ty w ogóle coś lubisz robić? - Melissa schodziła ze stołka z kilkoma słojami w ręce. Na widok rycerza uśmiechnęła się melancholijnie. – Witaj! Wszystko w porządku? Marnie wyglądasz. To pewnie przez te wszystkie wrażenia… Przepraszam, że was w to wciągnęłam.
Garrett wzruszył ramionami. – Jakby to była twoja wina – żachnął się. – A są rzeczy, które lubię. Święty spokój, dla przykładu, książki… Po co robić taką wyliczankę? Coś jeszcze?
- Pokrój chleb. Przełożyłam go z plecaka Dojango do koszyka na pieczywo. A ser, sałata i wędliny są w spiżarce. Dobrze, że ziemia tu w głębi jest zawsze taka zmarznięta, żywność chociaż się nie psuje. Mam nadzieję, że mąka nie zawilgła.

Rycerz wziął od niej ciężar i postawił naczynia na stole. – Ja… ja się przestraszyłem. Nie było cię i w ogóle… Słyszałem szuranie i myślałem, że coś się dzieje – wymamrotał. Cały czas coś mu w Złodzieju nie pasowało. W końcu dotarło do niego, co jest nie tak. Nie miał na sobie ani swojej zakapturzonej peleryny, ani tej dziwacznej minikolczugi z konstrukcji z przeplatanych metalowych obrączek, korkowych płytek i skóry, rękawice zostały pewnie w bagażach, no i kompletny brak osprzętu. Czy on kiedykolwiek tak wyglądał? Chociaż, nie… Widział go w tym stanie raz, rok temu w jego własnym mieszkaniu. Wtedy zaproponował mu nieznaczne wzbogacenie wystroju wnętrza (kwiatki w kolorowych doniczkach, figurki zwierzątek, jakieś obrazki na ścianach…) i wszyscy wiedzą, czym to się potem skończyło. Nawet teraz, na ich wspólnych wakacjach, raczej nie ubierał się tak… luźno. Gregorius zastanawiał się, czy towarzysz w ogóle zdaje sobie sprawę z istnienia czegoś takiego jak piżama. Jakoś to do niego nie pasowało. Jedwab i aksamit, owszem. Czarny, oczywiście, może ciemnoszary. Ewentualnie coś z drobnymi elementami ciemnej skóry. Ale wyobrażenie sobie Garretta, dla przykładu, w jednej z jego ulubionych piżam, jakie dostał od dziadka – w domu to zawsze sir George wybierał mu garderobę – przechodziło jego możliwości. Tylko proste szarawe spodnie, jaśniejsza koszula i bura tunika? Bez kaptura?! Świat oszalał. - Mogę jakoś pomóc?
- Dzięki. Mógłbyś przynieść wody ze studni? Tu jest dzbanek. Tylko ubierz się cieplej, ranki tu są dość chłodne.
- Oczywiście! – rozpromienił się. Wybiegł z pokoju; po chwili Strażniczka i Złodziej usłyszeli skrzypienie otwieranych drzwi (były, co prawda, wyrwane z zawiasów i niewątpliwie bardzo ciężkie, jednak dla Marshy i Dorisa wysłanie ich – w przybliżeniu – w odpowiednie miejsce nie stanowiło problemu; teraz tylko jękliwie skrzypiały, ale Gregorius uznał, że „dodawały w ten sposób kolorytu”, zaś Morley dodał, że takie skrzypiące zawiasy są obecnie niezwykle modne i „chłodne”) i tupot stóp na kamiennym progu. Wrócili do swoich zajęć. – Mógłbyś mi podać cztery jajka? I patelnię.
Garrett z gracją zeskoczył, przeciągnął się jak kot i ziewając, zdjął pokrywę spiżarni. Przez chwilę grzebał w środku, po czym wrócił do dziewczyny z jajkami w dłoni. Następnie schylił się i wyciągnął patelnię z szuflady pod zlewem. – Swoją drogą, to dziwne miejsce na garnki. A propos, skoro już masz patelnię, mogłabyś zejść na dół i po znajomości trzasnąć ode mnie Morleya? Jeszcze śpi, więc warto to wykorzystać. Niemożebnie chlapie i wczoraj zapaskudził całą łazienkę.
- Przestań… - jęknęła zmęczonym głosem. – Dość już wrażeń. Weź pod uwagę, że dla ciebie to nadal wakacje, ale ja będę musiała poinformować o tym wypadku Magara i resztę… Nie chcę nawet myśleć o ich reakcji.
Skrzywił się. – Czy ty kiedykolwiek zrozumiesz, że nie jesteś niewolnicą?
Nie zdążyła mu odpowiedzieć na niewygodne pytanie. Z podwórka dobiegł ich krzyk Gregoriusa: - Słuchajcie, słuchajcie! Śnieg!!!...

* * *

- Co?! Niemożliwe… Wygłupia się – oświadczył niepewnie Złodziej. Spojrzeli na siebie ze Strażniczką pytająco. – Nie wiem.
- Patrzyłaś dzisiaj za okno?
- Nie… Ale jest lato, brzydkie, bo brzydkie, ale jednak… - odparła z wahaniem. – Mimo wszystko… Chodźmy tam, dziwnie wyglądał, może coś mu się stało – powiedziała, odkładając z impetem naczynia. Ruszyła do wieszaka na płaszcze przy drzwiach, a Garrett pobiegł za nią. Szybkim ruchem narzucili na siebie peleryny i wyszli.

Rycerz stał przed domkiem z zadziwioną miną. Na jego twarzy malował się dziecięcy zachwyt. Do wysokości łydek zanurzony był w miękkim puchu. Wokół tworzyły się coraz większe zaspy. Zobaczywszy przyjaciół, entuzjastycznie zamachał do nich. – Widzicie?! Zima nadeszła!!! – wrzasnął radośnie. Melissa i Garrett wyglądali na skonfundowanych. Dziewczyna wyjąkała: - Ale… jak…? Czy wy też to widzicie?...
Złodziej wyciągnął przed siebie prawą rękę. Na wypalony na jasnej skórze klucz spadło kilka białych płatków, które momentalnie zaczęły się rozpuszczać. – Nie, nie masz halucynacji – powiedział po chwili. – To jest prawdziwy śnieg. Wygląda dość sztucznie, bo w Mieście nikt nigdy nie zdąży zobaczyć go takim czystym, ale to prawdziwy opad. Mówiłem, że coś się pokopało?
- Ale to niemożliwe!
- Ależ, Melisso, zobacz – Gregorius ekstatycznie robił orzełka. – To śnieg! Prawdziwy! Jest idealny! Garrett, spójrz! Mogę rzucić w ciebie śnieżką!
- Tylko spróbuj – zaproponował. Odpowiedziała mu zimna kula prosto w twarz. – Ojej, przepraszam! – pisnął rycerz. – Nie chciałem tak mocno! Złodziej cofnął się do tyłu. – Świat zwariował, ale jakoś nikt poza mną zdaje się tego nie widzieć. Coś jest nie tak z osnową! Jestem dziwnie pewien, że to znowu twoi kumple coś pokręcili – wytknął ze złością nadal oniemiałej dziewczynie.
- Czego ode mnie chcesz? Nic nie wiem. Ale faktycznie wygląda to tak, jakby ktoś naruszył osnowę czasoprzestrzeni.
- Nie ktoś, tylko stado głupków w ciemnych pelerynach!
- Eee, Garretcie… nie chciałbym się wtrącać, ale ty też nosisz głównie ciemne peleryny… - ośmielił się wybąkać rycerz, zawsze gotowy, by stanąć w obronie przyjaciółki, nawet, jeśli zupełnie nie rozumiał, o co chodzi.
- Greg, nie zaczynaj. Melissa dobrze wie, kto najczęściej majstruje przy rzeczach, o których nikt do końca nie ma pojęcia – Garrett spojrzał mu poważnie prosto w oczy. – To bardzo niebezpieczne. Jakby ci to wyjaśnić… Wyobraź sobie, że masz do dyspozycji drewnianą, pustą w środku piłkę unoszącą się na powierzchni wody – powiedział. – To będzie Dysk. Drewno to osnowa czasoprzestrzeni i pole magiczne Dysku. Jeśli wszystko jest dobrze, pływa spokojnie. Woda to Piekielne Wymiary. Ale jeśli powstanie dziura… plum. Wszystkie Istoty z Piekielnych Wymiarów, wszystkie te okropności tylko czekają, żeby się do nas dostać. Przykre, ale prawdziwe. A piłka… tonie.

* * *

- Ojej… Potworne – odezwał się rycerz. – Jak można temu zapobiec?
- Nie grzebać w rzeczach, o których nie ma się pojęcia – Garrett znowu naskoczył na swoje ulubione ugrupowanie. – Jeśli o czymś nie wiem, to się nie tykam, jasne?! Ale oni nigdy nie potrafią tego zrozumieć!
- Przestań – jęknęła Strażniczka. – Mamy inne kłopoty… Muszę napisać do Pierwszego Strażnika.
- Czemu? – wtrącił Gregorius.
- O tobie, Erin i Adrianie... I o podejrzanych wydarzeniach przy granicy.
- Jeszcze raz przemawiam do twojego zdrowego rozsądku: nie rób mu tego! – Garrett był naprawdę zły. Dziewczyna wpatrywała się w jego wzburzoną twarz bolesnym spojrzeniem. – Przestań. Dam ci przeczytać – powiedziała cicho. – A teraz skończ.
Spochmurniał. – Zastanów się, co zamierzasz zrobić – syknął. Odwrócił się w stronę drzwi i ruszył przed siebie. – Co robisz? – krzyknęła Melissa.
- Iść do przodu, ile się da. Wyjeżdżamy.

* * *

- Już?!
- A co, w Strzeżenie Wiedźm?! – warknął. – Wyjeżdżamy, zanim rozpada się na dobre. Śnieg zakryje ślady.
- Brzmi sensownie – wtrącił się rycerz. Westchnęła ze zrezygnowaniem. – Dobrze. Idźcie się pakować, skończę śniadanie, zjemy, potem zapakuję z powrotem prowiant. I napiszę list – dodała szybko. Naburmuszony Garrett bez słów zniknął we wnętrzu budynku. Rycerz spojrzał na przyjaciółkę. Wyglądała, jakby przez dobrą chwilę tkwiła pod wodą. Podał jej rękę i delikatnie ciągnąc, ruszył do domu.

* * *

Posiłek jedzono w absolutnym milczeniu. Trojaczki i Morley nadal spali, więc dziewczyna uznała, że nie ma sensu czekać na nich z jajecznicą, która i tak zdążyła wystygnąć. Dlatego zapakowała w szare płótno parę jabłek i kilka kanapek z serem, sałatą i szynką. Dla każdego z grolli koniecznością było przygotowanie po pół bochenka chleba, a elfowi zamiast wędliny zmuszona była dorzucić rzodkiewki i marchew. Była to dość nowa sytuacja, gotowanie dla szóstki mężczyzn. W Siedzibie od tego była kadra wyselekcjonowanych ludzi… Spożywanie posiłków w przestronnej stołówce i gotowanie w maleńkiej kuchni w centrum niczego jednak się od siebie różniło. Nie tylko mechanicznymi ruchami, ale przede wszystkim atmosferą. Pozostali bez słów żuli jajecznicę. Rycerzowi wydawało się to dziwne: trzy osoby przy stole w uśpionym domu, za oknem padający śnieg i ta wszechogarniająca cisza. Popatrzył na Melissę. Kurczowo trzymała w ręku bezkształtny gliniany kubek, jakby odgradzała się od całego świata. Całym światem miał być ewidentnie Złodziej, aktualnie grzebiący w jajecznicy z szynką z taką zaciekłością, jakby właśnie wysyłał wszystkich Opiekunów Dysku na zieloną trawkę. Gregorius pochylił się, by ugryźć kęs marchewki. Był smutny, ponieważ jego przyjaciele zdawali się być obrażeni na siebie. Upił łyk herbaty. Dziewczynie nie udało się kupić cytryn, gdyż w Scarborough ich nie było, a te dwie zabrane z Miasta się skończyły. Z tego powodu musieli zadowolić się herbatą miętową, która dla rycerza przy panujących obecnie nastrojach wydawała się być nieco gorzka. Garrett wgryzł się w swoją marchew jak wilk w gardło jałówki. Melissa rzuciła mu ukradkowe spojrzenie spod przymrużonych powiek. Złodziej nie śmiał podnieść głowy znad talerza, by nie spotkać się z tym piorunującym go wzrokiem. Tak nie mogło być! Rycerz postanowił działać. – Jak przekroczymy granicę z Venagetą? – zagadnął. Garrett dokładnie przeżuł warzywo. – Nie jestem jeszcze pewien. Pada śnieg, dlatego dopóki nie ściemni się porządnie, powinniśmy narzucić na siebie jakieś jasne szmaty, żeby nie odcinać się tak od jego barwy. Zapewne da się użyć do tego celu pozostałych prześcieradeł. Opiekunowie raz mogą się na coś przydać – mruknął. Gregorius uśmiechnął się w duszy. Połowa towarzystwa, które chciał rozruszać, już zaczynała się rozkręcać. Jego niecny plan zaczynał działać. Tymczasem Garrett pociągnął łyk ze swojego kubka, opróżniając go, po czym mówił dalej: - Wieże graniczne leżą od siebie w regularnych odstępach. W każdej stacjonuje oddział wojska, a Venageti niesamowicie się biją. Sytuacja jest pozornie patowa, ale jedna wieża znajduje się na tyle daleko od drugiej, żeby dało się w miarę bezpiecznie je ominąć. Są wysokie – ułatwia to obserwacje granicy, ale równocześnie utrudnia dostrzeganie tego, co na dole i blisko. Z pewną dozą szczęścia powinno udać się nam przedostać tuż pod ich nosem, jeśli narzucimy na siebie prześcieradła – zwyczajnie zlejemy się z tłem.
- Wspaniale! – chłopięcą buzię rycerza rozjaśnił szeroki uśmiech. Złodziej popatrzył na niego pochmurnym i jakby zrezygnowanym wzrokiem. – Jest większy problem: jak dostać się do miasta? Spidinium to twierdza. A Venageti są, jacy są, ale bitności nie można im odmówić – westchnął. – To wychowanie… Jeśli odkryją, że jesteśmy z Karenty, to koniec.
- Zapominasz, że członkowie tej wyprawy mają do swej dyspozycji pewne, ekhem, nietuzinkowe umiejętności… - mruknęła Melissa. – Chyba da się tam przekraść.
- Bądź realistką! – warknął. – Oprócz Grega i ciebie mamy jeszcze trzy grolle i Morleya. O ile ten pierwszy mógłby próbować zaskarbić sobie ich łaski, o ile daliby mu dojść do słowa, to Dotes, zanim pomyśli, prędzej wkurzy się i zrobi jatkę. Trojaczki, widząc rozgniatanego na marmoladę kuzynka, też na pewno nie będą siedziały jak mysz pod miotłą.
- Wobec tego musimy zdobyć przebranie – oznajmił z poważną miną rycerz. – Musimy nie rzucać się w oczy. Być nieinteresujący. Jeśli nie da się dostać do miasta bez wiedzy mieszkańców, musimy nakłonić ich, by sami wpuścili nas do środka.

Odpowiedziały mu smętne spojrzenie Złodzieja i smutny uśmiech Strażniczki. – Masz rację, ale jak to zrobić? – westchnęła dziewczyna. – Venageti są ogromni, ale mimo to grolle będą się wyróżniać. Z kolei tak rozrywkowego typa jak Morley, bez obrazy, ze świecą szukać.
- Rozrywka… no tak! Jesteście genialni! – Garretta jakby olśniło. – Rozrywka! Idealnie!!! – zerwał się z miejsca, z łoskotem przewracając swój, pusty na szczęście, kubek. Odpowiedziały mu zdziwione miny przyjaciół. – Popatrzcie – zaczął tłumaczyć cierpliwie, widząc ich niezrozumienie. – Kto znajduje zajęcie w praktycznie każdej, najmniejszej nawet jednostce cywilizacyjnej? Kuglarze. Cyrk wędrowny. Karnawał! Każdy chce oderwać się na chwilę od rzeczywistości i uwierzyć na moment, że wróżby mają sens i tak dalej. Potrzebny będzie tylko wóz z plandeką i gotowe! Trojaczki mogą udawać siłaczy, Greg będzie woltyżerem bądź szermierzem, ty możesz zatroszczyć się o gry karciane…
- O co ci chodzi? – Melissie nie spodobał się ironiczny uśmieszek Złodzieja. Wyszczerzył się. – Naprawdę myślisz, że nie wiem, iż wysocy rangą Opiekunowie co dwa tygodnie spotykają się w Zakazanych Bibliotekach pod pozorem studiowania niebezpiecznych zachowań ksiąg glificznych na partyjce pokera? Niby jakim zrządzeniem losu szło ci tak dobrze w Letheritzii?! – zachichotał z nieskrywaną satysfakcją. Melissa, jak zwykle zirytowana docinkami pod adresem Strażników, prychnęła: - Nadal nie pojmuję, jakim cudem sam opuściłeś Bractwo, a nie zostałeś wcześniej wylany na zbity pysk…
- Ale to ma sens – pospieszył na ratunek Gregorius. Dziewczyna rzuciła ucieszonemu Złodziejowi nieprzychylne spojrzenie. – Niestety, Greg, masz rację. A ty kim będziesz, spryciarzu?
Zrobił komicznie wystudiowaną minę. – To się jeszcze zobaczy. O to się nie martw, przygotuje się prawdziwą bombę. Mam już nawet pomysł, kim będzie ten burak Morley…

* * *

Wyprawa kolejny raz wykorzystała zapasy ekwipunku zgromadzone w Ostatnim Uczciwym Domu. Udało się zrobyć nie tylko prześcieradła, ale i, ku poszechnemu zdumieniu, kompletny wóz. Służył w przeszłości do przewożenia zapasów, z tego też względu posiadał pojemne ukryte dno, by przedłużyć okres ważności produktów. Była to doskonała skrytka na ich bagaże, głównie broń i mapy. Okazało się, że w piwnicy istnieje dodatkowe pomieszczenie z wiekowym pojazdem i wygodną rampą, kończące się klapą na powierzchnię. Marsha i Doris bez większych trudności otworzyli ją, z pewnym zdziwieniem zauważając, że wyjście prowadziło tuż za furtkę. Garrett nie był w stanie oprzeć się pokusie głośnego zastanawiania się, co jeszcze Opiekunowie trzymają w podziemiach. Może pamiątkowe kościotrupy? W uzupełnieniu o zabrane z Miasta namioty kamuflaż był dopracowany perfekcyjnie. Rycerz zatrudnił trojaczki do dekorowania budki gwiazdami, kwiatami i zwierzątkami wycinanymi z jego bloczku kolorowego papieru, który przezornie zabrał ze sobą („na wszelki wypadek”). Po godzinie, którą elf i Złodziej spędzili na szykowaniu bagaży, a dziewczyna – na pospiesznym doszywaniu do prześcieradeł kapturów, wóz wręcz skrzył się od ozdóbek. Garrett oświadczył jednak, że na czas przekraczania granicy girlandy muszą być zdjęte, a cała rama pomalowana na biało, by nie odcinała się od powierzchni zasp. Na szczęście poprzednia wymiana Strażników obserwujących granicę przywiozła ze sobą farby, których można było teraz użyć. Dojango zauważył, że aby pokrycie wyschło, muszą poczekać jeszcze parę godzin. W tej perspektywie trojaczki rozłożyły swoje domino i zaprosiły do gry rycerza i elfa. Garrett wybąkał, że musi jeszcze raz sprawdzić bagaże i zmył się, a Melissa z ciężkim sercem udała się do drugiej sypialni, by napisać list do Strażnika Magara. Za oknami śnieg sypał gęsto. Wirujące płatki opadały na równinę, przykrywając ją puszystą kołderką bieli.

* * *

Zapadł zmrok. Garrett siedział w dawnym pokoju Erin i Adriana z książką w ręku. W kominku nieśmiało płonął ogień. Po głowie krążyły mu niewesołe myśli. Czemu wszystko, czego się tknie, zmienia się w jakąś katastrofę? Pierwsze wakacje i co? Już trupy i kolejne niezałatwione porachunki między Opiekunami. Zdecydował się pod wpływem chwili. Strażniczce i chłopakowi mogło się coś stać. Ten oszołom… Nie znosił takich ludzi. Świat mógł sobie dalej schodzić na psy, droga wolna, ale są pewne granice. Jego ludzi się nie rusza. Sam siebie zaskoczył. Jego?... Nie przypuszczał, że można tak o kimś myśleć… Ale w jakiś sposób dziewczyna i chłopak byli z nim związani. Teraz wszystko się tak skomplikowało… Wiedział, że bierze za całą grupę odpowiedzialność. I nie było to przyjemne uczucie.

Usłyszał delikatne stukanie na drzwiach. – Howgh – mruknął. Do pokoju wsunęła się Melissa. Pełgający po ścianach blask płomieni nienaturalnie wydłużył jej drobną szczupłą sylwetkę, nadając jej cieniowi fantastyczne kształty. Przysunęła się. – Tu jest list – powiedziała powoli, podając mu niezalakowaną kopertę. – Nie spiesz się, jak skończysz, zamknij kopertę i połóż ją na oknie. Rano przyjdę i zabiorę ją. Chcę, żebyś miał świadomość, co w nim jest – szepnęła, po czym nim zdążył cokolwiek powiedzieć, wymknęła się równie cicho, jak przyszła. Z westchnieniem wyjął list z koperty i zaczął czytać. W świetle ognia wyglądał, jakby odprawiał wyjątkowy bolesny rytuał. W końcu przymknął oczy, złożył kartkę na pół i przez chwilę intensywnie wpatrywał się w płonący ogień. Nagle upuścił ją na dywanik, wstał, skoczył ku biurku i po omacku wyciągnął z szuflady kawałek kartki podobnej wielkości. Zorientował się, że jest to wykonana dzień wcześniej przez Gregoriusa pocztówka do jego babci. Przez moment przyglądał się zawadiacko wyszczerzonemu burrickowi z kwiatkiem w pysku. Zwierzątko stało na ukwieconej polance pośród lasu, a u dołu kartki biegł starannie wykaligrafowany napis: SERDECZNE POZDROWIENIA Z WAKACJI. Jadowicie uśmiechnął się do siebie, po czym wsunął obrazek do koperty i zapieczętował ją. Bezszelestnie podszedł do okna i położył zapakowaną pocztówkę na parapecie. Wrócił na swoją poprzednią pozycję na podłodze przed kominkiem. Położył się na brzuchu i przez chwilę trwał w bezruchu. Znienacka drapieżnym gestem wrzucił prawdziwy list do kominka. Ten natychmiast zajął się ogniem. Oparł głowę na rękach i z ponurą satysfakcją obserwował, jak papier skręca się w płomieniach…

DALEJ
Logowanie
Nazwa Użytkownika

Hasło



Nie jesteś jeszcze naszym Użytkownikiem?
Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.

122798 Unikalnych wizyt

PHP-Fusion v6.01.6 © 2003-2005


Załóż : Własne Darmowe Forum | Własną Stronę Internetową | Zgłoś nadużycie