Wyszczekani.pl
Strona GłównaCzwartek, Wrzesień 21, 2017
Nawigacja
Strona Główna
Kawiarenka literacka
Biblioteki Strażników
Kącik tłumacza
Współpraca międzynarodowa
Tu odprawiamy Rytuał Ashk-Ente, czyli kontakt
Online
Gości Online: 1
Brak Użytkowników Online

Zarejestrowanch Uzytkowników: 35
Nieaktywowany Użytkownik: 581
Najnowszy Użytkownik: MichaelGat
CZĘŚĆ VII: Książka kucharska
Następnego dnia nad ranem wyprawa ruszyła. Elf narzekał, że muszą pchać „furę”, zamiast użyć do tego zwierząt pociągowych. Garrett odgryzł mu się, przypominając, że to Dotes we własnej osobie odwiódł ich od pomysłu z mułami. Melissa wtrąciła, że jakiekolwiek zwierzęta byłyby teraz dodatkowym utrudnieniem, bo raczej trudno jest zakazać mułowi wydawania różnorakich dźwięków, nie mówiąc już o przemalowywaniu go na biało. Morley obraził się. Na szczęście same trojaczki wystarczyłyby do holowania niewielkiej łódki wzdłuż brzegu Fae na odcinku, na którym posiada najsilniejszy prąd. Posuwali się szybko i po cichu. Na horyzoncie czerniały wieżyczki graniczne. Śnieg padał dalej, niemal natychmiast zasypując ślady…

* * *

Rycerz niewiele pamiętał z tego odcinka. Wszędzie padający śnieg, biała równina, wiejący wiatr i łopoczące peleryny, to wszystko. Plan Garretta, jakkolwiek beczelny, polegający na przekradnięciu się tuż pod wysokimi wieżami na granicy z Venagetą okazał się skuteczny. Budynki były na tyle wysokie, że z poziomu, na którym kręcili się strażnicy, widać było obecnie tylko bezkresną biel. W ciągu dwóch godzin udało im się przedrzeć przes pas pustkowi. Nikt ich nie niepokoił, ale napięcie wisiało w powietrzu. W końcu jednak na horyzoncie zamajaczyło jezioro Anewor, stromo wznoszące się nad nim wzgórze i przylepione do niego miasto. Byli u celu.

Wszystkim rzuciły się w oczy wysokie, brudnoszarej barwy mury. Okalały pagór, na którym przycupnęły zabudowania. Do miasta prowadziła jedna jedyna brama, wokół której z daleka widać było mrówczych rozmiarów ludzkie figurki. Za blankami co jakiś czas dało się dostrzec ruch zmieniających się straży. Złodziej miał rację: Spidinium było fortecą. Ale, jak słusznie zauważył rycerz, zawsze istniało jakieś wejście.

Wszyscy członkowie wyprawy z ciekawością obserwowali stalowoszare fale jeziora. Nawet z takiej odległości dało się słyszeć wyraźnie ich szum. Zbiornik przypominał niewielkie morze, trudno było dostrzec przeciwległy brzeg. Wokół niego ciągnął się pas kamienistych plaż, na których z rzadka wyrastały rachityczne sosny i osiki. Na zachodnim brzegu zaczynały się mury miejskie. Biegły nierówno, tu i ówdzie zawijając, gdzie indziej z kolei tworząc odcinki proste. Nieco pod nimi, może jakieś dwa kilometry dalej przycupnęło kilka mizernych chłopskich chat. Gregorius domyślił się, że zamieszkują je rolnicy uprawiający te kilka poletek położonych za miastem. Na zachód od miasta rósł Potępiony Bór. Z daleka widać było tylko nagie, czarne pnie. Jedynie wszędobylskie sosny i srebrne świerki pyszniły się swoją zimną zielenią. Młodzieńca zaskoczył widok drzew liściastych, głównie osik, grusz i lip, wciąż z żywymi liśćmi, lecz przysypanymi białym puchem. Podkreślały nastrój niesamowitości wiszący w powietrzu. Ponownie zwrócił spojrzenie w stronę miasta. Robiło wrażenie przeludnionego mrowiska. Przy jedynej bramie tłoczyła się masa ludzi z tobołkami. Wzgórze było dosłownie pokryte budynkami, w większości przybrudzonymi sadzą. Choć rycerz zawsze starał się dostrzec lepszą stronę sytuacji, nie mógł pozbyć się wrażenia, że nawet z daleka Spidinium nie wyglądało zachęcająco.

Pozostawał problem muła lub innego zwierzęcia pociągowego. Garrett ustalił, że najbardziej urządzałoby ich wynajęcie zwierzęcia na samo wejście smoka i odstawienie go po cichu do właściciela. W tym celu ruszył do najbliższego gospodarstwa. Przemknął w stronę traktu, dlatego wyglądało, jakby właśnie opuścił mury miejskie. Na polu stał starszawy człowiek w szorstkiej opończy w burym kolorze. Trzymał się za głowę i tępo patrzył na swoje uprawy, w tej chwili zasypane śniegiem. Złodziej postanowił działać. – Dzień dobry – odezwał się. – Przepraszam, czy wie pan przypadkiem, gdzie w okolicy znajdują się hodowle koni? – zapytał. Rolnik dopiero teraz go zauważył. Podniósł wzrok z ziemi na postać przybysza. – Jaki tam dobry! – stęknął. – I co mi po kuniach, jak paszy nie starczy?
Garrett nadstawił ucha. – Co ma pan na myśli?
Mężczyzna rzucił mu pochmurne spojrzenie i żachnął się: - Widzisz pan, syćko zasypało. Zbiorów nie będzie… I to środek lata ma być? Bogowie mszczą się, ino nie wim, za co.
- A może mi pan powiedzieć – przejazdem jestem – czy to normalna sytuacja, kiedy w mieście nie spędziło się pół dnia, a już nie ma się wierzchowca? – rzucił ironicznie. Rolnik raczej nie pojął ironii. Z namysłem podrapał się po głowie. – No, racyj tak. Albo zabierą, dla wojaków, rozumie się, albo zwiną. Jasne jak słońce. Muszymy kunie nasze pod kluczem trzymać. Ale co z nimi bydzie, skoro karmy braknie? – jęknął. Złodziej ledwo postrzymał się przed triumfalnym chichotem. Czuł, że sprawy zaczynają toczyć się w korzystnym kierunku. – To znaczy mają państwo stadninę?
- E, ni. Chowalimy kunie, jako każdy, parę roków temu tuzin był. Ale teraz chude czasy, na polu robota ciężka, to i ograniczyć trzeba się. To było za ojców moich wielkie gospodarstwo – krowy, świnie, kunie i drób. Teraz ziemia jałowa, zostały mi kozy, kury i stadko osłów. Jak rola zmarniała, nie wim, co robić. Bida z nędzą! Garrett nie mógł uwierzyć, że wszystko idzie w tak dobrym kierunku. – A nie myślał pan o sprzedaży zwierząt? Osły nie dają zbyt wymiernych korzyści… spożywczych.
- Panie, kto teraz kupi osły?! No i to tak jakby mniejsi krewni. Nie pozbędę się, wstyd dla gospodarza.
- A co sądzi pan o… najmie? – drążył. Rolnik zastygł. – Że co?
- Jeśli nie chce pan sprzedawać zwierząt, może pan czerpać zysk z wynajmowania ich. Przypuszczalnie mogłoby się to opłacać… - zastanawiał się głośno. – Ale jak niby osła nająć? To nie chłop, zapłaty nie weźmie – zauważył Venageti. Garrett spokojnie i cierpliwie wyjaśniał: - To proste. Pan ma zwierzę juczne, a w okolicy nie brakuje osób zainteresowanych tego typu środkiem transportu. Nie mogą jednak pozwolić sobie na utrzymywanie stada osiołków przez dłuższy czas bądź nie potrzebują tego robić. Wobec tego ktoś taki zwraca się do gospodarza. Ten oblicza zysk, jaki przynosi mu zwierzę w ciągu jednego dnia w gospodarstwie. Potem umawia się z klientem, na ile dni… pożycza mu osiołka. Otrzymuje wtedy równowartość pracy zwierzęcia oraz pewien dodatkowy zysk, taką marżę. Po odpowiednim okresie osioł wraca do gospodarstwa – stwierdził. Mężczyzna przyglądał mu się z niezbyt inteligentnym wyrazem twarzy. – A jak podwędzi? – spytał. Garrett westchnął. – Przecież znaczycie bydło. Czemu podobnego systemu nie wprowadzić do hodowli parzystokopytnych?
- Parzy co?
- Koni, mułów… osłów…
Mężczyzna podrapał się po brodzie. – W sumie by się dało – przyznał. – Na kopytach. Ale i tak nie da się pojąć tego systemu, co to go żeś pan wymyślił – mruknął. Garrett w duchu zaczął liczyć do tysiąca. – Może posłużmy się przykładem. Pan ma zwierzęta, które nie przynoszą panu zysku, tylko same straty. Ja nie mam środka lokomocji. Płacę panu, a pan pożycza mi zwierzaka na parę dni, po czym dostaje go z powrotem.
- Brzmi dobrze, ale co, jeśli go klient nie będzie chciał oddać?
- Tutaj istnieje zabezpieczenie finansowe. Ustala pan cenę wynajmu, przy czym do tego dochodzi pewne… poręczenie. Dostaje pan tyle pieniędzy, ile kosztowałby zakup młodego zwierzęcia plus cenę wynajmu. Poręczenie klient dostaje z powrotem przy odstawianiu osła do gospodarstwa – powiedział, walcząc z ochotą uduszenia opornego rozmówcy.
- A jak nie zwróci? – jęknął Venageti.
- To jego strata! – Złodziej zaczynał tracić cierpliwość. – Oprócz ceny zakupu zwierzęcia dochodzi kwota za wynajem. W biznesie nigdy nie pewności, trzeba zaryzykować, żeby uzyskać profit!
Rolnik przez chwilę stał w bezruchu. Niech to, pomyślał Złodziej. Teraz Greg może tylko kupić sobie wrotki. W końcu Venageti odezwał się: - A pan chciałeś naprawdę nająć tego osła?
- Tak – krótko oznajmił Garrett, któremu było już wszystko jedno i marzył tylko o powrocie do Miasta. Rolnik przez chwilę jeszcze wahał się, po czym powiedział: - Dobra, mnie to spada jak z nieba. Którego pan chcesz?

* * *

- Co to jest?
- A nie widać? Osioł.
- Garrett, ciebie znamy, mówię o zwierzaku.

Złodziej przyprowadził niewielkiego osiołka. Po męczących negocjacjach Venageti okazał się być bardzo zadowolonym z zaproponowanej ceny. Garrett nie przypuszczał, że całe gospodarstwo potrafi się utrzymać z tego przez miesiąc, ale było mu obojętne, jak wysoka była stawka, byle zdobyć zwierzę pociągowe i dostać się do miasta. Niestety, rycerz i elf robili problemy. Gregorius oczywiście zachwycił się ruchliwymi chrapami zwierzęcia, lśniącą sierścią o barwie marengo (nigdy nie widział tak umaszczonego osła) oraz „zamyślonymi oczami”, jak się wyraził. Niestety, pozostawała kwestia życia i śmierci… - Jak się wabi? – spytał, gładząc osła po pysku. Garrett wzruszył ramionami. – Oni wołają na wszystkie „osioł”, chyba, że są źli, wtedy lecą inwektywy.
- Ale musi się jakoś nazywać!
- To go nazwij, byle udało się nad dostać za mury przez zachodem słońca.
- Cudownie! Hmm… Może Słodkorożec?
- A gdzie w rzeczywistości ma rogi? – zapytał rzeczowo Dojango. Rycerz westchnął. – Faktycznie. Toffi? – zaproponował. – No, co? – speszył się lekko, widząc dziwne spojrzenia elfa i grolli. – Jest taki brązowy…
- Coś go zeżre – zahuczał Doris.
- Nom – dodał Marsha. – Mniam-mniam, foczka, nie?
- To prawda, słodkie imię… - spróbowała się uśmiechnąć dziewczyna. Nadal była w złej kondycji psychicznej po wydarzeniach z Pogranicza. Rycerz podskoczył. – Wiem! Bob!
Dotes popatrzył na niego, jakby urwał się z choinki. – Bob? Co to za imię dla osła?
- Co ci przeszkadza? – zwrócił się do niego Garrett.
- Bo Bob pasuje do barmana! To jest osioł!
- W takim razie przypnijcie Boba do wozu i jedziemy.

* * *

Trakt wiodący do Spidinium był jednym wielkim kłębowiskiem ludzi, zwierząt i towarów. Większość podróżnych ewidentnie była żołnierzami i urzędnikami, Gregorius zauważył też sporo rzemieślników. Co jednak niezwykle go zdziwiło, wszystkich tych ludzi łączyła jedna cecha: mowa ciała. Mimika twarzy, gestykulacja, przygarbienie tworzyły atmosferę niepokoju i napięcia. Próbował się do kilku osób uśmiechnąć, ale odpowiadały mu tylko złowrogie spojrzenia i niechętne mamrotanie. Strażniczka, widząc to, bezgłośnie zasugerowała mu wzrokiem miejsce w kabinie. Rozczarowany gościnnością miejscowych, młodzieniec podążył za radą przyjaciółki. Z platformy miał doskonały widok. Niestety, martwiło go zdenerwowanie dziewczyny: jak Garrett poradzi sobie z przeprowadzeniem ich przez bramy miasta?

Po pewnym czasie zbliżyli się do bramy. Rycerz spojrzał pytająco na przyjaciółkę: bez słów porozumieli się wzrokiem. Dziewczyna na granicy słyszalności wyszeptała: - Przygotuj się – i przymknęła oczy. Chłopak kiwnął głową i starał się rozluźnić.

Koło bramy stał imponującej postury strażnik. Ubrany w ciężką, skórzaną zbroję i wysokie buty, z kilkudniowym zarostem i splątanymi włosami opadającymi w tłustych strąkach na twarz, robił niezbyt pozytywne wrażenie. W mocarnej dłoni trzymał ogromną halabardę. Melissa i Gregorius wstrzymali oddechy, niepewni, co zrobić teraz. Tymczasem Garrett nonszalancko zeskoczył z wozu. Strażnik zbliżył się. – Kto zacz i po co chce wjechać za mury? – wyburczał chrapliwym głosem. Garrett delikatnie skinął głową, jakby robił grzeczność staruszce przechodzącej przez ulicę. – Cirque du Planéte, Fantôme Confabularius, dyrektor tego przybytku. Chcielibyśmy dostarczyć mieszkańcom stolicy imperium nieco… rozrywki – odpowiedział konwersacyjnym tonem. Strażnik obejrzał się na wóz. – A więc jest was więcej? – wymruczał.
- Istotnie. Pozwolę sobie przedstawić… - Garrett podskoczył do platformy i postukał w plandekę. – Kochani… - zaćwierkał słodziutko. – Pan władza chce was poznać…

We wnętrzu zakotłowało się. Pierwsza z budki wychyliła się Melissa. – Maestro…? – rzuciła. Idealnie wystudiowanym ruchem przeciagnęła się jak pantera. Strażnik z plaśnięciem otworzył usta. Grała perfekcyjnie. Miała kaptur naciągnięty na głowę tak mocno, iż nie sposób było dostrzec jej twarz. Bardzo dobrze, mruknął w duchu Złodziej. Wolę nie widzieć przez jakiś czas jej miny. – Nehema de la Nova, pani fortuny. Literalnie trzyma nasze losy w swoich rękach – pozwolił sobie na kpiący uśmieszek. - Dziękuję, Hemy – syknął o ton ciszej. Melissa dyskretnie wycofała się, zmieniona przez Gregoriusa. – Ricardo „Rico”, nasz woltyżer – to mówiąc, błyskawicznie puścił oko do rycerza. Zza firanek zamontowanych nad otworem wejściowym do kabiny wysunęły się ropusze gęby trojaczków Roze. – A oto i nasi wspaniali siłacze i bokserzy: Bolo, Lolo i Maurice – wskazał po kolei Dorisa, Marshę i Dojango. – Dzień dobry – bąknął ten ostatni, któremu niespecjalnie spodobał się pseudonim artystyczny nadany przez Złodzieja. – I Bob, ale on jest tu na występach gościnnych – rzucił Garrett, wskazując na osiołka jak gdyby nigdy nic żującego jabłko rzucone mu przez rycerza. – Oraz… perła naszej organizacji: Julian „Król cyrku” – oświadczył triumfalnie. W międzyczasie dziewczynie i chłopakowi udało się wypchnąć Morleya. Elf wypadł z kabiny, nie wyhamował i wylądował pod nogami Złodzieja. Ten błyskawicznie podniósł go za poły peleryny i postawił obok. Dotes zobaczył wartownika i uśmiechnął się głupkowato. – A on to kto? – obudził się Venageti, który nareszcie zaczął reagować po występie Strażniczki. Garrett wyszczerzył się swoim najniewinniejszm z uśmiechów. – To błazen. Największy, jakiego ta ziemia nosiła.

* * *

- A... eee… pan czym się zajmuje? – wydukał wartownik. Morley pozbierał szarawary i zdezerterował do kabiny. Tymczasem Garrett wspinał się na szczyty swoich umiejętności aktorskich, bądź, jak ujmował to czarny elf, komedianckich. Bez najmniejszego zająknięcia wyrecytował gładko: - Prestidigitator, lektor sekretów, dyrektor i ogólnie zarządca tego przybytku.
- Czyli że co? Taka że wróżka?
- Nie wróżka, tylko… osoba zgłębiająca tajniki wnętrza postronnych.
- A co to znaczy?
Garrett delikatnie się uśmiechnął. – Przykładowo, mogę zorientować się co nieco o pana sytuacji rodzinnej, o tym, jakie są pana pragnienia, co ma pan w kieszeni… panie Geoffreyu.
Venageti zamarł. – T-to… czary są… - wyjąkał, odruchowo się cofając. – Houston! – ryknął. – Mamy problem!!!
Garrett uśmiechnął się lekko. – Proszę się nie denerwować, jeszcze pańska żona się przestraszy… Na pewno jest tu gdzieś niedaleko…
Wartownik pocił się i przebiegał wzrokiem po blankach. – Houston, zleź tu wreszcie! Nigdy nie ma cię, kiedy jesteś potrzebny!
- Nalegam… - Złodziej zaczynał się doskonale bawić. – To chyba nic złego, marzyć o synu i karierze wspaniałego wojownika, jakim z pewnością zostanie?... Wychował się pan w rodzinie z ambicjami, dzięki temu zajmuje dziś pan ważne, szanowane stanowisko – delikatnie uniósł prawą brew. W kabinie reszta „zespołu” drżała z pięściami w ustach, bojąc się wybuchnąć niekontrolowanym śmiechem. Tymczasem Garrett kontynuował grę: - W kieszeni nosi pan amulet, który ma zapewnić panu szczęście w walce… i w miłości… Podobno są to bliźniacze pola. Krótko mówiąc, jest pan na doskonałej drodze do spełnienia swoich najskrytszych pragnień.
Venageti zamarł. Ciekawość zwyciężyła nad strachem. – I-i… będę miał syna?
- Jest to wielce prawdopodobne.
- I będzie wielkim wojownikiem???
- A ma pan co do tego wątpliwości? – odpowiedział pytaniem na pytanie Złodziej. Strażnik spoglądał na niego z wybałuszonymi oczami. Z tyłu zbierał się mały tłumek. Część przybyszów, korzystając z nieuwagi warty, po cichu przemykała się przez bramę, lwia część jednak z zapartym tchem obserwowała występ. Po chwili strażnik, nim ktokolwiek zdążył zareagować, rzucił się Złodziejowi na szyję. – To prawda, to prawda jest! – ryknął radośnie, dusząc „maestro” w mocarnych łapskach. – Mam taki amulet! Z kości niedźwiedzia! – sięgnął do kieszeni, wyjmując z niej mały wisiorek. – Znalazł ją mój ojciec w Potępionym Borze! A Estia jest moją żoną! Tak!!!

Spomiędzy jego ramion zaczęły wydobywać się lekkie odgłosy kaszlu. Gregorius nie wytrzymał. Zeskoczył z wozu i podbiegł do mężczyzny. Aby ten zwrócił na niego uwagę, musiał dwukrotnie podskoczyć w miejscu, szarpiąc go za szorstką kapotę. – Proszę już puścić maestro – odpowiedział stanowczo. – Musi być w dobrej formie.
- A, taaa, jasne – rozpromieniony strażnik rozluźnił uchwyt, spod którego cokolwiek bezwładnie osunął się nieco charczący Garrett. Rozległy się zgodne oklaski. Rycerz zajął się odtrzepywaniem przyjaciela. – Panie złoty! To taka cudowna wiadomość! Wjeżdżajcie, miasto stoi przed wami otworem! – trajkował Venageti. – Witajcie, cudotwórcy z dalekiego kraju! Imperium was oczekuje!!!

* * *

- Brawo, udało ci się bez szwanku przeprowadzić nas za mury – mruczała Melissa, kiedy wóz ze stukotem posuwał się po wyboistym trakcie tuż za bramą. – Jedno mnie dziwi: skąd wiedziałeś, że jest żonaty i tak dalej? Domyślam się, jak sprawdziłeś jego kieszenie… Ale reszta?
- Garrett jest obdarzony ponadprzeciętną percepcją – wyrzucił z siebie Gregorius. Morley gwizdnął. – Moim zdaniem, żeby tak wykpić Venagetiego, trzeba albo nie mieć lęku, albo mózgu.
- Akurat. Powinniście być mi wdzięczni, odbił mi parę żeber – mruknął Garrett. Miał niewiarygodnie pogodny wyraz twarzy, jakby udało mu się dostać niespodziewany prezent. – To proste. Imię wyszło samo. Zwróciliście uwagę na trzonek halabardy?
- Nie bardzo, ja tam patrzyłem tylko na czubek – bąknął elf. Złodziej uśmiechnął się lekko. – Miał wyskrobane na trzonku imię. Syn jest banalny, każdy Venageti chce mieć syna, który wyrośnie na wielkiego, tępego przymuła w zbroi – westchnął z niesmakiem. – Wojownik albo nic. Dlaczego prawie na pewno tak się stanie? Moc autosugestii, kochani. Teraz jego najskrytsze marzenia zostały sformułowane. A kiedy jest już ich świadomy, będzie starał się wcielić je w życie.
- No, dobra – powiedziała powoli dziewczyna. – A żona?
- Ze stanem cywilnym było jeszcze prościej – westchnął. – Przecież to łatwe! – żachnął się, widząc pytające spojrzenia przyjaciół. – Buty. Widzieliście jego buty?
- Obuwie jak każde, panie Garrett – odpowiedział Dojango. Złodziej zaśmiał się krótko. – Otóż nie. Cały był umorusany, ale buty miał czyste. Powiedzcie, jaki mężczyzna pucuje buty na glanc?

* * *

Praktycznie każde duże miasto ma dzielnicę biedy. Rzadko jednak zdarza się, by stolica w całości składała się ze slumsów. Rycerz, wychowany w zabytkowej Letheritzii, przyzwyczajony był do elegancji i elementów rustykalnej zabudowy. Czymś naturalnym był dla niego widok restaurowanych kamieniczek i konserwowanych żelaznych rzygaczy. Skazańcy strzygli trawniki przed Akademią, sprzątali ulice i myli okna. Oszuści podatkowi hodowali kwiatki, a domokrążcy przeprowadzali starsze panie przez ulicę. Jeżeli nie wierzysz, pokaż mi jedną ławkę z niecenzuralnym napisem. Dzisiejsza Letheritzia po obaleniu tyranii nekromanty Tsikii ma trzy rodzaje dzielnic: tych zamieszkiwanych przez ludzi żyjących skromnie, lecz godnie, tych zamożnych i bardzo zamożnych. Mimo to ciężko zorientować się, jak bardzo różnią się same sakiewki. Obecnie w Letheritzii nie istnieje coś takiego jak slumsy. Z pewnością osiągnięcie takiego stanu rzeczy nie było łatwe, lecz aby zorientować się, do jakiej grupy majątkowej należy ten uprzejmy młodzieniec, którego widujesz codziennie z okna, musisz prześledzić jego drogę do domu. Po przyjeździe do TunFaire młody Duneidan przeżył niemały szok, jednak po bliższym przyjrzeniu się Miastu wtopił się w specyficzny charakter. Zauważył nawet, że w domu rodzinnym zaczyna mu tego brakować. Było… żywe. Nie był jednak przygotowany na widok, jaki stanowiło Spidinium.

Miasto posiada znaczną populację biedoty. Warunki życia niejednokrotnie jeżą włosy na głowach inspektorów sanitarnych. Oczywiście tych, którzy odważą się zapuścić na te tereny, po których zdaje się nie stąpać nikt w pełni ucywilizowany. Jednak nędzarze Miasta posiadają pewną specyficzną filozofię, która pozwala przeżyć poniżej wszelkiego dopuszczalnego poziomu życia. Każdy, nawet najmniej znaczący żebrak ma poczucie, że istnieje szansa zmiany. Wybicia się, w sposób bardziej lub mniej legalny, niemniej da się to zrobić. Klasy niższe TunFaire żywią się nie tyle jedzeniem, co chęcią obserwacji staczania się arystokracji na samo dno. A tego typu spektakle zdarzają się odpowiednio często, by podtrzymać ogień złośliwości i ducha walki. Ktoś musi zająć ich miejsce. Panta rhei. Dziś jesteś na szczycie, jutro trafisz na dno i odwrotnie. W Mieście nie istnieje miejska legenda pucybuta i milionera. W Mieście trzeba samemu zatroszczyć się o obuwie.

W ten sposób ogromna metropolia działa. Chociaż zdaje się notorycznie chwiać na skraju przepaści, jakoś zawsze przechyla się w ostatnim możliwym momencie na drugą, „odpowiednią” stronę. W TunFaire nic nie ginie. Sztukę recyklingu doprowadzono tu do perfekcji. Ostatnie męty zasiadają na stołkach w ratuszu i częstują się ciasteczkami. To, co rano było jedynie starą śmierką na śmietniku w Czarnej Alei, wieczorem ozdobi stół Barona jako wykwintny obrus. Zwiędły kalafior trafi do rąk pewnej damy jako symbol atencji wykwintnisia bogatego do granic obrzydliwości. I momentalnie znajdzie się na honorowym miejscu w salonie.

Bieda Miasta ma kolor, kształt, zapach i smak, choć nikomu nie życzę go zakosztować. Czysta niechęć poszczególnych członków społeczności działa niczym katalizator wyzwalający reakcję życia. Ktoś ląduje w ziemi, ktoś inny przychodzi na świat. Taka jest naturalna kolej rzeczy, a siły rządzące Miastem, potajemnie pociągające za sznurki w ukryciu, dobrze o tym wiedzą. Strażnicy zmonopolizowali sztukę poruszania kukiełkami. Ale jest to cena w miarę stabilnej egzystencji szaraczków.

Jednak Spidinium… Tu historia jest inna. TunFaire od początku miało być miejscem do życia dla pokoleń. Przez lata stało się samowystarczalne, dusząc się w swoim własnym, oryginalnym sosie. Stolica Venagety miała być pierwotnie przejściowym obozem wojowników, w którym dałoby się przeczekać zimę i ruszyć dalej, za stadami zwierząt i przeciwników. Wyrosła na wzgórzu, wznoszącym się na zupełnym pustkowiu, jeśli nie liczyć lodowatego jeziora i obumarłego lasu na zachodzie. Ziemia była beznadziejna, jakoś jednak trzeba było wyżywić rosnące oddziały wojowników. Szczep plemienia, które wydało w pewnym momencie pierwszego władcę, który zjednoczył skłócone klany, a przynajmniej tak się chwalił, wybrał złe miejsce na dom. Ten bezimienny bohater nie grzeszył inteligencją i nie znał się na planowaniu rozwoju. Spodobał mu się rozległy widok, umożliwiający dogodną obserwację pola bitwy. W przypadku zakładania imperium nie ma jak dobra panorama na włości i odpowiednią ilość trupów przeciwników u stóp.

Jak już zostało powiedziane, osada sklecona była byle jak. W miarę jednak podporządkowywania sobie kolejnych terenów, potrzebna była jakaś baza wypadowa, gdzie dałoby się wracać na zimę, świętować zwycięstwa i potorturować sobie trochę jeńców. O ile takowi się znajdą. Z tego powodu osada rosła, na wzgórzu pojawiały się kolejne budy i lepianki, w końcu wyrósł wał ziemny. A potem kolejny, jeszcze wyższy, tym razem z kamienia i gliny. Na ochronie tego zamku z piasku przed zawaleniem się ich królewskim mościom na głowy straciło życie setki tysięcy jeńców. Zawsze jednak należy patrzeć na życie z lepszej strony. Nareszcie w ogóle zaczęli ich brać.

Po latach bylejakości, prowizorki i krótkotrwałych przeróbek, Spidinium zmieniło się w labirynt walących się budynków, błota i ślepych korytarzy, bo ulicą nawet nieprzytomny optymista by tego tworu pijanego żołdaka nie nazwał. Porównując warunki sanitarne, Mroki Ankh-Morpork i Polędwica Miasta stanowiły gniazdo nieprzyzwoitego luksusu i elegancji. W TunFaire nawet w największych mordowniach buduje się rynsztoki i kanały. W czymś trzeba ludzi topić. W Spidinium trzoda chlewna nierzadko znajduje sobie lepsze lokum niż ludzie. Miasto stanowi nierozerwalne połączenie cywilizacji i przyrody, która odzyskuje opuszczone budynki stojące na ziemi, którą przed laty wydarli jej ludzie. Znalezienie nawet niedużych skwerów i naturalnych zarośli nie jest niczym trudnym. Poganie pielęgnują rozliczne takie uroczyska w centrum metropolii. Spidinium zaś cierpi na chroniczny brak terenów zielonych, ma za to połacie miłego, ciemnego błotka, w którym znaleźć można wiele interesujących rzeczy. Zarówno żywych, nieożywionych, jak i martwych, do wyboru, do koloru. Budynki wznoszą się niezbyt wysoko, posiadają najwyżej dwa piętra, jednak niebo skutecznie zasłania plątanina sznurów z suszącym się praniem. Właściwie trudno rozróżnić trzon budynku, gdzie nie spojrzeć, domy tworzą zlepki przybudówek, szop i sypiących się daszków ze spleśniawej słomy. Po ulicach biegają kury, snują się kozy i czasami świnie (w końcu świnia stanowi obiekt luksusowy, dlatego nigdy długo się nie ostanie). Na południowym zboczu góruje potężne, ponure zamczysko, przy którym rezydencja Chandaravy to hotel dla rodzin z małymi dziećmi. Odgrodzone jest od reszty miasta potężnym Murem, pisanym przez wielkie M, to którego przyklejone są domy najbardziej pechowych mieszkańców. Venageti traktują swoich władców z zabobonnym lękiem i czcią, nigdy jednak ich nie lubią. Wiwaty egzekwowane są poszturchiwaniem dzidą. Zwykli ludzie pogrążeni są w apatii, którą przerywa tylko bójka, przestępstwo lub publiczna egzekucja.

Spidinium zaprezentowało się Gregoriusowi z wszystkimi swoimi sztandarowymi widokami. Jego dusza estety przeżywała męki. Czuł się jak kibic w barwach klubu sportowego odwiedzający boisko przeciwnej drużyny. Trzymał się tuż przy Melissie i Garretcie, drepcząc pospiesznie przed siebie. Wóz nie mieścił się na uliczkach. Zmuszeni byli go zostawić w wozowni tuż koło bramy. Geoffrey polecił im zajazd „Pod pantoflem Gertrude”. Gospoda miała mieścić się dwie ulice dalej, dlatego zabrali swoje bagaże ze sobą. Garrett nie dopuszczał do siebie myśli, że jest w stanie zostawić komuś swoje zabaweczki. Boba odstawiono bezpiecznie do gospodarza, który zachwycił się wypożyczalnią. Jak się okazało, przez ten czas udało mu się wynająć kolejne cztery osły, z tego też względu był tak szczęśliwy, że za wszelką cenę chciał Garrettowi ofiarować brunatnego osiołka. Złodziej ledwo wykręcił się brakiem warunków. W ten oto sposób utknęli za murami, po kostki w brudnym śniegu, z podejrzliwymi spojrzeniami dookoła. Melissa czuła się dość nieswojo. Zauważyła doskonale, że pomimo, iż przeszli przez dwie ruchliwe ulice, widziała samych mężczyzn. Chociaż miała na sobie swój zwyczajny, łacherski strój i pelerynę do kostek, robiło jej się niedobrze. Miała wrażenie, że spojrzenia omiatają ją od stóp do głów. Pomimo najniewinniejszego pod słońcem ubioru, szczerze żałowała, że nie ma na sobie jakiegoś kudłatego kożucha.

* * *

Kiedy w końcu dotarli na miejsce, rycerzowi wydawało się, że trafił w odchłanie piekielne – przynajmniej pod względem wydzielanego przez wszystko wokoło odoru. Z niechęcią popatrzył na wznoszącą się przed nim gospodę. „Pod pantoflem Gertrude” leżało u wylotu tunelu powstałego ze zlepionych ze sobą domów tulących się do muru odgradzającego włości cesarskie od gniazda zwykłych śmiertelników. Na podmurówce z gliny i polnych kamieni stał dwupiętrowy budynek z butwiejącego drewna, o ślepych i częściowo zabitych deskami oknach. Z wnętrza dobiegały pomruki podpitych bywalców. Rzucił okiem wgłąb alejki: podobne budy, w górze bezładnie zwisające sznury z praniem. Tuż przy Murze ktoś zbudował prowizoryczną stajnię, z którego co jakiś czas dobywał się pozbawiony przekonania co do sensu jego wytwarzania stukot kopyt. Spojrzał w górę: zarejestrował szerokie parapety, kładki z jednego budynku do drugiego, rządki butelek (pustych) koło okien i stos ułożonych jedna na drugiej skrzynek wrogu uliczki. Gdyby ktoś miał odpowiednią zwinność, mógłby przeskoczyć przez Mur, który odcinał się ciemną kreską na tle szarych chmur. Zdecydowanie nie było to miejsce polecane w przewodniku Dwukwiata.

- Cóż… - wybąkął Morley. – To chyba tutaj. Co robimy?
Garrett wzruszył ramionami. – A widzisz tu inny motel? Wchodzimy, chyba każdy jest zmęczony.
- W rzeczywistości, padamy z nóg – odezwał się cicho Dojango. – Nom. I chcemy dom ino! – zarechotał Marsha.
- Domino – odruchowo poprawił Gregorius. – No przecież – odpowiedział niezwzruszony Doris. Melissa wzdrygnęła się. – Nie stójmy tu już. Garrett, zajmij pokoje, potem grolle pomogą ci się rozpakować. Myślę, że powinniśmy zostać w mieście przez jakiś czas i rozejrzeć się. Może uda się nam dowiedzieć czegoś ciekawego.
- Jak uważasz – mruknął Złodziej. Machnął ręką w kierunku grolli: - Trojaczki, foczka odtrąbiła wymarsz. Idziemy!

* * *

Z listu Gregoriusa do lady Anny:

Kochana Babciu!

Przepraszam, że od wyjazdu ze Scarborough nie miałem okazji pisać. Podróż za granicę do Obcych Krajów, w dodatku tak niebezpiecznych jak Venageta, zawsze stresuje turystów. Tak napisał w swoim przewodniku pan Dwukwiat i zgadzam się z jego opinią. To pierwsza doba poza Karentą. Jesteśmy teraz w stolicy Venagety, Spidinium. Wiem, że nie powinno się oceniać niczego po pierwszym wrażeniu, ale miejsce to nie budzi ciepłych odczuć. Jest zapuszczone i nieprzyjazne, a tubylcy odnoszą się do nas wręcz wrogo. Widać różnicę między Letheritzią lub TunFaire.

Widzisz, Babciu, Miasto jest żywe. Pomimo niewyobrażalnego wręcz czasami poziomu życia pozostaje niezwykle żywotne i skrzy się energią. Tęsknię za Tobą, za Letheritzią i Miastem. Nigdy nie przypuszczałbym, że będę marzył o powrocie do tej największej metropolii Eterei! Nie podoba mi się sposób, w jaki miejscowi odnoszą się do przybyszów. Są gburowaci i niechętni, w dodatku dziwnie się nam przyglądają. Martwię się o Melissę – wszyscy ją obserwują w Nieuprzejmy Sposób. Mam złe przeczucia i wolałbym, żebyśmy szybko dowiedzieli się, co się dzieje i dlaczego zmieniły się pory roku. Tutaj śnieg jest brudny i bardzo mokry, nie nadaje się do lepienia bałwanków. Bardzo rozczarowało to grolle i mnie. Czy u Was też pada? Pan Morley zachowuje się poważniej niż w Scarborough, przestał też tak okropnie dokuczać Garrettowi. Jestem tym zadowolony – nie powinien tak bardzo go drażnić.

Zakwaterowano nas w gospodzie o nazwie „Pod pantoflem Gertrude”. Jest to podejrzane miejsce, które - gdyby zostało porządnie wysprzątane i odnowione - dałoby nazwać się rustykalnym. Pokoje są ciasne i zapuszczone, a zamiast łóżek są obrzydliwe sienniki. Melissa uznała, że bezpieczniej będzie położyć się na podłodze i zgadzam się z jej opinią. Na szczęście zabraliśmy z Ostatniego Uczciwego Domu śpiwory! Martwię się, ponieważ od znalezienia tych biednych ludzi Melissa jest strasznie smutna. Zawsze jest mi wtedy przykro. Ponadto reszcie wyprawy udziela się to – zapewne dlatego pan Morley spuścił z tonu, choć trzeba przyznać, że to akurat pożądany skutek uboczny tej straty.

Gdyby nie zapasy wody zabrane z Ostatniego Uczciwego Domu, bałbym się umyć: tutejsze studnie są bardzo zanieczyszczone. Nie ma sanitariatów, nie widziałem też nigdzie mydła. Zrezygnowaliśmy ze spożycia posiłku w jadłodajni. Jeśli zobaczyło się, w jaki sposób czyszczone są talerze (brudną ręką zrzuca się resztki do koryta na zewnątrz, o zgrozo!), przestaje się być głodnym. Na szczęście mieliśmy odpowiednie zapasy, jednak musimy ograniczyć spożycie wody. Jeżeli będziemy zmuszeli zostać tu na dłużej, będzie problem z higieną. Na razie przerzuciliśmy się na soki, głównie sławetną Otsaim od pana Magara. Och, Otsaim, napoju bogów! Co byśmy bez ciebie zrobili? W dodatku pasuje do kanapek. Chcieliśmy zrobić kiełbaski, ale Garrett powiedział, że – tutaj posłużę się cytatem – „jeżeli zapalimy ogień, ta obleśna buda się rozleci”. Z tego powodu skończyło się na suchym prowiancie. Pan Morley rozdał wszystkim gruszki, ale Garrett oświadczył, że na razie nie potrzebuje cukrzycy i zostawi sobie ten owoc na czarną godzinę. Wtedy zaczęli się kłócić, a Melissa, grolle i ja poszliśmy spać.

Teraz siedzę przy stoliku, to znaczy zmurszałej skrzyni ze świeczką, czekając na komendy Garretta. Morley i trojaczki zajmują się ostrożnym opuszczeniem naszych bagaży za Mur otaczający zamek władców Venagetich. Pisownia jest nieprzypadkowa – to z szacunku dla ich królów, których posiadłość, jak już mówiłem, znajduje się w jego obrębie. Garrett z panem Dotesem odkryli, że po wewnętrznej stronie wału znajdują się wąskie schody, po których można próbować schodzić. Najpierw jednak musimy mieć nasz ekwipunek na samym dole. Jeżeli chodzi o samą budowlę, muszę przyznać, że wygląda niezwykle gotycko. Garrett właśnie wyszedł – w dziwny sposób, oknem, ale niech mu będzie – cały ten teatrzyk wymusza sytuacja na miejscu. Nie chcemy wzbudzać większych podejrzeń. Kiedy w nocy wstałem napić się soku, prawie nie przewróciłem się, ponieważ na podłodze pod drzwiami leżały kości! Ktoś ułożył piracki znak pod naszym pokojem! Obudziłem Garretta. Przyszedł dość zaspany (on bardzo mało śpi, a i to okropnie czujnie) i uprzejmym tonem spytał, dlaczego się drę, ale potem grzecznie mnie wysłuchał. Gdy wyjaśniłem mu powagę sytuacji, popatrzył pod nogi – wcześniej oczy miał prawie zamknięte, to przez to czytanie do późna i pisanie w malutkim notatniku, który sprzętnie chowa przed Morleyem – po czym kucnął, wziął do ręki te potworne piszczele i wyrzucił przez okno. Kiedy spytałem go, dlaczego niszczy dowody zbrodni, powiedział, że jedyny gwałt, jaki tu popełniono, to gwałt na kulturze i czystości otoczenia, po czym dodał, że były to kości kurczaka. Następnie poradził mi, żebym zjadł coś lekkiego i poszedł spać. Biorąc pod uwagę, że wracając do swojego śpiwora, rzucił mi czekoladkę, było to bardzo miłe z jego strony.

Muszę już kończyć, Melissa i ja mamy wyjść jako ostatni, aby nie rzucać się w oczy. Garrett uważa, że komuś nie podoba się, że kręcą się tu obcy, w dodatku z wykształconą kobietą (pan Morley, moim zdaniem bardzo nieinteligentnie spytał, skąd mają wiedzieć, że Melissa jest wykształcona, skoro tylko wynajęliśmy kwatery i padliśmy ze zmęczenia; Garrett wyglądał, jakby miał ochotę go udusić, jednakże ubiegłem go, oświadczając, że to od razu po Melissie widać; jego głupi wyraz twarzy – Morleya, nie Garretta – dał mi niewypowiedzianą satysfakcję; czy to źle?), no i że zapewne próbował nas nastraszyć. Dlatego wspólnie uznaliśmy, że im szybciej dostaniemy się do zamku, tym lepiej. Grolle są właśnie w drodze z bagażami. Słyszę sygnał od Dojango. Muszą być już mniej więcej na dole, ponieważ zaczęli śpiewać najnowszy szlagier krasnoludów („Złoto, złoto, złoto”). Melissa wyraziła delikatną wątpliwość, czy to na pewno najbardziej dyskretny z dostępnych sygnałów, ale Dojango powiedział, że przy innych melodiach jego bracia okropnie fałszują (grolle raczej nie łapią ironii). Za chwilę wychodzimy, mamy w planie wspiąć się po beczkach i skrzyniach ustawionych pod Murem. Mam nadzieję, że wszystko się uda.

Nie wiem, kiedy uda mi się znowu napisać. Nie martw się proszę, Babciu, pamiętam, aby ciepło się ubierać. Do pana Magara dostałem kilka kompletów wspaniałych, ciemnych ubrań, które bardzo mi się przydają. Nie zapomnij pozdrowić ode mnie pudelków i Wujcia Sadraksa. Gdy tylko wrócę, pokażę Wam zdjęcia, jakie zrobiłem ikonografem (ten chochlik w środku jest rewelacyjny!).

Przesyłam moc całusów,
Twój wnuk, Gregory.

PS Pozdrowienia od Melissy, Garretta i reszty. Czy będę mógł założyć u nas w Letheritzii hodowlę burricków?

* * *

- Pamiętacie wszystko?
- Tak, Garrett – znużonym tonem mruknęła Stażniczka. – Tresowałeś nas od godziny.
- Wychodzisz na dachy budynków i czekasz na nas na Murze. Po chwili my opuszczamy pokój i schodzimy do baru. Przechodzimy przez drzwi i dalej idziemy w oddaleniu trzydziestu kroków od siebie ulicą, po czym wdrapujemy się po skrzynkach na Mur i zeskakujemy na schodki wewnątrz – wyrecytował rycerz. - To do zobaczenia po drugiej stronie – Garrett przekładał nogę przez framugę dziury, która kiedyś zapewne była oknem. Melissa i Gregorius stali w pełnym rynsztunku w obskurnym pokoiku. Po chwili Złodziej zniknął, a przyjaciele wychylili się przez otwór w ścianie, by zobaczyć niemal niedostrzegalną smukłą sylwetkę sunącą po zmurszałych parapetach. Dziewczyna odgarnęła włosy z czoła. – Wiesz, mam złe przeczucia – szepnęła do przyjaciela. – Nie martw się, będzie dobrze. Przecież to niedaleko! Za kilka minut będziemy na miejscu – zaoponował młodzieniec. Strażniczka naciągnęła kaptur głębiej na czoło. – Skoro tak twierdzisz… Mam nadzieję, że się nie mylisz.

Ruszyli ciasnym korytarzem w stronę baru mieszczącego się na parterze. Niewiele dobrego dało się o tym pomieszczeniu powiedzieć: składowisko starych stołów, ław i wytarta lada z nieświeżym barmanem. Kilku pijanych miejscowych już zalegało pod blatami. Melissa pewnym krokiem ruszyła przed siebie. To stara, sprawdzona zasada: strach wyzwala agresję. Jeżeli nie dajesz do zrozumienia, że się boisz, prymitywne formy życia nie będą próbowały zaatakować. To głowologia wypracowana w pierwszych dniach Dysku, po czym odnosi się do każdego uniwersum. W Mieście dziecko musi posiąść tę umiejętność jeszcze zanim nauczy się raczkować. Strażniczka z uwagi na swe początki była zmuszona uczynić tę mądrość swoją zasadą numer jeden. Kolejnym ważnym aspektem przedzierania się przez tereny, na których zdecydowanie nie powinno się być, jest myślenie. Jeżeli uda się skupić na czymś wymagającym maksimum uwagi, trudniej będzie się zdenerwować (nikt nie umie robić tych dwóch rzeczy równocześnie). Melissa myślą była w ogrodzie analizy różniczkowej, kiedy gwałtownie zderzyła się z czymś dużym, twardym i zdecydowanie zalatującym bimbrem. – Z drogi – mruknęła. W głowie nadal radośnie rządziły się pochodne i całki. Nastawienie zmieniło się w ułamku sekundy, kiedy usłyszała bełkot: - O f moldę jefa! Ale lala! Na dodafek f poltkach!

O-o. Kłopoty.

Pojawienie się przed tobą wielkiego, kudłatego faceta w łachach spitego wojaka nigdy nie wróży nic dobrego. Abstrahując od marginalnego faktu, iż obecność żołnierza może, choć nie musi, w jakiś sposób dotyczyć wojny, nie należy spodziewać się wyrafinowania. Dziwnym trafem większość strażników od czasu do czasu truje napotkanym przechodniom, że powinni byli zaciągnąć się do woja jak ich bracia wcześniej. Tak przynajmniej coś ma się dziać. Dodatkowo nakłada się na tą tezę przeświadczenie, że „tu nic nigdy się nie dzieje” oraz prawdopodobne spożycie napojów wyskokowych. Ten tutaj, dość imponujących rozmiarów długowłosy i brudnobrody kudłacz, musiał być żołnierzem. W Venagecie za noszenie charakterystycznej skórzanej zbroi z trupią czaszką (wyjątkowo tandetny deseń, pozwolę sobie zauważyć) bez uprawnień grozi natychmiastowa eksterminacja. Trzeba przyznać, w bardzo twórczy sposób.

Dziewczyna doskonale zdawała sobie sprawę, że do niższych form życia powinno się mówić POWOLI I WYRAŹNIE, ale i to może nie wystarczyć, dlatego zignorowała niewątpliwie wysokich lotów komentarz i przyspieszyła kroku. Nagle poczuła na ramieniu oślizłe łapsko. – Heeej, sso ci tszeba dać, szebyś dała buzi?
- Chyba narkozę, względnie silne środki zwiotczające – burknęła, odpychając wstawionego adoratora.
- Eeej, sso…? – żołdak wykonał nieudaną próbę chwycenia jej za rękę. Nieudaną, ponieważ nawet na trzeźwo ciężko się wykonać jakiś ruch, gdy właśnie doświadczasz na własnej skórze siły czterech słabych punktów (nos, stopa, splot słoneczny i poniżej pępka). Korzystając z chwilowej niedyspozycji napastnika, rzuciła się do ucieczki. W drzwiach zaczął zbierać się mały tłumek. Lincz zawsze jest okazją do darmowej rozrywki. Sądząc po strojach, byli to kompani przyjemniaczka. Najwyraźniej nie spodobała im się odmowa koledze, ponieważ z wrzaskiem rzucili się w stronę dziewczyny. Dwaj z nich spróbowali chwycić ją za ramiona, ale zanurkowała pomiędzy i obaj panowie modelowo stuknęli o siebie głowami. Jakiś inny mężczyzna zamachnął się, jakby próbował ją złapać, ale zarobił jedynie kopniaka w żołądek i łydkę. – Greg, wiej!!! – ryknęła, przeskakując przez zwiniętego w paroksyzmie nagłego bólu Venagetiego. Kątem oka zobaczyła rycerza, który właśnie pojawił się w korytarzu. – Puszczaj ją!!! – krzyknął, po czym nagłym sprintem dopadł do najbliższego napastnika i wskoczył mu na plecy, ten jednak natychmiast strącił wiotką figurkę chłopaka jak jesienny liść…

* * *

Garrett systematycznie posuwał się po parapetach i gzymsach w stronę muru. Tu przeskoczył, tam się podciągnął, gdzieniegdzie opuścił się kilkadziesiąt centymetrów niżej. Kiedy usłyszał krzyk Strażniczki, zwisał właśnie nad belce ponad stajniami, oglądając żującego przez wielkiego przekonania marchew siwka i zastanawiając się spokojnie, jak ruszyć się dalej bez wylądowania w środku siana. Z niewiadomych przyczyn lądowanie w stogach uważał za niezwykle tandetną zagrywkę. Natychmiast zwrócił twarz w kierunku źródła dźwięku i zobaczył Melissę z Gregoriusem otoczonych przez oddział spitych Venagetich. – Co jest…? W co oni znowu się wpakowali?! – przemknęło mu przez głowę, po czym niewiele się namyślając, silnym wyrzutem ciała rzucił się do przodu, chwycił najbliższy parapet i zeskoczył w dół… wprost na grzbiet konia.

Koń, jaki jest, każdy widzi. Ten tutaj był modelowym stoikiem i kiedy wylądowała mu na grzbiecie pewna ilość Garretta, nawet nie podniósł głowy. Jeździec od siedmiu boleści rzucał się na wszystkie strony w heroicznej próbie zmuszenia bestii do wykonania jakiegokolwiek ruchu, w miarę możliwości w stronę przyjaciół w opresji. Towarzyszyło temu „Wio!”, „Naprzód, bydlaku!”, „Szlag by cię trafił” i „Cholera jasna!!!”. Koń stał. Było to bardzo dobrej jakości stanie. Niestety, nie wiedzieć czemu, Garrettowi się nie spodobało. A może tylko nie potrafił go docenić… Od strony gospody dobiegł krzyk padającego rycerza. Tego było już za wiele.

- RUSZ ZAD, CHABETO!!!

Są pewne rzeczy tak głęboko zakorzenione w świadomości zbiorowej, iż nie sposób nie usunąć, siłą czy perswazją. Czymś takim jest magia imion. Nazywając coś, stwarzasz tą istotę i ją ubogacasz, oddając jej cząstkę siebie. Najsilniejsze są imiona nadane przez bliskich i te otrzymane w ważnych momentach życia. Zwierzęciu okrzyk bojowy Złodzieja przypomniał miękki dotyk chrap matki, zapach stada na wielkiej równinie rozciągającej się wzdłuż środkowego odcinka Fae na jej wschodnim brzegu, smak tamtejszych ziół i pęd wiatru w cwale. Rushzad Habeto zastrzygł uszami. Dawno nikt go tak nie nazywał. Tak wołała na niego mamusia. Garrett przypadkowo użył jego prawdziwego imienia, które bynajmniej nie brzmiało „Koń” czy „Szkapa”, jak w Venagecie tytułuje się rumaki, szczególnie te zdobyczne. Przywołał ukryte głęboko wspomnienia małego źrebięcia na wyżynach Karenty pośród stada pobratymców. Później przybyli Venageti, porwali konie, wycięli w pień ludzi, którzy się nimi opiekowali (Rushzad Habeto w tych czasach uważał, że rasa ludzka jest wydającym zróżnicowane odgłosy dodatkiem do żłobu) i przestano nazywać go jego wspaniałym rodowym imieniem. Imieniem czempiona z rodowodem na kilka zwojów papirusu. Takie traktowanie mu się nie podobało, jednak z czasem nauczył się, że lepiej nie protestować, gdyż Venageti dobrze wiedzą, jak pokazać, że zawsze może być gorzej. Świadomość imienia przygasła. Teraz odezwała się ze zdwojoną siłą.

Habeto ruszył.

Garrett z przerażeniem poczuł, jak nogi konia odrywają się od ziemi i zorientował się, że pędzi na zwierzęciu, które zdecydowanie nie miało prawa być tą steraną życiem szkapiną, na którą miał wątpliwą przyjemność spaść. W momencie wbił się w grupkę żołdaków – w większości w różnym stadium rozkładu; nie należy zadzierać z Melissą ani tym bardziej bić jej przyjaciół. Tak złej Złodziej jej jeszcze nie widział. Podjął pierwszą nieśmiałą próbę sterowania Habetą, spinając go piętami. Ku jego zdumieniu udało się. Z impetem podjechał ku walczącej parze. – Właźcie! – rozkazał, po czym wciągnął Strażniczkę i rycerza w pokiereszowanej tunice. Ponownie spiął konia piętami, a Habeto radośnie ruszył w stronę muru. Za jego plecami słyszał ciężkie oddechy, miał jednak inny problem: część napastników zdołała się pozbierać i właśnie biegli w ich stronę. Choć dzielił ich spory dystans, stanowili zagrożenie. Zdecydował się na ryzykowny krok. – Puśćcie konia wolno i właźcie na skrzynki, odciągnę ich – warknął, po czym w biegu rzucił się w bok i chwytając parapet, zawisnął na najbliższym budynku. Przez chwilę chwiał się, po czym złapał równowagę i zaczął wspinać się po ścianach i stertach śmieci zalegających na daszkach i dobudówkach. Melissa chwyciła słaniającego się rycerza za rękę i pociągnęła w kierunku skrzyń.

Żołnierze byli zdezorientowani. Jeszcze niedawno ich kumpel podrywał jakąś dziwaczną, choć niepozbawioną pewnego nieokreślnego uroku dziewczynę. Po chwili ta rozłożyła go na łopatki i zajęła się jego koleżkami, a z knajpy wyleciał jakiś śmieszny dzieciak, wrzeszcząc jakieś obco brzmiące, pacyfikacyjne slogany. Takie rzeczy nie zdarzają się codziennie. Kiedy oddział podjął próbę pochwycenia uciekinierów, ci wezwali jakiegoś szczupłego, jednak bez wątpliwości potężnego demona na koniokształnym potworze. Bestia powaliła kilku Venagetich i pocwałowała do muru okalającego zakazane zamczysko ich budzących szczerą trwogę i pomniejsze negatywne uczucia władców, po czym odbiła w ich stronę, przeskoczyła przez padający ze strachu na ziemię oddział i skierowała się w stronę bram miejskich, wydając z siebie piekielne dźwięki. Venageti z nabożnym przestrachem poderwali się z klęczek. Teraz dziewczyna i dzieciak zniknęli im z oczu – z pewnością wyparowali za sprawą diabelskich sztuczek – a demona z czarnymi jak smoła skrzydłami majestatycznie łopoczącymi na wietrze, z nieludzką gracją łapiącego równowagę na butwiejących dachach, od terenów królewskich dzieliło już kilka kroków.

Najbystrzejszy członek oddziału ocknął się z mistycznej tępoty i sięgnął po cegłę.

Wyrzucony pocisk przekoziołkował w stęchłym powietrzu, po czym dosłownie musnął demona o włos. Venageti zabuczeli w strachliwym podziwie, a ciemna postać zachwiała się, przez moment falowała skrzydłami, które przez chwilę przypominały płaszcz lub inną płachtę, po czym runęła w przepaść, na zakazaną ziemię. Za Mur.

KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ
Logowanie
Nazwa Użytkownika

Hasło



Nie jesteś jeszcze naszym Użytkownikiem?
Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.

118011 Unikalnych wizyt

PHP-Fusion v6.01.6 © 2003-2005


Załóż : Własne Darmowe Forum | Własną Stronę Internetową | Zgłoś nadużycie