Wyszczekani.pl
Strona GłównaCzwartek, Wrzesień 21, 2017
Nawigacja
Strona Główna
Kawiarenka literacka
Biblioteki Strażników
Kącik tłumacza
Współpraca międzynarodowa
Tu odprawiamy Rytuał Ashk-Ente, czyli kontakt
Online
Gości Online: 1
Brak Użytkowników Online

Zarejestrowanch Uzytkowników: 35
Nieaktywowany Użytkownik: 581
Najnowszy Użytkownik: MichaelGat
CZĘŚĆ V: Książka kucharska
- Minęło już dobre dwadzieścia minut, od kiedy straciliśmy go z oczu…
- Ależ, Melisso, przecież mówiłem, że Garrettowi obiecaliśmy uciekać po piętnastu!
- Nom, fakt.
- Zamknij się, Marsha. Greg, nie wykłócaj się. My, elfy, dobrze wiemy, że nie należy ufać mizernym zmysłom człowieka. Nie obraź się – jesteś swój chłop, ale to, jakby to ująć, wada genetyczna. Wysyłanie Garretta było błędem, na pewno uderzył się w głowę o jakiś zwisający z sufitu stalagmit, nigdy nie patrzy, gdzie lezie…
- Stalaktyt, stalagmity wyrastają z podłogi…
- …nieważne, w każdym razie uderzył się w głowę i pewnie wydaje mu się, że już zeżarł go jakiś pająk – Morley wzruszył ramionami, co bardziej dało się wyczuć, niż zauważyć – niechcący trafił biednego Dorisa łokciem tam, gdzie plecy kończą swą zaszczytną nazwę; groll wcale to nie przeszkadzało.
- Garrett taki nie jest – wycedził rycerz. – Musi mieć powód. I powinniśmy go posłuchać.
- Ale mnie się nudzi… - marudził elf. – Spędziliśmy już tu tyle czasu. Wróćmy do gospody…
- I co? Zostawisz tu przyjaciela?! – zachłysnął się rycerz.
- Jaki tam przyjaciel. Wariat i tyle, tylko żałować. Ale nie jestem oddziałem zamkniętym.
- Jak możesz?!
- Mogę. Jest w teorii dorosły, poradzi sobie. Hej… Czemu jesteś zawsze taki sztywny i grzeczny? – Dotes otworzył szeroko oczy. – Nie umiesz zaszaleć?

Gregorius gotował się od środka. Melissa ścisnęła mu delikatnie rękę. – Nie pozwalasz sobie za dużo…? – spytała Dotesa zadziwiająco hardym głosem. Ten jakby zapomniał języka w gębie. – Kuzynku, w rzeczywistości foczka ma świętą rację – poważnie odezwał się Dojango. Elf podskoczył jak oparzony. – I ty, Brutusie jeden, przeciwko mnie?!
- A tak – zaczepnie i zadziwiająco zgodnie zahuczeli Marsha i Doris. Melissa nie zdążyła zareagować, gdy Morley rzucił gniewnie: - Proszę bardzo! Ja tam idę na żywioł. Siedźcie sobie tutaj choćby do skończenia świata. Cześć.

I ruszył przed siebie.

* * *

Grupce nie pozostało nic innego, jak potykając się, pobiec za wściekłym jak osa elfem. Gdyby nie cała otoczka, Gregorius zapewne uznałby to za zabawny przerywnik w pouczającej wycieczce. Teraz jednak nie było mu do śmiechu. Kiedy tak biegł w całkowitej ciemności, jedynie dzięki słuchowi rozpoznając, gdzie znajduje się reszta, nagle poczuł, że coś stanowczo chwyta go za tył kolczugi z mithrilu (Gregorius paradował w niej chętnie, a jakże – w końcu to „żywa lekcja historii naszego państwa”; niewątpliwie Morley miał na ten temat inne zapatrywania, których jednak nie będziemy tu przytaczać). – Co…?
- Spokojnie – rycerz rozpoznał ten cierpki, nie do pomylenia głos. Zguba się znalazła. – Garretcie! – chciał zawołać, ale ten przyłożył mu rękę do ust. Przez umysł Gregoriusa przemknęła myśl, że nie spodziewał się takiej delikatności po akurat tym osobniku. Cuda się zdarzają. – Ciszej. Nie jesteśmy tu sami…
- Och, powiedziałeś: my! Czyż to nie wspaniałe?!
- Taa, ale naprawdę, to ważne. Możesz zachowywać się ciszej?! – syknął. Gregorius radośnie załopotał uszami, co bardziej dało się wyczuć po ruchu zatęchłego powietrza niż zobaczyć. – Super – mruknął ironicznie. – Gdzie jest reszta?
- Ach, Garretcie, oni pobiegli za panem Morleyem, bo ten się… jakby to ująć… zdenerwował. Chyba nie służą mu te wakacje.
- No, tak. Ta psuja… Moja wina, że go tu braliśmy, ale grolle mogą się przydać.
- Garretcie!
- Co? Widzisz, jak komplikuje wszystko. Posłuchaj, zaszły… komplikacje właśnie. Muszę zrobić teraz coś bardzo nieodpowiedzialnego, dlatego proszę, obiecaj mi, że będziesz siedział spokojnie. To bardzo ważne.
- Garrett? – Melissa pojawiła się tuż obok, prowadząc wymięte grolle. Doris taszczył na plecach dodatkowy pakunek, który po bliższym przestudiowaniu przez zawsze chętnego do nauki i pomocy rycerza okazał się panem Dotesem. Bardzo złym, jednak chwilowo niegroźnym, gdyż zakneblowanym… chusteczką do nosa. Wielkości niewielkiego koca. Z wyszytymi koślawymi literkami układającymi się w wyraz „ROZZE”. Unikatowa sygnatura trojaczków. Dziewczyna przysunęła się bliżej do Złodzieja. – I co? Są?
Ten wyciągnął rękę w stronę wcześniej niezauważonego wyłomu w skale. Dopiero teraz Gregorius zdał sobie sprawę z faktu, że wydostawała się stamtąd niemalże niedostrzegalna łuna, jakby ktoś daleko w głębi palił ognisko. – Tam. Potrzebna bariera.
Strażniczka skinęła głową. – Ale naprawdę?...
- Ile razy mam to powtarzać?! Tak! Czuję…
- Ja też… Dobrze. Greg, grolle, stańcie pod tą ścianą i nie ruszajcie się.

Melissa usiadła na podłodze, po czym przymknęła oczy. Gregorius zauważył, że zaczęła się prawie niezauważalnie kołysać i szeptać jakieś niezrozumiałe słowa. Nie bardzo rozumiał, co tu się działo. Garrett ostatni raz spojrzał na skuloną gromadkę, po czym pochylił się… i wsiąkł w mrok. Rycerz nie miał pojęcia, gdzie teraz jest. Nie widział ani nie słyszał. Nagle poczuł, jakby czaszka rozpadała mu się na setki części. To był niesamowity ból, tak podobny do odczucia z lasu, tak nieludzki, tak… dziwny, ale młodzieniec nie mógł nawet wydobyć z siebie słowa. Zwijając się w konwulsji, obrócił się w stronę przyjaciółki. Zauważył, że w tym samym momencie przebiegł ją dreszcz. Ku jego zdumieniu, w jego głowie lub gdzieś obok, jakby zza ściany, usłyszał niewyraźne, jakby dobiegające z oddali głosy…

- Jeśli jest tu jakikolwiek Egzekutor, niech Równowaga będzie z nim…
- Co się dzieje??? Wyczuwam zakłócenia Równowagi… Wyraźnie…
- Stój, słyszysz?!
- Ach!!! Nie rozumiem… Co tu robisz?! Kim jesteś?! Skąd…?!
- Egzekutorzy… To nie jest teraz ważne. Moje zamiary są czyste, nie chcę zrobić wam krzywdy. Wiem, kim jesteście… Rozumiem was. Przychodzę z powodu serii zakłóceń Równowagi w Carnfae.
- Ale… Jak?!... Jak tu trafiłeś??? Czy jesteś jednym z NICH?


Gregorius pomimo rozsadzającego głowę bólu zorientował się, że Melissa szepcze: - Tak… Proszę… Powiedz, że tak…

- …Można tak to ująć… Szukam odpowiedzi. Czy zechcesz mnie wysłuchać?

Strażniczka z ulgą wypuściła powietrze. Grolle zdawały się niczego nie słyszeć (jak się później okazało, tak było w istocie), jednak wszyscy widzieli delikatnie lśniącą poświatę, która wypełniła przesmyk pomiędzy miejscem, gdzie udał się Złodziej, a jaskinią.

- Ale… Jak to się stało? Nie szukali…
- Co się tu dzieje? Ilu was jest? Jak tu trafiliście?
- Ach… To długa historia. Nie wiem, jak się tu znalazłeś, Bracie…


W jaskini Gregorius nieomal odgryzł sobie język.

- To część ekspedycji… W Mieście chwieje się Równowaga.
- Która frakcja?
- Tym razem żadna. Mamy najazd hołoty i zbirów. Podobno w górach organizowane są specyficzne… polowania. Co się stało?


Rycerz przez łzy zobaczył dziwną postać w ciemnej szacie, obecnie w strzępach, jakby pozbawioną twarzy, w przyczajonej pozycji… Nie, osłoniętą była swego rodzaju chustą, przez którą przeświecały tylko oczy… Te oczy! Wydawały się być jedynie świecącymi punktami bieli. Obok, w pewnym oddaleniu, dostrzegł Garretta. Gregorius rozumiał, że to Garrett, ale zupełnie go nie przypominał. Sposób, w jaki zachowywał się wobec tej… istoty… Bił od niego jakiś nieznany spokój. Wydawało się, jakby rozmawiali…

- Ach!... To zaczęło się w Erze Ciemności… Po tym, gdy Tłumaczka Gamall okazała się Bratem i Zdrajcą… Rada wysłała nas w pogoń, ale byliśmy bezsilni przeciwko sile Glifów chroniących ją. Wielu z nas zginęło, a ja znalazłem się wśród niedobitków, którzy przeżyli. Po raz pierwszy Egzekutorzy nie zdali egzaminu… Kimkolwiek jesteś, Bracie, wierz mi, że gdybym miał możliwość… powrotu, nigdy nie przystąpiłbym do Przemiany…
- Co było dalej?
- Och, nie zapomnę nigdy… Byliśmy tak przybici, że trudno było nam się kontrolować. W końcu nieomal nie doszło do tragedii… Bracie, postanowiliśmy odejść, by nie zagrażać już nikomu w Mieście. Siódemka, Ósemka, Dwójka, Czwórka i ja. Przyłączyli się do nas Dziewiętnastka, Czternastka i Dwudziestka Dwójka. Odeszliśmy tu, w góry, by nie stanowić zagrożenia. Teraz, gdy nie zdaliśmy najważniejszego testu… Nie pozostało nam już nic.
- Którym jesteś numerem?
- Jestem Trzynastką. To był mój pomysł… Zrozum, nie chcieliśmy stanowić zagrożenia dla naszych towarzyszy w Siedzibie. Z początku wszystko szło dobrze.
- …A potem coś poszło źle…
- Tak, Bracie. Zapomnieliśmy o Pragnieniu!... Długo powstrzymywaliśmy się, ale to zbyt silne. I zaczęły się porwania zwierząt tych biednych wieśniaków… Ale sama krew nie wystarcza, by przygotować miksturę starczającą na tygodnie, miesiące. Nasza była zbyt słaba… I wtedy Dwudziestka Dwójka zaczął… Wiesz, jaki to ból, wiedza, że ludzie i zwierzęta, choć staraliśmy się robić to jak najrzadziej i tylko tych samotnych i nieszczęśliwych, muszą zginąć i nie możesz nic zrobić
?!...

Gregoriusowi zaczęło robić się niedobrze. Nie miał pojęcia, czym jest Pragnienie, ale domyślał się, że tajemniczymi potworami musiały być te istoty. Kiedy zdał sobie sprawę z tego, że Garrett w najlepsze przesłuchuje jednego z nich, omal nie zemdlał.

Garrett przez chwilę milczał. Rycerzowi trudno było to zrozumieć, gdyż zgodnie z ogólnie przyjętymi normami nie odezwał się ani razu. Jednak przecież w głowie rycerza pojawiały się, pełne szumów, ale jednak, fragmenty dziwacznej rozmowy.

- Daj mi czas do działania. Domyślam się już, czego potrzebujecie.

* * *

- Och, coś ty najlepszego narobił!!!

Gdy wydostali się na powierzchnię, Melissa zaraz zaczęła wrzeszczeć na Garretta. Właściwie tylko rycerz zdawał się mętnie rozumieć, dlaczego. W końcu Morley i trojaczki niczego nie słyszeli. Trudno nawet mówić tu o słuchaniu. Raczej o paranoicznym cierpieniu, które formowało się w zdania pojedyncze i złożone. Garrett odparował nadzwyczaj spokojnie: - A był jakiś wybór? Teraz przynajmniej wiesz, co się dzieje.
- Ale, człowieku! Masz pojęcie, co ze Strażnikiem robi Przemiana Glificzna?!
- Wiem. Tak się składa, że miałem okazję się o tym całkiem dogłębnie przekonać. Dzięki grupie kilkudziesięciu facetów z khukri łatającym za mną po wszystkich dzielnicach. „Wyczuwam zakłócenia Równowagi!” – przedrzeźniał. Gregorius wtrącił się: - Co to jest khukri?
- Taka specyficzna broń milusińskich Strażników, zaostrzony talerzyk, który może głowę odciąć, leci na kilkaset metrów, przy okazji jest zatruty, po prostu świetny prezent dla sąsiada – ironicznie prychnął Złodziej. Rycerz westchnął: - To od niego musiała umrzeć ta dziewczynka.
- Na sto procent.
- Ale, czekaj… To coś, z czym… rozmawiałeś…
- Toś ty to rozumiał?! – Melissa wybałuszyła oczy. Garrett najpierw wstrzymał oddech, po czym mruknął: - Żal mi cię, chłopie. Teraz masz przechlapane.
- Ale Garrett, powiedz, czy to był Strażnik?!
- Poniekąd, tak. Dobrze użyłeś czasu przeszłego.

Morley wydał z siebie kilka urażonych odgłosów, zapewne próbując przypomnieć trojaczkom o swojej zakneblowanej obecności. Garrett machnął ręką. – Nie czas na to. Dojango, możesz podać mi mój plecak?
- W rzeczywistości, mogę, panie Garrett. Proszę bardzo, oto i on.
- Dzięki – Garrett zaczął grzebać w wielkim plecaku, który pierwotnie zaprojektowany był do przewozu kilku kwiczących prosiąt. Z tego też względu, jak i faktu, że posiadacz prosiaczków dobrze wie, że jeśli jest im niewygodnie, zaczynają wrzeszczeć porównywalnie z Melissą, wynikało jasno, że był to plecak pierwszej klasy, doskonale nadający się do przewozu zabaweczek Złodzieja.
- Potrzebuję kociołka i kilku czystych kawałków materiału – to mówiąc, Garrett wyciągnął z plecaka cztery butelki mikstury leczniczej. Marsha i Doris odplątały w tym czasie Morleya. – Po co ci to? – zapytał.
- Co powiesz na przyspieszony kurs robienia ekskluzywnych drinków?
- Teraz?! Tutaj?!
- Tak. Marsha, podaj proszę ten garnek. O, dzięki.
- Ty chyba nie masz zamiaru przygotowywać go teraz! To niebezpieczne!
- Melissa, nie masz przypadkiem ochoty na kompocik? Nie? Dziwne. Jeśli nikt nie ma już żadnych głupich pytań…

Szybkim ruchem odkorkował bo kolei wszystkie buteleczki i wlał ich zawartość do garnuszka podanego przez grolla. Nikt nie zdążył zorientować się, kiedy w jego ręce pojawił się niewielki sztylet. Zanim do rycerza dotarło, co ten zamierza zrobić, Złodziej najzwyczajniej w świecie podciągnął rękaw i wykonał nacięcie na lewym przedramieniu, po czym obrócił rękę, by krew mogła swobodnie kapać do naczynia. Rycerz wybałuszył oczy, grolle nie rozumiały już nic, a elf po prostu otworzył buzię i miał duże problemy z zamknięciem jej. Jedynie Melissa wydawała się być niewzruszona. – Zobaczysz, że wda się zakażenie – poinformowała go złowieszczym tonem, przez który - dziwnym trafem - przebijała się ponura satysfakcja.
- Przestań krakać i popatrz, czy wystarczy na tydzień.
- Ten kocioł na czterdzieści litrów pojemności… na ośmiu? Chyba tak… wlej jeszcze kilka kropel tego lotosu, powinno dać im dodatkowego kopa.
- Dziękuję za profesjonalną ekspertyzę i kontrolę jakości – mruknął z przekąsem. – Idźcie już, ja mam tu jeszcze coś do załatwienia. Nie czekajcie na mnie. Spotkamy się w gospodzie.

I zniknął w gęstwie leśnej.

* * *

Garrett wrócił dopiero nad ranem. Wyglądał jak zmokła kura – deszcz, który złapał rycerza i resztę, gdy schodzili już w dół, do wioski, gdy tylko przekroczyli próg gospody, zmienił się w szalejącą ulewę. Jak później się okazało, najpierw pukał, potem dobijał się do drzwi, a na koniec wszedł przez okno, mocno obdrapując sobie przy okazji nadgarstki o zerwaną rynnę, bo nikt nie wyściubił nosa w taką pluchę, żeby mu otworzyć. – „Kołaczcie, a otworzą wam” to pic na wodę – burknął. Nie mówił już potem nic. Melissa zauważyła, że założył sobie bandaż na skaleczoną rękę, ale nie pytała o nic. Zbyt dobrze go znała. Rycerz i elf próbowali go pociągnąć za język – bezskutecznie. Gregoriusowi udało się wydusić od niego tylko parę słów przy okazji wręczania mu ręcznie wyszywanej chusteczki do nosa. Żarówiastożółtej, bawełnianej chusteczki z uśmiechniętym burrickiem wprost z rysunku dziecka. Złodziej przez chwilę patrzył na niego wzrokiem obróconego w słup soli, ale pod słonecznym uśmiechem chłopaka zmiękł i nawet cicho podziękował. – To jestem ja?
- Nie, to burrick, którego chcę wyprosić u babci. Będzie też w połowie twój, wiesz? – zaofiarował się szczodrze. – O niczym innym nie marzę, dzięki – zmusił się do krzywego uśmieszku, czym wywołał jeszcze szerszy uśmiech na twarzy Gregoriusa. – Oho. Teraz już nie wyjedziemy – stwierdził, wyglądając za okno. – Zresztą i tak mamy tu jeszcze jeden interes – powiedział do rycerza. Usiadł przy stoliku i zaczął pisać coś szybkimi, posuwistymi ruchami na wąskiej kartce papieru. Po chwili podniósł głowę i popatrzył na Gregoriusa. – Dostarcz to temu Lemowi – powiedział, podając mu kartkę. Ten zaczął czytać karteluszek.
- Mikstura lecznicza, krew ssaka, lód, sok z pomidora, kołzek lekarski, szczypta soli, mięta pieprzowa… Co to jest? – spytał zdziwiony rycerz.
- Sposób na chwilowe opanowanie tego problemu. Posłuchaj… Strażnicy są generalnie stuknięci. I to w ten niebezpieczny sposób, ponieważ zawsze, jakiejkolwiek głupoty by nie zrobili, zawsze, ale to zawsze święcie wierzą, że postępują dobrze – oświadczył gorzko. - Nie rozumiem – pisnął żałośnie rycerz. Garrett przewrócił oczami. – Siadaj, opowiem ci. Tylko Melissie ani mru mru, dobra? Chyba urwałaby mi głowę… W końcu „oni chcieli dobrze”; zawsze chcą – prychnął. – To było tak dawno, że nawet wykładowcy w twojej Akademii tego nie pamiętają. I nic dziwnego, nie było ich – tak, nawet ich! – jeszcze na świecie. Nie będę ci się rozwodził nad całością złożonego procesu, dość, że Strażnicy nauczyli się przeprowadzać Przemianę Glificzną, która umożliwiała stworzenie wyjątkowo odpornego, silnego i zwrotnego wojownika wzmocnionego przez Glify. Na tym się to opierało. Mieli więc niemal doskonałą maszynę do zabijania. Egzekutora. Naprawdę, są dobrzy. Tak się składa, że kiedyś milusiński nazwiskiem Orland, obecnie podpisuje się „Niech Spoczywa W Pokoju”, napuścił ich na mnie. Polataliśmy sobie w paru dzielnicach, stare dzieje – machnął ręką na widok oczu rycerza, które wydawały się wypadać z orbit. - Służyli oni do robienia brudnej roboty. Tak, tak. W ich Bibliotekach – oczywiście, nie tych ogólnie dostępnych, przecież ktoś mógłby to przeczytać! – jest tyle mrożących krew w żyłach historii, że nawet Morley nie zna połowy z nich, cokolwiek by ci nie opowiadał. A uważa, że niewiele jest osób potrafiących opowiadać takie potworności jak on. W moim mniemaniu o zawał może przyprawić jego dieta, ale to już zbędna chwilowo dygresja. W każdym razie Egzekutorzy byli świetni. Używali swojej specjalnej broni, komunikowali się telepatycznie, więc nikt – poza Strażnikami – ich nie słyszał… Dobre rozwiązanie. Niestety, nie potrafili się dobrze kontrolować. By utrzymać ich w ryzach, musieli przyjmować specjalny napój, zwany potocznie koktajlem bądź kompotem. Podobno finalny skład opracowała Strażniczka Marigold, dlatego niektórzy, ze względu na kluczową zawartość krwi, i to nie byle jakiej, ale najlepiej ssaka zbliżonego do człowieka, nazwali ten eliksir Krwawą Mary. Ja tam wolę kompocik. W każdym bądź razie Egzekutorzy byli, jakby to ująć, lekko na haju. Przez to stawali się łatwi do manipulacji, a to co przecież Radzie chodziło. Na różnych misjach w dużym stopniu zaspokajali swoje potrzeby, a resztę wyrównywali kompotem. Niestety, nie mogli nic poradzić przeciwko Glifom. A zdarzyło się tak, że ich celem stała się Gamall, Strażniczka zmutowana przez Glify i przez to… uodporniona na Egzekutorów. Nie udało im się – westchnął cicho. Po chwili milczenia wrócił do przerwanego wątku: - Nie podoba mi się, że słyszysz te głosy. W pewnych kręgach uważają to za wejściówkę do wariatkowa. Ważne jest tak naprawdę to, co ty myślisz o sobie samym, niemniej odzywają się takie głosy – zachichotał. - Ale prawdziwy kłopot tkwi w tym, że Opiekunowie uważają osobnika wykazującego takie cechy… za swojego. I będą chcieli cię kupić – dodał z goryczą. – A to zawsze jest groźne. Posłuchaj… - ściszył głos. Brzmiał poważnie. – Melissa uważa, że posiadasz Dar. Osobiście radziłbym ci brać nogi za pas, ale Bractwo ma swoje kontakty wszędzie. Dosłownie wszędzie. W Letheritzii też. Co więcej, Grethenril to drugie co do wielkości, po Mieście, siedlisko Opiekunów na świecie. Znajdą cię. Wytropią. Omamią. Skuszą. Ale pośród ich regałów kryje się zbyt dużo tajemnic i duchów przeszłości, których nikt nie chciałby obudzić. Problemem jest to, że tego podobno nie da się zignorować – westchnął i zapatrzył się gdzieś w dal. – Ten głos, który słyszałeś, to był jeden z Egzekutorów. Umówiliśmy się, że oni nie będą schodzić do doliny, a Lem w imieniu społeczności raz w miesiącu przygotuje jakieś dwieście litrów mieszanki, ktorej składniki masz na kartce. Popatrz. Typowa butelka mikstury leczniczej ma dwieście pięćdziesiąt mililitrów pojemności. Do tego dolewasz z pięćdziesiąt mililitrów krwi. Starożytni Strażnicy używali swojej krwi, którą i tak upuszczali do badań, ale można też użyć krwi zwierzęcej. Ważne, żeby zwierzę było dobrze odżywione i lepiej jest upuścić troszkę krwi kilku osobnikom, co nie robi im krzywdy, niż zabijać jedno zwierzę. To byłoby nieetyczne. Dorzucasz po osiem listków mięty i kozłka na uspokojenie. Kozłek to zwykła waleriana. Do tego sok wyciśnięty z jednego pomidora i wodę do pełna. Jeśli jest ciepło, wrzucasz do całości osiem kostek lodu. I tyle. Przed zachodem słońca Lem zostawi to u podnóża góry i dopilnuje, by nikt nie wychodził z domów – chodzi tu przede wszystkim o dzieci i starszych – ani nie zabrał kompotu. Rozumiesz?
- Eee… tak…
- Świetnie. Kiedy tylko to załatwisz, wynosimy się stąd.

* * *

Następnego dnia rycerz i elf zanieśli magowi kartkę od Garretta. Oczywiście, nie poinformowali go o udziale kogoś z zewnątrz. Morley wybąkał coś o wieszczych snach (stricte wegetarianom jak on takie rzeczy zdarzają się po przeholowaniu z kapuśniaczkiem) i Lem stanął na wysokości zadania. Dotes przytaszczył także prezent od staruszka: dwie sadzonki wzmiankowanej wcześniej poświęconej dzikiej róży. Tego samego wieczoru spakowali swoje manatki (głównie na grolle, którym wcale to nie przeszkadzało) i wyruszyli dalej na północ.

Zasadniczo, trudno powiedzieć tutaj zbyt wiele. „Góry to góry, duże zgrupowania kamieni, po których się chodzi i tyle”, jak to określił Morley. Carnfae nie są specjalnie zmienne pod względem krajobrazowym. Trojaczki mruczały, że w kółko mijają te same poszarpane szczyty. Elf marudził, że idą zbyt szybko i z pewnością za chwilę osobnicy o kiepskiej kondycji – dziwna sprawa, wypowiadając te słowa, uparcie wpatrywał się w Garretta – dostaną zakwasów. Rycerz z kolei chciał „rozkoszować się widokami, bo to bardzo pouczające”. Jednak Melissa i Garrett zdecydowanie poganiali maruderów. Pogoda się zmieniała. W ogóle nie przypominała lata – było zimno, a niebo zasnuły stalowoszare chmury. Złodziej popędzał grolle, tłumacząc po drodze, że zostać w górach złapanym przez deszcz lub, co gorsza, burzę, równa się mniej więcej wchodzeniu na teren świątyni Młotodzierżców i zaczepianiu najbliższego zakonnika powitaniem w stylu: „Młototłuki głupawe bywszy, co nie? Wszystko kwitnie i w porząsiu?”. Na potwierdzenie jego słów po chwili zaczęło wiać. Wędrowcy otulili się pelerynami i przyspieszyli. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że – głównie dzięki Złodziejowi i Strażniczce – tempo mieli godne podziwu. Zbliżali się do Dzikiego Pogranicza. Niestety, robiło się już późno i Melissa oświadczyła, że trzeba rozejrzeć się za miejscem na nocleg. – A widzisz tu jakieś w miarę przyjemne miejsce? – spytał cierpko Złodziej. Dziewczyna wzruszyła ramionami, poruszając przy tym peleryną w pewien specyficzny sposób, co upodobniło ją na ułamek sekundy do jakiegoś ciemnopiórego ptaka.
- Co powiesz na Ostatni Uczciwy Dom?
- Kolejne gniazdo Opiekunów? Dobrowolnie?! Nie żartuj.
- Przestałbyś choć przez chwilę się blokować. Teraz na pewno Erin robi te przepyszne konfitury żurawinowe… I byłoby nam ciepło… no, w miarę… I miałbyś dach nad głową…
- Kto to jest Erin i czym jest Ostatni Uczciwy Dom? – radośnie wtrącił się Gregorius. Melissa wyciągnęła rękę przed siebie, wskazując gdzieś w pustkę. – Ostatni Uczciwy Dom to najbardziej wysunięta na północ – w sensie, przy granicy z Venagetą – placówka Bractwa. Generalnie stacjonuje tam tylko kilku Strażników. Jak by ci to powiedzieć… zwykle… tych mniej ugodowych – zaczerwieniła się. Gregorius zamrugał. Ta dziewczyna na jego oczach walczyła z orkami, ogłuszyła obrzydliwego wiedźmina (który w dodatku bardzo brzydko się wyrażał!) i jakimś cudem wytrzymywała z Garrettem, osobą z pewnością obdarzoną wachlarzem cnót, jednak nie czarujmy się: dość trudną w pożyciu. A teraz… czerwieniła się! Czy przy wiejącym halnym wszystkim odbija?
- Melissie chodzi o to, że kiedy jakiś Strażnik był wyjątkowo niewygodny, na przykład nie zgadzał się na wciskanie mu różnorodnego kitu, to zsyłali go tutaj – wyjaśnił sucho Garrett. Strażniczka rzuciła mu mordercze spojrzenie. – A Erin? To jakaś gospodyni? – spytał szybko rycerz, chcąc uniknąć kłótni. Oczyma duszy już widział te wyładowania. – To nie jest gospodyni, tylko Strażniczka, która obecnie mieszka w Ostatnim Uczciwym Domu – mruknęła dziewczyna. Garrett zachichotał. - …Wraz z Adrianem. Jednym i jedynym powodem ich przymusowych wakacji tutaj, na tym odludziu. Wiesz, Strażnicy to strasznie wstydliwe stworzenia. Ciągnie swój do swego? Co ludzie pomyślą?! – parsknął. Rycerz miał tą swoją niepewną minkę, która tak wszystkich rozbrajała. – Ale o co chodzi? Nic już nie rozumiem! – pisnął rozdzierająco. Melissa westchnęła. – No, bo to skomplikowane. Nie mów nikomu, ale Erin i Adrian zakochali się w sobie i prosili Radę o zatwierdzenie ich ślubu. Nie zgodzili się. To stare dzieje, jeszcze w ostatnim roku rządów Pierwszego Strażnika Xaviera. Wzięli ślub potajemnie, ale w końcu się wydało. Jednak ponieważ Rada nie wiedziała za bardzo, co z nimi zrobić – dla Opiekuna instytucja małżeństwa jest święta – wysłali ich tutaj. No, mają przynajmniej względny spokój od ludzi i mogą cieszyć się sobą, przy okazji listownie informując nas o tym, co dzieje się przy granicy. Jedyny problem to bandy grasujące na Dzikim Pograniczu. Ale po to mają schron – zapieczętowaną Glifami klapę w posadzce. Po prostu pod domkiem jest kolejne, podziemne, łącznie z dostępem do wody i piecem. Kiedy zdarzają się najazdy, chowają się tam.
- Sprytne.
- Bardzo, Greg. Venageti o tyle nadają się do względnie pokojowego bytowania, że nie mają specjalnego talentu do znajdywania ukrytych drzwi – prychnął Złodziej. Rycerz zaklaskał w ręce. – To faktycznie dobry pomysł z tym noclegiem u Strażników! I to taka romantyczna historia, po prostu muszę ich poznać! – pisnął.
- Niech wam będzie – burknął Garrett. – Choć to głupie.
- Co ty tam mamrolisz, Garrett?! – dobiegł ich głos Morleya. Garrett wzniósł oczy ku niebu. – Chodźcie, zmiana planów. Idziemy prosto na północ.

DALEJ
Logowanie
Nazwa Użytkownika

Hasło



Nie jesteś jeszcze naszym Użytkownikiem?
Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.

118004 Unikalnych wizyt

PHP-Fusion v6.01.6 © 2003-2005


Załóż : Własne Darmowe Forum | Własną Stronę Internetową | Zgłoś nadużycie